Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

Przeczytaj cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 122 – GRUDZIEŃ 2012/STYCZEŃ 2013

Tekst: Barbara Sieradzan
Zdjęcia: Archiwum Przystani Ocalenie

Natrudził się biblijny Noe, by uratować zwierzęta przed potopem. Zmuszony był wybrać po parze z każdego gatunku, by przetrwał każdy z nich. Dominik Nawa z Przystani Ocalenie nie musi troszczyć się na szczęście o wszystkie gatunki świata. Jednak ocalane przez niego zwierzęta to nie tylko poszczególne pary. Dominik ratuje niekiedy całe stada


Schronisko Przystań Ocalenie w Tychach istnieje już 10 lat. Moja znajomość z nim jest niewiele krótsza.
Przed laty poproszono mnie o pomoc bioenergoterapeutyczną dla klaczy Hawany, która miała chore nogi. Walka o konia trwała kilka lat; sprowadzono nawet z USA protezę, sfinansowaną przez tamtejszą Polonię. Niestety, choroba i ból stały się silniejsze od miłości opiekunów i sił witalnych zwierzaka. Ich miłość nie pozwoliła więc, by zwierzę dłużej cierpiało.

Dominika Nawę, jednego z założycieli przytuliska, poznałam osobiście w tym roku podczas wręczenia mu statuetki „Serce dla Zwierząt”. We wrześniu miałam przyjemność zobaczyć Przystań na własne oczy.
Pierwszym widokiem, który zapamiętam na długo, była łąka pełna rozhasanych, szczęśliwych koni. Skubały trawę we wrześniowym słońcu, niektóre brykały radośnie. Nie tak wyobrażałam sobie schronisko dla zwierząt po przejściach…  

Dominika odciągnęliśmy od jakiejś roboty, by pokazał nam swoich podopiecznych. Gdy poszliśmy z nim na łąkę, wysypał koniom worek przywiezionej przez nas marchwi, pilnując, by się nie pokopały. Z łakomstwa, nie z głodu. Te konie, podobnie jak i wszystkie zwierzęta z Ocalenia, są dla Dominika jak dzieci. Nie pozwoli ich skrzywdzić nikomu. Mogą tu żyć spokojnie, nie bać się już uderzeń bata... Dominik rozpoznaje każdego, pamięta imię, pamięta historię, często smutną, każdego z nich. Wszystkie konie reagują natychmiast na jego głos. Starają się być jak najbliżej, skubią aksamitnymi chrapami włosy, koszulkę, wszystko, czego mogą dosięgnąć. To takie końskie okazywanie miłości. Na pastwisku przebywa tylko część z nich, pozostałe są w pensjonatach. Gospodarstwo nieopodal Pszczyny nie zmieściłoby aż tylu podopiecznych na swoim terenie.

Prowadzenie tej placówki wymaga dużej wiedzy o wielu gatunkach zwierząt. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że tegoroczny laureat nagrody „Serce dla Zwierząt”, Dominik Nawa, jest z zawodu… mechanikiem samochodowym. Ale o swoich podopiecznych wie wszystko. Poznał ich przede wszystkim sercem.

Każdy ogonek w inną stronę
Wchodzimy na teren placówki i od razu przyłącza się do nas Łapa, rudy kundelek bez tylnej nogi. Za chwilę dołącza Instytutka, śliczna młoda kotka trikolorka. Nie odstąpią Dominika już na krok. Mijamy stajnie – Stowarzyszenie Komitet Pomocy dla Zwierząt kupiło teren z budynkiem. Wymieniono wszystkie dachy, odnowiono elewację. Wiele pomieszczeń dobudowano. Wszystkie stajnie projektował i w miarę możliwości przygotowywał sam Dominik.W dwóch zagródkach rezydują obok siebie Karol i Szymon. Te dwie świnie są na pierwszy rzut oka identyczne, ale każdej z nich ogonek skręca się w inną stronę. – Chcecie zobaczyć szczęśliwą świnię? – gospodarz śmiejąc się odkręca wodę i gumowym wężem polewa Karola. Zwierzak to uwielbia. Wierci się zadowolony. Oba różowe wieprzki, jak i pozostali podopieczni, spędzają tu swoją emeryturę. Również dwie nieufne świnki wietnamskie w kojcu obok wiodą szczśliwe dni. Jedną z nich odebrano z rąk człowieka, który traktował ją jak zabawkę, nie zapewniając właściwych warunków. Skończyło się tak, że świnka spadając złamała krąg w tylnej części kręgosłupa. Jest kaleką i szczerze mówiąc, nie przepada za ludźmi.
Mijamy kilka krów, stado gęsi. Tych ostat nich jest tu aż czterdzieści cztery sztuki – „w depozycie”. Zostały odebrane na skutek interwencji. Stowarzyszenie powiadamiane jest często przez świadków łamania praw zwierząt i po sprawdzeniu sytuacji składa doniesienie o dokonaniu przestępstwa. Kiedyś procedura była prostsza, prezydent miasta odbierał zwierzę właścicielowi za znęcanie się nad nim. Teraz gospodarz regionu – np. burmistrz – odbiera je czasowo, a decyzję o dalszym losie zwierząt podejmuje sąd. Odebranie zwierzęcia zawsze wiąże się z kosztami (trzeba je gdzieś umieścić, karmić), więc taka decyzja zapada rzadko. Bywa, że na skutek lamentów właściciela, że stado to jego jedyne źródło utrzymania, sąd po roku oddaje mu zwierzęta. I wszystko jest dobrze, dopóki jest lato i stado pasie się na łące, ale gdy przychodzi w końcu zima... zwierzęta nie mają stajni, są głodne i zmarznięte i na skutek interwencji znów wracają do gminy, a ona za nie płaci.

Boruta miała szczęście
Dominik opowiedział nam historię jednej z krów, Boruty, wyciąganej z rzeźni w Suwałkach. Fundacja Viva! Akcja dla Zwierząt dowiedziała się o Borucie i chciała ją wykupić. Cezary, kolega Dominika z tej Fundacji, zwrócił się do niego z prośbą o pomoc, gdyż żeby przyjąć zwierzę gospodarskie parzystokopytne, trzeba mieć zarejestrowane gospodarstwo rolne. Ocalenie taki status posiada; zarówno ze względu na zwierzęta, jak i na konieczność upraw, by je móc wyżywić. Obaj panowie pojechali do Suwałk, wykupili krowę od gospodarza, udali się do rzeźni i tam powiedziano im, że mogą krowę odebrać w… bloku mięsnym, gdyż istnieje przepis unijny zakazujący wydania zwierzęcia z rzeźni z hali ubojowej, ze względu na stres spowodowany widokiem ogłuszanych, a potem zarzynanych zwierząt. Ale Boruta weszła jedynie na teren rzeźni, nie zaś do hali ubojowej. Dzięki temu można było ją ocalić. – Ale to dziwna krowa – mówi Dominik. – Widać w jej oczach strach – przeżycia z rzeźni odbiły się na jej psychice.

Na cześć Węgielka
Głównymi rezydentami w Ocaleniu są jednak konie. Jest ich sto dwadzieścia sześć. Wszystkie można adoptować wirtualnie. Średni koszt utrzymania konia wynosi trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie (z przyjazdem co 4–5 tygodni kowala włącznie). Bywa jednak, że trzeba wydać na jednego z nich i dziewięćset złotych, gdy potrzebny jest weterynarz i leki. Przecież to schorowane, spracowane zwierzęta.Na jednym z wybiegów widzimy klacz z dziwną naroślą. Jest chora na sarkoidozę. Konie w gorszej kondycji zdrowotnej trzymane są osobno, gdyż byłyby zdominowane przez stado. Po tym samym terenie biega radośnie „duży mały koń z gorącą krwią”, jak mówi o nim Dominik. To mieszaniec kuca z arabem. Są tu też zwykłe kuce, dwa śliczne polskie koniki, myszate z pręgą. Jedna z klaczy wygląda dość dziwnie, gdy pasie się na szeroko rozstawionych przednich nogach i ze skręconą na bok szyją.Kiedy miała rok i dwa miesiące, uwiązano ją w pomieszczeniu razem z ogierem. Wystraszona zaplątała się w uwięzi i naciągnęła dwa kręgi szyjne, które w rezultacie pękły. Na szczęście wszystko się zrosło, nie boli, tylko w czasie upałów trzeba uważać, żeby klaczy nie zaparzała się szyja (głowa na stałe jest skręcona na lewo i pochylona). To jest wprawdzie niepełnosprawny, ale piękny i szczęśliwy koń.
W osobnym boksie stoi koń niewidomy. Nieomylnie trafia swym szlachetnym pyskiem do naszych wyciągniętych dłoni, wtula się w nie. Jego oczy podobne są do dwóch połówek niebieskiej piłeczki.Przypomina mi się historia konia Węgielka, którą słyszałam kiedyś od gospodarza Ocalenia. Węgielek całe długie lata pracował w kopalni, potem jeszcze jakiś czas ciągnął wóz z węglem. Był stary i tak spracowany, że w końcu pewnego dnia padł na ulicy.
Szczęśliwie przejeżdżała tamtędy wolontariuszka Ocalenia. Od razu dała znać stowarzyszeniu o tym zajściu. Natychmiast przyjechało kilka osób, na plandece wciągnięto konia na przyczepę i przywieziono do schroniska. Codziennie, rano i wieczorem, w cztery osoby stawiano go na nogi... Udało się go podleczyć i Węgielek spędził tu jeszcze kilka szczęśliwych lat.

Piękna, jak... koza
Trudno się oderwać od niektórych zagród i wybiegów, ale wędrujemy dalej. Mijamy dające się głaskać osiołki, kozy, owieczki. Nigdy nie sądziłam, że kozy mogą być tak efektowne, tak różnorodnie ubarwione!W pojedynczych boksach mieszkają psy „z odzysku”, tak jak owczarek, który był kiedyś psem policyjnym, ale niestety utracił kwalifikacje. Tylko Łapa porusza się swobodnie po terenie. Całej reszcie traumatyczne przeżycia niestety uniemożliwiają socjalizację. Poznajemy też srebrnego lisa – Kajetana, zbiega z hodowlanej fermy. O tej porze roku jest raczej grafitowy, szczupły i nieatrakcyjny jako... kołnierz, którym miał się stać. Srebrny i puszysty staje się natomiast zimą.Jest bardzo oswojony, jak zresztą wszystkie zwierzaki. Reaguje radośnie na widok Dominika. Przebywa w boksie, na wszelki wypadek, by nikt nie skradł go dla futra. Na pociechę ma tam pełno pluszowych zabawek, piłeczek. Dominik informuje nas, że w Internecie na Youtube pod hasłem „lis Kajetan” można zobaczyć, jak cudownie potrafi się nimi bawić.
Mijamy po drodze miejsce szczególne. Miejsce pamięci zwierząt, które odeszły. Ogrodzony teren zarośnięty krzewami i kwiatami, a wśród nich tablice z imionami. Obowiązuje przepis oddawania padniętych zwierząt do spalarni, ale ich ślad zostaje w tym miejscu. Zostaje też w sercach i pamięci pracowników i wolontariuszy.
Spotykamy po drodze samicę jaka, Larysę. Ona również porusza się po terenie nieskrępowana. Staje przed bramą i czeka, by ją wypuścić na łączkę poza schroniskiem. To spokojne, zrównoważone i miłe zwierzę. Zawsze wiadomo, gdzie jest i kiedy wróci.

Kocia ferajna z Ocalenia
Przysiadamy w altance. Natychmiast podchodzi do nas Szkieletka – szara, prążkowana kotka, kolejna wielbicielka Dominika. Imię zawdzięcza dawnym kształtom. Kiedyś była cienka niczym zakładka w książce. Ale to było dawno temu. Dziś Szkieletka jest pięknym zadbanym kotem. Bezwstydnie, bezustannie domaga się pieszczot.
Pytam o koty w Ocaleniu. Te, które widzimy, mają się nieźle i wyglądają na zdrowe. Mieszkała tu też kiedyś kotka sparaliżowana, Bufinka. Sprawiono jej nawet wózek, ale serdecznie go nie znosiła. Poruszała się jak chciała, a radziła sobie tak dobrze, że nawet łapała myszy! Kotka Malinka sama doczołgała się tutaj, prosząc o pomoc. Tylne łapy miała tak głęboko poprzecinane (najprawdopodobniej po wnykach), że trzeba je było amputować. Na szczęście silna robaczyca ran uchroniła ją przed śmiertelnym zakażeniem. Teraz jest niesamowitym, oryginalnym kotem: porusza się na przednich łapach, idąc jak kura, z zadem w górze. Nauczyła się załatwiać swoje potrzeby na podkłady. Łatwo się tylko brudzi, bo jest biała i trzeba ją często kąpać.
W przytulisku mieszkają też koty, u których stwierdzono obecność wirusa białaczki. Same nie chorują, ale są jej nosicielami. Mają swoje pomieszczenie na poddaszu, ale Dominik nie jest z niego zadowolony. Marzy mu się, by wybudować dla nich wolierę, gdzie miałyby swoją część „mieszkalną”, wybieg z trawą i krzakami, a jednocześnie byłyby odizolowane od kotów nie zarażonych. Ma już upatrzony na ten cel teren, jest nawet przygotowany projekt stalowej, ocynkowanej konstrukcji z siatką. Zrobiłby to nawet sam, ale… potrzebne są ponad dwa tysiące złotych na materiały. Potrzeb jest tak dużo, że trzeba kierować się priorytetowymi sprawami, by w Ocaleniu wszystkim zwierzętom po przejściach żyło się na stare lata jeszcze lepiej.

O sprawach związanych z ekonomią i o tym, jak wesprzeć ten raj dla zwierząt, opowiemy w następnej części reportażu.  

 



Na pomoc




Warszawa
- Pełnomocnik ds. zwierząt (0 22) 595-32-01
- Straż Miejska (interwencje w sprawie zwierząt) 986, (0 22) 647-37-00
- Społeczny Punkt Informacji o zagubionych i znalezionych zwierzętach (0 22) 839-64-80
  (codziennie 900-   1000), (0 22) 844-70-06 (1800-1900)
- Straż dla zwierząt (0-22) 353 50 60

 
Wrocław
- Pogotowie dla zwierząt 0-501-334-268
- Straż Miejska (interwencje w sprawie zwierząt) 986, (0 71)322-56-92
 
Katowice
- Straż Miejska (Interwencje w sprawie zwierząt) 986, (0 32)253-82-75