O sterylizacji kotek, zwłaszcza wychodzących i wolno-żyjących, z lekarzem weterynarii Pawłem Zahorodnym rozmawia Barbara Sieradzan
Barbara Sieradzan: Czy brał Pan udział w akcji sterylizacji kotek - takiej na talony, które są w gestii miasta?
Paweł Zahorodny: Tak, co prawda nie na talony, ale proponowaną odpłatnie przez urząd gminy. Robimy to z kolegą, z pełnym przekonaniem o słuszności sprawy. Chyba największym kłopotem jest odłowienie takich
wolno żyjących kotek na zabieg. Kot to inteligentne zwierzę, wyczuwa w nas obcych, do tego niepokojąco pachnących gabinetem weterynaryjnym, i najchętniej czmycha. Pojedyncze koty czy mniejsze grupki łapiemy
za pomocą klatki-łapki, ale przy większym skupisku polegamy na pomocy miejscowych karmicieli. Akcje takie przeprowadzamy w ciepłych miesiącach, zazwyczaj między majem a początkiem października, ponieważ po przetrzymaniu kotki przez jeden dzień po zabiegu w lecznicy wypuszczamy ją do naturalnego środowiska. Oczywiście, jeśli nic się nie dzieje, nie ma żadnych zaburzeń motoryki. Kotka wychodzi z maleńkim szwem zrobionym rozpuszczalnymi nićmi, zaopatrzona jest w antybiotyk o przedłużonym działaniu i doraźnie działającym lekiem przeciwbólowym.
Czyli nie ma szczególnego ryzyka w tym przypadku?
Jakieś ryzyko zawsze jest. Kotka może ten mały szew lizać i nici mogą puścić. Zdarzało się już tak, że właściciel domowej kotki zastawał następnego dnia po sterylizacji ubranko bez „lokatora" i niedomknięte okno jako kierunek ewakuacji.
Szew na szczęście jest mały. To prawie laparoskopia!
Dwu-trzycentymetrowy otwór jest wystarczający, by usunąć macicę razem z jajnikami.
Słyszałam, że niektórzy lekarze usuwają narząd częściowo.
Tak, jest metoda usuwania samych jajników, a wtedy macica ulega atrofii, zanika. Oczywiście kotka nie może
być w rui, wtedy macica jest rozpulchniona. Ja usuwam cały narząd rodny.
Czyli w rui nie wykonuje się takich zabiegów?
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 109 listopad 2011
Powrót do: Poradnik |



Artykuły dotyczące