Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

"Tajemnicza natura mojego kota" - rozstrzygniecie konkursu

Konkurs literacki
„Tajemnicza natura mojego kota" - rozstrzygnięty

Oto lista laureatów:
I miejsce -
Dorota Krzyżanowska-Gernand „Magia trzech kotek"
II miejsce - Anna Fryze-Różalska „Quentin - z pamiętnika kota"
III miejsce - Barbara Łuczak „Egzamin".
Wyróżniliśmy również Alicję Kucharską za wiersz „Kot ma swoją naturę", Agnieszkę Olińską za wiersz „Kot domowy", Natalię Swaryczewską za opowiadanie „Funek" oraz
młodych autorów: Martynę Dymnicką (10 lat) i Elizę Zalewską (13 lat).
- nagrodzone teksty poniżej
Wszystkim laureatom konkursu gorąco gratulujemy i nagradzamy książkami Vicki Myron i Breta Wittera
 „Dziewięć wcieleń kota Deweya". Panią Dorotę Krzyżanowską-Gernand za zajęcie I miejsca postanowiliśmy dodatkowo uhonorować książką Renate Jones  „Koty", nowość Wydawnictwa Muza, a „Magię trzech kotek" możecie przeczytać w bieżącym numerze.
Pozostałe nagrodzone prace będziemy publikować w kolejnych wydaniach KOCICH SPRAW, a wybrane teksty młodych i najmłodszych autorów ukażą się w dodatku „Młode koty" w podwójnym numerze grudniowo-styczniowym.
Tekst Dorota Krzyżanowska-Gernand

 Magia Gretki
Gretka pojawiła się w moim życiu w magiczny sposób. Została przyniesiona późnym wieczorem przez jednego z moich ulubionych kuzynów, kiedy z moim Mężem siedzieliśmy jeszcze w laboratorium nad pracą naukową. Już samo miejsce, w którym pierwszy raz spotkaliśmy się z Gretką, było bardzo magiczne. Na dworze królowała kwietniowa chłodna noc, za oknami pięknie świeciły gwiazdy. Dookoła cichutko szumiała magiczna aparatura
laboratoryjna, która rozwiązywała w cudowny sposób medyczne zagadki. Gdzieś za oknami widać było zieloną poświatę okien sal operacyjnych, z innych okien biło magiczne ultrafioletowe światło lamp odkażających.
O medycynie, pracy naukowej, dobrym mężu i... kotach marzyłam od najmłodszych lat. Tego dnia spełnić miało się moje ostatnie z marzeń. W cudownie magiczny sposób na moich kolanach pojawiła się maluteńka biała koteczka „taka, jak z pudełka czekoladek" - jak to powiedział mój kuzyn i w magiczny sposób zniknął, spiesząc się na ostatni kurs autobusu (chyba też magicznego). Rzeczywiście, miałam takie pudełko po czekoladkach z plastikowym wypukłym wieczkiem ze ślicznymi kotkami. Teraz takie cudowne stworzonko przytuliło się do moich kolan i miauczało. Wiedziałam, że tego dnia pracę skończymy wcześniej, bo przed magiczną północą... Mały biały kotek chciał już bardzo do domu.

Nie umiałam jeszcze wtedy postępować z magicznymi istotami, więc moja biała Gretka była wychowywana bardzo po ludzku (teraz łapię się z przerażeniem za głowę, bo któż to widział wychowywać kota!). Niepotrzebnie, koty przecież wychowują się same, mają wrodzony takt i kindersztubę.
Naszymi nieudolnymi próbami „wychowywania" tylko psujemy te cudownie doskonałe istoty, uczynione przez
Stwórcę idealnymi od samego narodzenia. Teraz już wiem, że z kotem rozmawia się bez słów, jedną myślą, jednym wymienionym wzajemnym spojrzeniem. Chcesz, żeby przyszedł do ciebie - to tylko o tym pomyśl, nie chcesz, żeby chodził po kuchennym stole - spojrzyj na niego z wyrzutem. Wracając do Gretki - była ona kotem dobrze wychowanym. Kochała mnie całym kocim sercem, a ja kochałam ją za całą jej Kocią Osobowość, za jej Kocią Wyrozumiałość, z jaką znosiła wszystkie moje metody wychowawcze i za to, że tak naprawdę to ona mnie wychowała, ucząc wszystkiego od początku. No i tajemniczy charakterek to Gretka miała, oj miała... Była piękną, dumną, pełną gracji, dystyngowaną kotką, zaplatającą w czarodziejski sposób ogonek, gdy siadała.
Odeszła za Tęczowy Most, pozostawiając wielką bliznę w moim sercu.
Magia Milenki
Milenka to druga kotka w moim życiu. Podarunek od mojej przyjaciółki, córka jej kocura Bolka. Śliczna, trójkolorowa, jakby lekko przysypana popiołem. Kotka o przepięknych bursztynowych oczach i przecudownym charakterze. Milenka już nie była przeze mnie „wychowywana", wcześniej oduczyła mnie tego Gretka. Jest kotką idealną. Nigdy nie zrobiła niczego nie tak, jak trzeba. Wtopiła się w moje życie w naturalny sposób. Jest zawsze we właściwym miejscu, zachowuje się zawsze stosownie do okoliczności. Układna, spokojna, porządna, grzeczna, mądra. Umiemy się porozumiewać myślami. Kiedy potrzebuję jakiegoś kota do zjedzenia bardzo dobrego mięska - Milenka zawsze wie, gdzie należy być. Uśmiecha się do ludzi w koci sposób - przymrużając oczy wpatrzone w twarz człowieka. I przez te jedenaście lat istnienia Milenki na świecie nie było jeszcze nikogo, kto nie odwzajemniłby tego jej czarodziejskiego uśmiechu. Milenka, Milusia, Milcia, Milka. Nawet imię jednej
małej Dziewczynki, która pojawiła się pewnego wiosennego poranka na świecie ku wielkiej radości swojego Taty, zostało „dopasowane" do imienia Milka... Milenka zawsze wie, kiedy potrzebuję jej przytulenia, i przytula mnie wtedy całym swoim kocim istnieniem. Wtulając twarz w jej puchaty grzbiet i wdychając piękny zapach kociego milenkowego futra, nie mogę zrozumieć, jak w telewizyjnej reklamie reklamującej środek likwidujący podobno brzydkie zapachy, tłusty facet wącha z obrzydzeniem przepięknego kota. Nigdy nie kupię tych reklamowanych środków. Ta reklama jest wyjątkowo nieprzekonująca. Kiedy byłam małą dziewczynką, myślałam, że mój Dziadek każdego ranka perfumuje Dziadkowo- Babcine Koty swoją wodą kolońską, tak bardzo zachwycał mnie ich zapach.
Moja Tajemnicza Milenka leży właśnie obok mnie i przepięknie mruczy. Jej spojrzenie przemawia: „Wiem, wiem - piszesz o mnie..." I ja wiem, że Milenka wie, jak bardzo staram się opisać jej urok. I wiem, że Milenka wie, że to prawie niemożliwe, żeby przekazać słowem pisanym czar i tajemnicę Kota. ZMilenką po prostu trzeba być, żeby odczuć to wszystko. Milenka rozumie też moje negatywne nastawienia do pewnych przedmiotów i oczywiście je podziela. Nie lubię czarnych segregatorów i Milenka też.
Magia Koli
Właśnie zeszła z moich kolan moja trzecia koteczka - Kola, na którą mówi się też Kolcia, Kolusia, Koliszon. Kola jest niepełnosprawna, ale jest równie kochana, magiczna i niesamowita jak Milcia i Gretka. Kola pojawiła się jako nasza towarzyszka tuż przed odejściem Gretki. Dostałam ją od Pani Agnieszki z Fundacji pomagającej kotom. Dzięki niej udało się nam przeżyć po bolesnej stracie Gretki. Kola wiele w życiu przeszła, więc jest bardzo mądrym i doświadczonym kotem. Kotem-lekarzem, kotem pomagającym i biegnącym z ratunkiem każdemu stworzeniu, które jest w potrzebie. Nawet jeśli jest to pająk lub mól. Jej złote oczy są pełne mądrości i zrozumienia dla ludzkich słabości, które oczywiście Kola zawsze pomaga zwalczyć. Nie ma poddawania się, rezygnacji. Ona zawsze będzie przy człowieku dotąd, aż ten znowu odzyska dobry humor, zdrowie, wiarę i nadzieję. Oczywiście też rozmawiamy z Kolą poprzez wymianę myśli i spojrzeń.

Kola tak jak Milenka, jest kotem „niewychowywanym", przyszła do nas już po przejściach, a jednak po początkowych fochach (o których zresztą nikt już przecież nie pamięta) jej życie stopiło się z naszym, nasze życia po prostu dopasowały się idealnie do siebie.

To właśnie tajemnica i magia kotów. Stworzeń doskonałych w każdym calu. Naszych życiowych najwierniejszych i najukochańszych towarzyszy. Kiedy uczymy się je rozumieć, otwieramy szeroko oczy ze zdumienia, jak bardzo są mądre. Powiem więcej - o wiele mądrzejsze od nas - ludzi, mające więcej cierpliwości, potrafiące więcej znieść i wybaczyć. Te cudowne i przepiękne zwierzęta wnoszą do naszego życia spokój, ciepło i miłość. Uczą nas także rozumienia bez słów drugiego człowieka. Czyż to nie jest magia?

Tekst Anna Fryze-Różalska

 Nazywano mnie Quentin, na cześć słynnego reżysera Quentina Tarantino, a mojego brata Llewelyn, od imienia głównego bohatera filmu braci Cohen „To nie jest kraj dla starych ludzi".

Nasza mama jest najfajniejszą kotką na osiedlu. Ludzie z okolicznych domków dokarmiają ją, a wszystkie kocury
uganiają się za nią podczas rui. Pewnie dlatego nie jesteśmy z rodzeństwem do siebie podobni. Moje oczy są okrągłe i złote, a brata bardziej skośne i zielone. Ponieważ jego łuki brwiowe są bardziej wypukłe niż moje, niektórzy myślą, że on patrzy spode łba, nieufnie, natomiast moje szczere spojrzenie nigdy nie zdradza, że właśnie coś przeskrobałem. A psocić umiem jak nikt inny. Nasza siostra to prawdziwa piękność. Ma długie, miękkie futerko i często jest brana za syberyjskiego Nevę. Nic dziwnego, że jak tylko się urodziła, od razu byli chętni, by ją przygarnąć. Z nami było inaczej. Spośród mieszkańców Dobrej Szczecińskiej mama upatrzyła sobie
jedną rodzinę, u której lubiła wychowywać swoje potomstwo. W sierpniu, kiedy mieliśmy przyjść na świat, zagnieździła się u nich na dobre. Sprawiła im nie lada kłopot, gdyż we wrześniu wybierali się na urlop do Hiszpanii. Wszystko było zarezerwowane, bilety kupione pół roku wcześniej. Wiedzieli, że mamą zaopiekują się sąsiedzi, ale co zrobić z kociętami? Na naszą siostrę już oczekiwano w pewnym domu. Nam zaoferowali
zakwaterowanie znajomi gospodarzy naszej mamy. W ten sposób opuściliśmy domek z ogródkiem i wylądowaliśmy na czwartym piętrze kamienicy w Szczecinie. Tymczasowe mieszkanie okazało się docelowym,
bo któż mógłby oprzeć się naszemu kociemu wdziękowi?! Pan z początku poczuł się zagrożony w swojej pozycji
jedynego mężczyzny w domu, ale i jego szybko obłaskawiliśmy. Przywieziono nas w wiklinowym koszyku z zapasami jedzenia i piasku do kuwety. Nasi pierwsi gospodarze nie wiedzieli, że nie umiemy jeszcze jeść i pijemy tylko mleko mamy. Już od kilku dni nalewali nam mleka do miski i sypali pokarm dla kociąt do miseczek. Jedzenie przeznaczone dla nas, podobnie jak jedzenie dla dorosłych kotów, znikało w brzuchu naszej mamy. Nowe panie musiały kupić butelkę i smoczek w sklepie zoologicznym i karmić nas jak dzidziusie. Od razu przegryźliśmy gumkę, więc panie bały się, że się udławimy, bo mleczko lało się wielkim strumieniem do naszych małych gardziołek. Próby oswojenia nas z miseczką nie były proste, woleliśmy zlizywać mleczko z palca młodszej pani. Ja pierwszy zrozumiałem, że to w miseczce smakuje tak samo jak to z palca Oli. Brat był bardziej nieufny. Dopiero jak kroplę z palca przeniesiono na krawędź miski, odważył się spróbować. Podobnie było ze stałą karmą.
Ja szybciej w niej zasmakowałem. Brat nawet z palca nie chciał skosztować, a próby włożenia jedzenia
bezpośrednio do pyszczka kończyły się wielkim pluciem, zupełnie jakby nie był kotem, ale alpaką. Dopiero jak
mu brodę umazano jedzeniem, zaczął się czyścić i pojął, że to, co zlizuje, jest całkiem smaczne. Kto by pomyślał, że wyrośnie z niego taki żarłok? Za to był pierwszy do zwiedzania. Początkowo trzymaliśmy się blisko koszyka, w którym spaliśmy. Potem spróbowaliśmy poznać zakamarki pokoju. Ale żeby wypuścić się poza jego teren, wcale nam się nie spieszyło. Jakież było moje zdziwienie, kiedy któregoś dnia brat przekroczył próg i powoli po
kafelkach pokonał przedpokój i wkroczył do kuchni. Nie mogłem tego zrozumieć. Wpadłem w panikę.
Siedziałem na skraju parkietu i rozpaczliwie krzyczałem do brata: „Co robisz?! Wracaj do mnie!".
Po jakimś czasie oswoiłem się z najbliższą przestrzenią i wkrótce mieszkanie nie miało dla mnie tajemnic. Podobnie było z klatką schodową. Brat pierwszy, skradając się, spenetrował piętro i schody. Ja długo się wahałem, zanim zdecydowałem się przekroczyć próg mieszkania, ale wkrótce to nie kto inny, tylko ja miauczałem pod drzwiami wejściowymi, skakałem na klamkę i pobrzękiwałem kluczami, domagając się wypuszczenia na
zewnątrz. Przy każdej okazji, gdy państwo szykowali się do opuszczenia mieszkania, stałem przy drzwiach gotowy do wybiegnięcia i podboju nowych terenów. Panie żartem nazywały mojego brata Kolumbem (odkrywcą), a mnie Cortazarem (konkwistadorem). Kiedy zbyt energicznie domagałem się wypuszczenia na klatkę schodową,
pani próbowała mnie straszyć wielkim owczarkiem niemieckim, który mieszka na ostatnim, piątym piętrze
naszego domu. Strachy na lachy! Poznałem tego bohatera z góry w poczekalni u weterynarza. Wcale
nie miał ochoty nikogo atakować, ani mnie, ani żadnego innego zwierzaka. Myślał tylko, jak by tu czmychnąć na
dwór. Zanim wymyślono nam prawdziwe imiona, nazywano mnie Łatkiem z racji dwukolorowego umaszczenia
(choć tak naprawdę żadnych łat nie mam), a brata Pręgusiem z powodu pasków na brzuszku. Później młodsza
pani, kinomanka, ochrzciła mnie Quentin, na cześć słynnego amerykańskiego reżysera Quentina Tarantino, a brata nazwała Llewelyn, od imienia głównego bohatera filmu braci Cohen „To nie jest kraj dla starych ludzi". Brat szybko nauczył się nowego imienia, nawet szybciej niż ja swojego. Ludziom przychodziło to z większym trudem. Jeden z wujków wołał na niego Lucjan. Dlatego obcym przedstawiany jest jako Lusio. Brat musi mieć zdolności językowe, bo reaguje na wszystkie formy swego imienia, nawet tak wymyślne jak Lusiaczek. Ja też wiem, że jak ktoś mówi Quentinek lub Quentuszek, to mnie ma na myśli. Paniom też się udało w miarę szybko poznać zawiłości kociego języka. Llewelyn bywa odludkiem. Gdy chce pobyć sam ze sobą, znajduje zaciszny kącik w domu, gdzie akurat nie ma nikogo z domowników, i tam zasypia. Kiedy przychodzi do pokoju, w którym są ludzie, melduje się krótkim: „mig-mig!". Co oznacza: „cześć, wróciłem". Ostatnio zmienił powitanie na jeszcze krótsze: „a-a"! Gdy ma ochotę na zabawę, zajmuje pozycję na korytarzu, zerka zza rogu szafy i odzywa się dźwięcznym
barytonem: „grrauu" . Panie rzucają wówczas swoje zajęcia w obawie, by kot się nie obraził, i zaczynają szukać
białej myszki, koniecznie grzechoczącej, którą Lusio lubi grać w „głupiego Jasia". Ustawia się na środku korytarza i próbuje złapać przelatującą mu nad głową zabawkę w łapki, rzadziej w pyszczek, lub jak siatkarz po prostu odbić. Mimo że nie jest tak zwinny jak ja, to czasami udaje mu się wyskoczyć naprawdę wysoko. Panie cieszą się z jego wyczynów. Kiedyś naliczyły ponad 50 odbić. Zawsze doliczają dodatkowy punkt, jeśli myszka wpadnie do sypialni i Lusio przyniesie ją w pyszczku. Wielkie coś! Brat, jak był młodszy, świetnie dryblował gumową piłeczką lub podrzucał myszkę. Teraz rozleniwił się i nie chce sam się bawić. Zawsze wymaga asysty ludzi. Dobrze, że
chociaż raz dziennie udaje mi się namówić go na kocie zapasy. Zrzucamy się wówczas z krzeseł, przewracamy, turlamy po podłodze, a nawet podgryzamy, by w chwilę później czule wylizywać sobie nawzajem pyszczki i grzbiety. Kiedy ja mam ochotę się bawić, wołam po prostu: „mrau!". Ludzi czasami trzeba zmusić do zabawy, bo
są bardzo leniwi. Udają, że mają coś do zrobienia. A cóż może być ważniejszego od zabawy? Śpiewam
wówczas najcieńszym falsetem, jaki zdołam wydobyć z gardła, bo wiem, że ich uszy nie wytrzymują takich
dźwięków. Nie zawsze chodzi o wspólne igraszki, czasami trzeba im przypomnieć, że czas na „małe co
nieco". Llewelyn zawsze korzysta z mojej zaradności. Sam uważa, że dopominanie się o jedzenie leży
poniżej jego kociej godności, ale jak ja już coś zorganizuję, to zawsze jest pierwszy przy misce. Próbuje nawet
uszczknąć coś zmojej porcji. Skutki tego są takie, że ja jestem bardziej szczupły i zwinny, a on „puszysty"
i nie dość skoczny. Nie lubię podróżować samochodem, najbardziej złości mnie, że zostaję uwięziony w transporterku. Wtedy dopiero daję koncert! Warszawska Jesień Muzyczna to przy mnie pitupitu.
Czasami Lusio przyłącza się do mnie i wtedy tworzymy niesamowity duet. Ja ciągnę partie sopranu
koloraturowego, a brat wtóruje mi ciepłym tenorem. Moja skala jest całkiem spora, potrafię nawet obniżyć
głos o kilka oktaw. Trudno nam się dziwić, że nie lubimy jeździć samochodem, zwłaszcza że podróżujemy głównie do weterynarza, a to nie jest fajna wizyta.

„Quentin - z pamiętnika kota" Opowiadanie zdobyło II nagrodę
w konkursie „Tajemnicza natura mojego kota". Druga część w następnym numerze.

Tytuł: Quentin - z pamiętnika kota cz.2

Tekst Anna Fryze-Różalska

 Jestem specjalistą od wymuszeń. Mojego przeraźliwego falsetu nikt nie jest w stanie zbagatelizować. Ale krzyk nie leży w naturze mojego brata. Panie czasem mówią o nim introwertyk, a o mnie ekstrawertyk. Nie wiem, co to znaczy. Mam nadzieję, że nic obraźliwego.


Moje zdolności wokalne nie kończą się na ariach operowych. Nie zapomnę, jak zadziwiłem moją panią, gdy byłem jeszcze małym kociakiem. Dostałem wówczas swoją pierwszą mysz. Była szara, większa od tych, które później pojawiły się w domu, i wprawiało się ją w drgania za pomocą sznurka. Z miejsca się w niej zakochałem. Nosiłem ją w pyszczku i prowokacyjnie maszerowałem przed nosem Lusia. Niechby tylko spróbował mi ją odebrać! Brat nie dał się sprowokować, za to pani zaczęła miotać się po mieszkaniu. A to zajrzała do kuchni, czy aby lodówka nie jest otwarta. Potem sprawdziła, czy wentylator w łazience nie działa bez potrzeby, a może uruchomiła pralkę i zapomniała o tym... Jakie było jej zdziwienie, kiedy wreszcie zlokalizowała źródło dźwięku. Zrozumiała, że to niepokojące warczenie wydobywa się z mojego gardła.

Obaj z bratem lubimy obserwować ptaki. Gdy się tylko pojawią, podbiegamy do okna lub drzwi balkonowych, wspinamy się po szybie i kombinujemy, jakby się tu do nich dostać. Kiedy mi się nudzi, a w zasięgu wzroku nie ma żadnych latających stworzeń, próbuję je przywołać. Wydaję z siebie wówczas serię krótkich postękiwań: „e e e e". Ptaki jednak na to nie reagują.

Lusio to ugodowiec. Ja natomiast jestem specjalistą od wymuszeń. Wiem, co złości moich gospodarzy, i zawsze to robię, kiedy chcę zwrócić uwagę na moje potrzeby. Szczególnie skuteczne jest szarpanie zasłony i drapanie fotela. Choć od czasu, gdy stworzyłem nowy wzorek z zaciągnięć na zasłonie, a materiał obiciowy fotela z gładkiego zmieniłem we frotté, jakby mniej się przejmują moimi wyczynami. Może im się spodobała nowa faktura? Llewelyn czasem próbuje mnie naśladować, ale wystarczy, że ktoś głośniej wymówi jego imię, zaraz wraca do ostrzenia pazurów na specjalnej macie w kształcie wielkiej myszy. Ale nie narzekam na brata, choć całą „czarną robotę" zostawia na mojej głowie. Kiedy byłem małym kociakiem, zdarzało mi się zagubić w mieszkaniu. Czasem niepostrzeżenie wlazłem do szafy i ktoś zamknął za mną drzwi. Innym razem zamknięto drzwi do kuchni lub pokoju, w którym akurat się ukrywałem, a potem nie mogłem dostać się do reszty towarzystwa. Najgorzej było, gdy niepostrzeżenie wymknąłem się na klatkę schodową. W takich sytuacjach zawsze mogłem liczyć na Lusia. Wiernie stał lub siedział pod drzwiami, które oddzielały mnie od niego, tak długo, aż ktoś z ludzi zrozumiał, że trzeba mnie wpuścić. Co prawda ja bym załatwił to szybciej. Lusio postrzegany jest jako kot muzykalny. Dlatego że spokojnie wyleguje się na łóżku w pokoju Oli, kiedy ona gra na gitarze elektrycznej. No, nie wiem, może jest przeciwnie: źle słyszy? Przecież nawet odgłos odkurzacza nie wprawia go w taką panikę jak mnie, choć też nie lubi przebywać w pobliżu tego hałaśliwego urządzenia. Kiedyś, jak młodsza pani urządziła próbę muzyczną z koleżankami, ukryłem się w kącie za szafką, na której stoi telewizor. Długo nie mogły mnie znaleźć, a potem wydobyć z narożnika.

Lubimy wylegiwać się w różnych miejscach. Po jakimś czasie nudzą się nam specjalne legowiska i szukamy czegoś nowego. Koszyk, w którym nas przyniesiono, krótko służył nam za sypialnię. Szybko przenieśliśmy się na fotel, a potem do łóżek. Polubiliśmy sypiać przytuleni do którejś z naszych pań (pan trzymał nas na dystans). Jak tylko pani zasnęła, sytuowałem się blisko jej twarzy i łaskotałem jej nos moim puszystym futerkiem. Rano uskutecznialiśmy z Lusiem gonitwy wokół pani głowy. Jeśli to jej nie budziło, wówczas odbywałem wędrówkę po ciele pani, od stóp do głowy i dotykałem wilgotnym noskiem jej nosa, żeby sprawdzić, czy żyje. W dzień również lubiliśmy się plasować na kolanach lub brzuchach odpoczywających pań. Bardzo ten nasz zwyczaj cieszył Olę, zwłaszcza gdy musiała zakuwać do matury. Mówiła, że koi to jej nerwy. Druga pani nazywała nas wówczas kototerapeutami, cokolwiek to znaczy.

Jak podrośliśmy, przestaliśmy się tak bardzo spoufalać z ludźmi. Pierwszy, zawsze bardziej nieśmiały, Llewelyn zaczął siadać na krześle lub na dywanie obok fotela pań lub pana, w pobliżu „rąk, które głaszczą", ale nie wchodził na ludzi. Ja dłużej zachowałem zwyczaj wdrapywania się na człowieka i nadstawiania brzucha do pieszczot oraz ponaglania opieszałych państwa niecierpliwym mruczeniem i delikatnym podgryzaniem ręki. Lusio również lubi podgryzanie w stanie euforii, ale na to trzeba zasłużyć intensywnym głaskaniem. Jeszcze od czasu do czasu zdarza mi się obłaskawiać gości. Po prostu lubię być w centrum uwagi. Szczególnie przeze mnie lubiani odwiedzający dostępują zaszczytu trzymania mnie na kolanach. Ale to też incydentalnie. Kot musi się szanować!

W nocy nadal lubimy przytulać się do naszych pań. W dzień jesteśmy mniej wylewni. Ja lubię, jak śpią na boku. Moszczę się wówczas w załamaniu nóg pod kolanami lub między brzuchem a kolanami. Lusio woli, gdy leżą na brzuchu lub plecach. Zakrada się w środku nocy do łóżka, wdrapuje na człowieka i zaczyna swój taniec z ugniataniem, do wtóru głośnego mruczenia, domagając się pieszczot. Czasem głową podrzuca rękę śpiącej kobiety do góry tak, by opadła na jego grzbiet. Zwykle dostaje to, czego chce, przecież mógłby się obrazić! Potem przygniata panią swoim wielkim cielskiem i zasypia.

W dzień często sypiamy wtuleni w siebie nawzajem. Stykamy się grzbietami, śpimy „na łyżeczkę" lub „na waleta".

Uwielbiamy nowe „spanka" i „schowanka". Kiedy nasi państwo kupują buty lub jakieś urządzenia, Lusio zaraz zagnieżdża się w pudełkach po nich. Ja czasem też je wypróbowuję, ale nie jestem takim maniakiem jak mój brat. Kiedyś, gdy przyszedł fachowiec naprawiać komputer, Lusio wpakował się do jego torby z narzędziami. Gdy na podłodze pojawiają się walizki, on zawsze pierwszy musi je wypróbować.

Ponadto brat ma świra na punkcie torebek foliowych. Lubi się w nich chować i stamtąd polować na palce domowników (chyba myśli, że jest niewidoczny). Również maniakalnie wylizuje torebki. Kiedyś nie wyszło mu to na zdrowie, bo zaraził się w ten sposób kocią grypą żołądkową. Ja natomiast mam słabość do silikonu i kauczuków. Wykorzystywałem każdą okazję, by w drapać się na deskę do prasowania i wydłubać silikonowe pręciki z podkładki pod żelazko.

Llewelyn też potrafi wymyślać niezłe zabawy, np. w „palcowanie". Gdy ktoś z ludzi znikał za drzwiami łazienki, on wsadzał prowokacyjnie łapkę w któryś z otworów wentylacyjnych w dole drzwi i zachęcał człowieka do schwytania jej. Panie szybko pojęły, o co chodzi, i zaczęły wtykać palce w otwory. Wtedy obaj z bratem zaczynaliśmy polowanie. Próbowaliśmy pacnąć palec łapką lub złapać do pyszczka.

Kiedy indziej wpadł na pomysł zabawy w „kopertowanie". Znalazł na podłodze wielką kopertę po jakimś druku bankowym i próbował wydobyć ją spod drzwi. Ola podchwyciła pomysł i teraz często wysuwa mu papier pod drzwiami, a Lusio usiłuje go złapać. Ilekroć chce się w to bawić, staje na tylnych łapkach, opiera o drzwi i ześlizguje na dół. Całkiem fajna zabawa to „kopertowanie". Ostatnio też jej spróbowałem.

Raz, gdy Lusio siedział na stołku, odkrył swój ogon zwisający pod spodem. Dyndające futrzane „coś" tak go zafrapowało, że zaczął na nie polować. Ten to ma pomysły!

Nasi państwo to bałaganiarze. Nie, żebym ich krytykował! Dzięki temu wymyślamy wciąż nowe rozrywki. Pan, gdy wraca z pracy, często rzuca marynarkę na łóżko i znika w łazience lub kuchni. Llewelyn tylko na to czeka, zaraz mości się w środku marynarki. Panie nawet zrobiły mu serię zdjęć, którą zatytułowały: „kot w garniturze". Raz nawet udało się Oli nałożyć Lusiowi krawat na szyję. Wcale się tym nie przejął!

Dla brata atrakcyjne jest nawet „banie się". Jak tylko znajdzie wystającą z szuflady lub leżącą na podłodze skarpetkę, skrada się do niej i trąca wyciągniętą łapką. Skarpetka zostaje wtedy wyrzucona w powietrze, co zawsze wystraszy brata, który pewnie myśli, że to coś żywego. Zabawnie wtedy odskakuje
do tyłu. Kiedy bardziej się przestraszy, ucieka do innego pomieszczenia, pokonując zakręt korytarza w locie. Po prostu odbija się czterema łapkami od ściany. Ja oczywiście też tak potrafię. Poza tym Lusio często bawi się w chowanego. Najpierw wzywa ludzi na korytarz, a gdy idą sprawdzić, o co chodzi, on szybko biegnie do pokoju i ukrywa się pod łóżkiem lub biurkiem. Niech go szukają!

Zgadzam się z moim bratem: ludzi da się wychować. Trzeba tylko trochę kociej cierpliwości. Niech myślą, że nas rozgryźli, poznali wszystkie tajemnice. Nawet nie zauważą, że to my, koty, wodzimy ich za nos


Tekst Barbara Łuczak

Kiedy skończyłam cztery miesiące, jesienią moja Pani zaczęła znajdować pod drzwiami wejściowymi do domu niezwykłe prezenty. Na wycieraczce lub tuż przed nią leżały myszy, najczęściej zjedzone do połowy. Pan z Panią stwierdzili, że to prezenty dla mnie od biało-czarnego kocura z sąsiedztwa.

Pan przypuszczał, że kot będzie się starał o moją rękę ( chyba łapkę ) i za każdym razem kiedy Pani znajdowała mysz, pytał: „ Którą połowę przyniósł?”. Kiedy Pani odpowiadała: „Tę od szynki” , Pan mówił: „No, może nawet wydamy Biedę za niego za mąż”. Za każdym razem obwąchiwałam te prezenty, ale jakoś inaczej pachniały niż moje paszteciki i nigdy ich nie zjadałam. Pan zakopywał je w ogródku. (…)

Koty ,,dachowce ” ( tak się mówi o kotach nierasowych ) najczęściej polują na myszy i małe ptaki. Pani powiedziała, że każdy kot rodzi się z instynktem polowania, a to znaczy, że każdy kot wie od początku, że mysz to jego wróg, obiad i że należy ją gonić i złapać. Ale jeśli kot nie ćwiczy od małego tej umiejętności, to może mieć problemy ze złapaniem myszy. To dlatego zwierzęta urodzone w ZOO nie potrafią polować i mają małe szanse, aby poradzić sobie w życiu na wolności. Za jakiś czas sama miałam się przekonać, jaki to skomplikowany problem.

Pewnego zimowego dnia przyszedł do nas Najstarszy Osobnik i powiedział, że złapał w garażu mysz na łapkę.(…) Zawsze mówił mojej Pani, że życie kotów polega na dwóch rzeczach: na łapaniu myszy i produkcji małych kotków. Odnośnie tej produkcji, to moja mama nic mi nie mówiła, ale o łapaniu myszy to małe kotki słuchają od urodzenia. (…) Z tych opowieści jasno wynikało, że mysz należy chwycić łapkami i przytrzymywać pazurkami. Teraz rozumiem, dlaczego moja Pani od czasu do czasu wyjmuje takie czerwone pudełko z różnymi narzędziami i temperuje swoje pazurki, aby były ostre. Według mnie to dużej szansy na złapanie myszy to ona nie ma, bo jej pazurki są dość krótkie i mało drapiące. (…)

Najstarszy Osobnik powiedział, że mysz złapała się na łapkę za ogon i ogólnie jest cała i zdrowa. Wyjaśnił, że przyniósł mysz dla mnie, bo młode koty powinny się bawić myszami, a ja miałam bardzo krótko mamę i nie miałam normalnego kociego dzieciństwa. Rozgorzała wielka dyskusja odnośnie tej złapanej myszy. Pani poparła Najstarszego Osobnika i oświadczyła, że jej szacunek do kotów wzrósł bardzo po tym, jak zobaczyła, w jaki sposób kocie mamy przygotowują swoje dzieci do dorosłego życia.

Opowiedziała pewną historię, jak odkryła na wsi na strychu kocią rodzinę. Zmywała późnym wieczorem naczynia, kiedy usłyszała na strychu jakieś podejrzane hałasy. Otworzyła cicho drzwi i jej oczom ukazał się niezwykły obrazek. Na środku strychu siedziała kocica i przytrzymywała łapką mysz. Naokoło niej siedziały cztery małe kotki i łapały tę mysz. Gdy mysz zaczęła zbyt szybko biegać, kocica turlała ją łapką, aby się odpowiednio zmęczyła, żeby kotki dały radę ją złapać. W końcu kocica pokazała dzieciom, w jaki sposób mysz należy zjeść.

Pani uznała, że to była bardzo dobra zabawka edukacyjna, a ona naprawdę się na tym zna. Pan powiedział, że Pani ma kota na punkcie zabawek edukacyjnych i wytłumaczył mi , że Ludzie tak mówią, jeżeli jakiś temat szczególnie ich interesuje. Dobrze, że mi to wytłumaczył, bo już chciałam szukać tego kota na punkcie w domu, a nie za bardzo wiedziałam, o który punkt chodzi.

Pan stwierdził, że powinnam się uczyć polować i że on darmozjada (to znaczy mnie ) nie będzie całe życie karmił. A ja myślałam, że on mnie lubi.(…)Tak oto (…) miałam zmierzyć się z myszą. Zamknęli mnie w piwnicy i za jakiś czas zawołali na górę.

Ale ci Ludzie są naiwni.

Już na półpiętrze na schodach poczułam zapach prezentów od kocura, zostawianych na wycieraczce. Podbiegłam wyżej i na środku salonu ujrzałam małe pudełko. Nagle poczułam, że całe moje ciało wypręża się jak struna, aż mi się ogon wyprostował. Pani stwierdziła, że zrobiłam myśliwską stójkę ( to taka specjalna postawa charakterystyczna dla zwierząt, które polują – zwierzę stoi nieruchomo z wyciągniętą do przodu głową, intensywnie obserwuje swoją ofiarę ) i że to jednak jest instynkt. Powoli zaczęłam się skradać do pudełka i kiedy już do niego dotarłam, obwąchałam je dokładnie. Miało dokładnie taki sam zapach jak prezenty od kocura.

 Pan otworzył pudełko i wyszła niego najprawdziwsza mysz. Patrzyła na mnie małymi, czarnymi jak koraliki oczami i ruszała wąsikami. Chyba pierwszy raz widziała kota albo bardzo się jej spodobałam, bo zapatrzyła się na mnie tak mocno, że zupełnie znieruchomiała. Pan powiedział, że mysz udaje, że nie żyje, aby mnie zmylić, i że małe zwierzęta często tak robią, gdy większe na nie polują.

W końcu myszy znudziło się to udawanie i pobiegła do kuchni.

O rety! To jest dopiero zabawka, o wiele lepsza niż ten czerwony samochodzik, który dostałam na Gwiazdkę. On jechał tylko prosto i za chwilę przystawał, a mysz pobiegła do kuchni i schowała się za nogę od stołu. Ruszyłam w pościg i udało mi się ją złapać, ale zaraz ją wypuściłam z łapek i zabawa zaczęła się od początku. Jak się zmęczyłyśmy, to odpoczywałyśmy pod stołem.

Pan w końcu powiedział, że Bieda chyba myśli, że to jest jej koleżanka, albo w ogóle nie wie, o co chodzi. No jak to nie wiem, o co chodzi ? Przecież słyszałam, że koty łapią myszy, to ją łapałam, chyba z pięć razy mi się udało. I właśnie kiedy złapałam ją po raz ostatni, podrzuciłam ją w górę i wtedy, jak powiedziała Pani, chyba sam diabeł we mnie wstąpił.

Podrzucałam mysz w górę i patrzyłam, jak spada, podskakiwałam wysoko, kręciłam się w kółko, turlałam mysz łapką, kiedy spadała. Po chwili mysz przestała się ruszać i Pani orzekła, że nie żyje i że zginęła tragicznie na skutek upadku z wysokości. Wszyscy uznali jednak, że zdałam egzamin na prawdziwego kota, bo mysz została złapana, czyli upolowana. (…)

Tekst Martyna Dymnicka - 10 lat

 Kotka Fifi jest ze mną od dwóch lat. Myślałam, że wiem o niej wszystko. Nie bez powodu jednak koty kojarzą się z tajemnicą i magią.

Podobno kiedyś ludzie bali się, aby kot nie spojrzał na zmarłego, i wierzyli, że różne przepisy ze składnikiem
ciała kota mogą uzdrowić. Do dziś niektórzy sądzą, że czarny kot przynosi nieszczęście, ale w innych krajach
taki kot jest symbolem pomyślności. W Japonii uważa się, że figurki kota Maneki Neko przynoszą szczęście.

Jakże tajemniczy był kot z bajki „Alicja w Krainie Czarów"... Mógł pojawiać się w całości lub z samą
głową. Mówił tak tajemniczo, że aż ciarki przechodziły. Zapewne znacie też panią Noriss z „Harry'ego Pottera",
która chodziła nocą po szkole i pilnowała, by żaden uczeń się nie wałęsał.

Kto wie, co moja kotka robi nocą, gdy nie ma jej w łóżku? Może buszuje po mieszkaniu, może wychodzi na dwór i tam przeżywa przygody? Zdarzało się, że w nocy wskakiwała na parapet i wpatrywała się w księżyc. Nie wiem, po co to robiła. Cóż, tego nikt nie wie. Gdy w nocy zobaczę świecące oczy, wiem, że to Fifi.

Nieraz szukałam mojej kotki w dzień, bo Fifi potrafi się ukryć w zaskakujących miejscach. Czasem musiałam
się długo zastanawiać, gdzie też mogła się chować, tymczasem Fifi leżała sobie spokojnie pod kołdrą i cichutko chichotała. Pewnego razu, gdy wróciłam ze szkoły, na ziemi leżał podarty stos KOCICH SPRAW, (na szczęście to były stare numery), a moja kotka wylegiwała się najspokojniej na fotelu ze spojrzeniem niewiniątka.

Fifcia potrafi mnie też porządnie przestraszyć. Kiedyś w nocy bawiła się kluczami w drzwiach. Myślałam, że
to złodzieje, tymczasem to była tylko wesoła i beztroska zabawa Fifi. Kilka razy kładłam się spać z moją kotką, rano budziłam się z Fifcią leżącą na moich nogach, a na podłodze leżał ptak. Tylko jak ona mogła go złapać i przynieść, skoro mieszkamy na drugim piętrze, okno było zamknięte, a drzwi jeszcze nie umie sobie otworzyć? To wszystko na pewno dzieje się za sprawą jej tajemniczej natury.

Nie mogę zaprzeczyć, że Fifi jest tajemniczo piękna. Natura obdarzyła ją pięknym, mięciutkim i jedwabistym umaszczeniem. Tajemniczo również chodzi - z gracją, delikatnie stąpa po ziemi, z ogonem podniesionym i wypiętą piersią. Wygląda wtedy jak skrywająca w sobie tajemnicę piękna dama. Zabawa też może być niezwykła - oglądasz sobie film, a tu nagle ktoś wyskakuje zza kanapy i zaczepia cię. Fifcia jest jak tygrys. Gdy się zmęczy, dyszy z otwartym pyszczkiem. Ziewając, pokazuje swoje kły.

Moja kotka zawsze będzie miała swoje tajemnice. Na pewno jeszcze nie raz mnie zaskoczy, zdziwi, zaciekawi.
Tajemnica to tajemnica, nie każdą da się rozwiązać, ale jedno wiem - to wspaniale, że moja kotka ma taką tajemniczą, kocią naturę.

...

Trwa konkurs literacki!


„Jak zostałem/am kociarzem?”
Mówi się, że wszyscy kochają koty, tylko niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą. A jak było z Wami? Opowiedzcie nam, jak to się stało, że jesteście kociarzami. Na teksty czekamy do końca listopada 2017 r. pod adresem mailowym:
konkursy@kociesprawy.pl z dopiskiem w „Jak zostałem/am kociarzem”
Najciekawsze historie zostaną opublikowane na naszych łamach, a ich autorzy otrzymają interesujące książki o kotach.

.

..
...