Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

TUŚKA – Marta Pawlikowska

KOCIE SPRAWY NR 170-171 – GRUDZIEŃ 2016/STYCZEŃ 2017

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Tuśka była wyjątkowa z dwóch powodów: po pierwsze – była jedyną kotką w miocie, po drugie – przeżyła wszystkich swoich braci.

We wrześniu 1997 roku kocica Miśka wydała na świat pięcioro kociąt. Bohaterka tego tekstu była drobna i – jak większość rodzeństwa – bura. Miała mały i dosyć długi pyszczek, dlatego otrzymała na imię „Tutusia”.
Jedn
ak wszyscy zawsze zwracali się do niej raczej za pomocą zdrobnień: Tusia, Tuśka, Tusiunia, Tusieczka, Tucha, Tuńka...
Po śmierci matki kociąt to ludzie musieli przejąć obowiązek ich karmienia. Dyzio o pięknych oczach powędrował w ręce pewnej dziewczyny, Srula także ktoś przygarnął, a reszta została. Kilka lat później czarny Misiek wyszedł z domu na kocią wycieczkę i przepadł jak kamień w wodę. Później w jego ślady poszedł także rudy Lisek. Zostały więc tylko dwa koty – kocur Cycek, zwany także Loydem, oraz Tuśka właśnie.

Kotka, zawsze ostrożniejsza od swojego brata, była jego całkowitym przeciwieństwem. Kiedy przychodzili goście, zaszywała się w kąt i nie można było jej znaleźć.
Wychodziła dopiero po kilku godzinach. Była też, jak to typowy kot, przewrotna i skryta, i nigdy, ale to przenigdy nie brała jedzenia z czyjejś ręki. W młodości praktycznie każdej nocy wychodziła na żer, wykazując najmocniejszy nie tylko z całego miotu, ale i wszystkich kocich rezydentów, jacy kiedykolwiek tu mieszkali, instynkt łowiecki. Wczesnym rankiem po skończonym polowaniu przynosiła nam w prezencie ptaka lub mysz. Czasem takiego nieszczęśnika udawało się ocalić, siłą wyrywając go z morderczego kociego pyska. Kto by pomyślał, że taka drobna, skromna kotka może być tak zwinnym zabójcą… Jednak nocna wyprawa to nie tylko łowy. To także przechadzki, często w deszczu. Wówczas jeszcze przyjemniej było wrócić do domu, władować się do łóżka i głośnym mruczeniem prosić o śniadanie.
Tutusia nie lubiła zmian. Do naszego psa przyzwyczajała się blisko rok, a i potem trzymała go na dystans.
Jej ulubionym zajęciem było grzanie się pod lampą oraz zabawa kulką zrobioną ze sreberka od czekolady. Gdy była w dobrym humorze, wbiegała szybko do pokoju i chowała się za firanką, tylko głowa jej wystawała.
Turlałam kulkę, a ona wyskakiwała niczym tygrysica na zdobycz i zaczynała się nią zabawiać (zresztą w tym samym pokoju zawsze ostrzyła sobie pazury na dywanie – nijak nie dało się jej tego oduczyć).

Była oryginałem. Często drzemała w miejscach, które dla nas wydawały się dziwaczne. Kiedyś ułożyła się w pudełku mniejszym od niej, w którym było jej wyraźnie za ciasno. Przełożona do większego pudła, od razu jednak wróciła do tego małego. Za młodu mogła też pochwalić się imponującą wręcz sprawnością fizyczną.
Potrafiła odbić się od ziemi i od razu znaleźć się na półtorametrowej szafie. Albo ześlizgnąć się po ścianie z dużej wysokości, nie robiąc sobie krzywdy, operując tylko odpowiednio pazurami i nieświadomie wykorzystując prawa fizyki.

Co ciekawe, Tuśka przez niemal całe życie wyglądała prawie tak samo. I choć w późniejszych czasach wibrysy zbielały i spojrzenie przygasło, postura pozostała taka sama – drobna i wiotka, a łapki delikatne.
Uwielbiała też się wygrzew
ać. Nieraz ze zdziwieniem patrzyliśmy, jak w trzydziestostopni
owy lipcowy dzień leży z błogim wyrazem pyszczka na rozgrzanym niemal do czerwoności parapecie. Na starość jednak przestała lubić kąpiele słoneczne, bo słońce jakby „wysysało” z niej energię. Wystarczało jej tylko ciepło płynące z przytulanego człowieka.

O Tusi można by napisać jeszcze dużo więcej, opisać wszystkie zabawne sytuacje, nietypowe zachowania, przyzwyczajenia i cechy charakteru. Ale wtedy wspomnienie o niej m
usiałoby mieć
co najmniej dwadzieścia stron. A młodsi Czytelnicy KOCICH SPRAW zdążyli już poznać Tuśkę – była główną bohaterką opowiadania „W służbie Pani Minister” opublikowanym w dodatku „Młode Koty”.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zaledwie rok minął, od kiedy Tuśka straciła wzrok, a dziś mówię
o niej w czasie przeszłym. Nie spodziewałam się tego.
Do dziewiątego, dziesiątego roku życia żywiołowością i sprawnością fizyczną nie ustępowała młodym kotom.
Potem była coraz słabsza, przesypia
ła trzy czwarte doby, przestała wdrapywać się na kaloryfer. Wiodła
jednak życie szczęśliwej seniorki. Trzy lata temu zaatakował ją koci katar. Weterynarz orzekł, że to choroba przewlekła. Podejrzewał u niej także guza mózgu. We wrześniu 2014 Tuśce drastycznie pogorszył się wzrok.
Często wpatrywała się w nas, jakby chciała się upewnić, że to faktycznie my. Po jakimś czasie straciła
wzrok. Poruszała się po domu z pamięci. Czasem donośnie i jękliwie miauczała, jakby ją coś bolało lub jakby chciała, żeby ją przytulić. W lecie zdiagnozowano w dodatku niewydolność nerek. Leczenie niewiele dało.

Tusia odeszła 20 sierpnia w wieku 18 lat (właściwie urodziny obchodziłaby około miesiąca później). Dopiero ostatnio uświadomiłam sobie, jak długo z nami była i jak wiele się przez ten czas wydarzyło. Na zawsze pozostanie z nami na licznych zdjęciach i w pamięci każdego z nas. Ale czy tylko tam? Tydzień po odejściu kocicy miałam sen, w którym dała do zrozumienia, że po drugiej stronie ma dobrze i chciała się z nami pożegnać.

Marta Pawlikowska, 16 lat