Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

Przeczytaj cały tekst

 Tekst Małgorzata Bartosińska
Magazyn KOCIE SPRAWY Nr 108 październik 2011

Trawestując słowa Ernesta Hemingwaya - „Jeden kot prowadzi do drugiego", mogę powiedzieć o kotkach w mojej rodzinnej legendzie - jedna Duszka prowadzi do następnej.

Kotka fin de siecle'u
Wszystkie Duszki w mojej rodzinie były kotkami kobiet. Pierwsza pojawiła się w mieszczańskim, warszawskim domu mojej prababci Rozalii. Były to lata 80. XIX wieku. Ponoć śliczne kociątko w kolorze dymu, przywiózł za pazuchą aż z samego Kaukazu wielbiciel Rozalii. Prababcia na męża wybrała innego, ale z Duszką nigdy się nie rozstawała. Kotka nie tylko była prześliczna, o złotych oczach - ale niezwykle mądra i dobrze ułożona. Podobno Rozalia wychowała kotkę nigdy nie podnosząc głosu, za pomocą jednego napomnienia: „Moja Duszko, to nie uchodzi". Rozalia wierzyła święcie, że Duszka ma dar rozpoznawania złych i dobrych ludzi. Jeśli kotka odnosiła się do kogoś z niechęcią, nie był więcej zapraszany. W czasie długiej choroby prababci, Duszka była zawsze pod ręką, i jak mówi przekaz rodzinny, okazała się najlepszym środkiem kojącym przewlekły ból. Rozalia zmarła młodo osierocając dwie córki. Młodsza z nich - to moja babcia Stasia. Ojciec całą miłość przelał na dziewczynki, nie ożenił się powtórnie i niemiłosiernie je rozpieszczał. Nie wyszło to mojej babci na zdrowie. Spośród oddanych, i dobrze sytuowanych pretendentów do jej ręki, wybrała uroczego lekkoducha, który zabrał ją do Kielc, gdzie wiele
obietnic okazało się mirażem. A to nie były czasy na rozwód. Wprawdzie nie pamiętam babci Stasi, zmarła gdy miałam niecałe dwa lata, mam jednak dla niej dużo współczucia i sentymentu.
Duszka Druga
Ze zdjęcia w sepii, wiszącego na ścianie, Babcia Stasia uśmiecha się powściągliwie, może nawet nieco
ironicznie. Nie zachowało się, niestety, żadne zdjęcie największej jej pociechy i przyjaciółki- kotki Duszki
Drugiej. W rodzinnej legendzie Duszka babci Stasi, matki mojej mamy, jawi się już jako młoda, ale dorosła
kotka. Skąd się wzięła, nie udało mi się ustalić. Po prostu przyszła i została. Zachowała się tylko pamięć
o ich niezwykłej relacji. Duszka była szaro-srebrzysta, bezgranicznie przywiązana do babci, ale harda
i nieprzystępna dla innych. Jak pies towarzyszyła babci w zakupach i sąsiedzkich odwiedzinach. Znali ją na
całej ulicy, zwłaszcza rzeźnik, u którego często się stołowała. Z dużym wyczuciem pojawiała się na
zapleczu sklepu właśnie wtedy, gdy właściciel sprawiał mięso. Była niezłą aktorką, bo kiedy nie zanosiło się na
posiłek, nie łasiła się, nie prosiła, tylko spokojnie siedziała ze zwieszonym łebkiem. „No, no, coś się może
znajdzie..." - mamrotał skruszony rzeźnik i wynosił okrawki. Babcia Stasia zmarła mając niewiele ponad 60 lat.
Kiedy leżała w domu, ci którzy ją odwiedzali, zapamiętali, że Duszka zawsze była blisko niej. Kiedy babcia czegoś potrzebowała, a była już bardzo słaba, Duszka potrafiła w nocy obudzić kogoś z domowników i zmusić go do wstania. Pewnego dnia, wczesnym rankiem dziadek zajrzał do babci i nie zobaczył Duszki. To było bardzo dziwne. Okazało się, że babcia Stasia zmarła we śnie. Duszka zniknęła. Nikt już jej nigdy nie widział.
Duszka, córka Alexis
Moja Duszka była warszawianką, córką Alexis. Tak, to czasy telewizyjnej „Dynastii". Mój przyjaciel, lekarz
i kociarz, zawsze marzył o kocie niebieskim rosyjskim, toteż kiedy zadzwonił do mnie z tryumfalnym: „Mam
Alexis, muszę ci ją zaraz pokazać, przyjeżdżaj!" - spodziewałam się małej piękności. Ironię tego imienia
pojmowało się dopiero zobaczywszy zaropiałe maleństwo, zabiedzone i przedwcześnie odebrane matce. Osłupiałam na widok nieszczęsnej Alexis i rozpłakałam się nad tą biedą. „Musiałem ją kupić, tak mi jej było żal - obwieścił mój przyjaciel. - Handlował nią jakiś pijak - a kto by ją zechciał - bałem się, że jak nie dostanie na flaszkę, gotów ją po prostu wyrzucić. Zresztą, zakochałem się w niej od razu!" Okazało się, że Alexis wychuchana i wydmuchana, to wspaniała Syjamka (niezbyt czystej rasy) o cudownych, błękitnych oczach i łagodnym charakterze. Towarzyska, czuła i ufna. Zanim dorosła postanowiłam, że chcę jej córkę i ustawiłam się w kolejce chętnych po przyszłe dzieci Alexis. Nastał dzień, kiedy mój przyjaciel zadzwonił i bez zbędnych wstępów krzyknął do słuchawki: „Co za drań! Od progu poleciał żreć, wyobrażasz sobie?!" - „Co? Kto" - bełkotałam nieskładnie. Okazało się, że do Alexis został zaproszony w zaloty kawaler, dorodny Syjam Bohun, który wykazał się kompletnym brakiem manier. Doszło jednak do mariażu, a w stosownym czasie dostałam swoją Duszkę. Nie zawiodłam się. Po matce odziedziczyła niezwykły charakter i cudowne, niebieskie oczy. Jedwabiste futerko było koloru kawy z mlekiem z brązowymi znaczeniami, tylko ogonek był mało syjamski, bo z rozkosznymi, nikłymi prążkami. Dusia całą swoją kocią duszą i sercem kochała tylko mnie. Reszcie świata pozwalała na adorację, zezwalała na opiekę, ale nie na poufałości.
Trudne rozstania
Wyjeżdżałam zwykle ze świadomością, że będzie bardzo tęsknić i najlepsze zastępstwo nic nie pomoże. Zdarzało się, że nie wychodziła z kryjówki, nawet kiedy pod moją nieobecność przychodziła do niej moja córka. Kamień spadł mi z serca dopiero za sprawą sąsiadki. Danusia, starsza, „drobna pani z olbrzymim mieszkaniem" przez lata naszej przyjaźni opiekowała się Duszką, ku zadowoleniu obydwu stron. Duszka zaaprobowała
mieszkanie za ścianą podczas moich wyjazdów, a nawet „chodzenie do przedszkola" w czasie mojej pracy. Kiedy
się rano szykowałam, Duszka siedziała pod drzwiami, ponaglając mnie spojrzeniami: „Jeśli musisz, to idź już
wreszcie. Ja też mam swoje sprawy." Całus w pyszczek i sus pod sąsiednie drzwi. Danusia uwielbiała Duszkę,
zamówiła sprzątanie dwa razy w tygodniu, „bo kot musi mieć czysto" i na wszystko jej pozwalała. Po powrocie
z podróży, rzucała m walizkę i biegłam po Dusię. Czekał mnie krótki rytuał „chodzenia na obrażonych łapkach",
żebym sobie nie myślała. Ale Duszka długo nie chowała urazy. Jeśli już byłyśmy razem, to bardzo blisko. Śpiąc
z Duszką, wsłuchując się w aksamitne mruczenie, nie wiedziałam co to bezsenność. Miałyśmy osobne poduszki, ale jedną kołdrę. Wszystko miało swój rytuał - zasypianie, czytanie, oglądanie filmów, podejmowanie gości. To były sprawy ustalone i wszelkie odstępstwa Duszka przyjmowała z wyraźną niechęcią. Stanowczo odmówiła jednak wychodzenia na spacery. Cierpliwy trening w szeleczkach, różne podejścia - wszystko to spotkało się ze stanowczym oporem. Musiałam ustąpić.
Pożegnanie
Duszka miała już 13 lat, kiedy usłyszałam od weterynarza, że niewinne guzki są złośliwe, a ponadto ma cukrzycę. Wcześniej nigdy nie chorowała. Byłam przerażona koniecznością robienia jej zastrzyków. Sama prawie mdlałam przy pobieraniu krwi. Nie do wiary, że tak szybko doszłam do wprawy. Do łez rozczulała mnie Dusia, która szybko poddała się rytuałowi porannych zastrzyków. Kładłam poduszkę na kanapie, kotka natychmiast rozciągała się na niej, jak do pieszczot, ukłucie i całusy. Zaczął się koszmarny czas. Operacja wycięcia guza, a potem szybko liczne przerzuty. Marniała w oczach. Wiem, że do końca nie cierpiała. Największe wsparcie dostałam od swojej
córki, która wyręczyła mnie w tych ostatnich chwilach - zawiozła biedne ciałko Duszki do kremacji, do leczącego ją wcześniej weterynarza. Długo docierało do mnie, że jej już nie ma. Chociaż moja Dusia zmarła kilka lat temu, ilekroć zostaje mi w ręku nietypowa zakrętka lub krążek plastiku z jakiegoś opakowania, uśmiecham się z czułością, i myślę, że pewnie bardzo by się jej podobały do zabawy. Mam przekonanie, prawie pewność, że w moim życiu pojawi się jeszcze jedna Duszka, jak dobry duch w moim życiu. Ale w jaki sposób? I kiedy?