Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

"Planeta kotów" - rozstrzygnięcie konkursu literackiego

Na nasz konkurs „Planeta kotów - jak wyglądałby świat, gdyby rządziły koty (a może kocice)"?, ogłoszony w listopadowym numerze naszego pisma, przyszło bardzo dużo prac, z czego się zawsze cieszymy.
Z niemałym trudem wyłoniliśmy zwycięzców konkursu, były to bowiem różne formy literackie: wiersze - rymowane i białe, opowiadania, refleksyjne opowiastki i felietony. Różnej długości - od czterech wersów do ponad 10 tys. znaków. Autorami byli zarówno najmłodsi czytelnicy, i tych było najwięcej, jak i bardzo dorośli. Jak więc wybrać najlepszych? Według jakich kryteriów? Trzeba by określić kategorie, przynajmniej według wieku i formy - literackiej i dziennikarskiej.
Po burzliwej redakcyjnej dyskusji, wyłoniliśmy siedem nagrodzonych prac - bez ustalania kategorii i hierarchii.  Oto lista zwycięzców, w porządku alfabetycznym:
Anna Kapustyńska - wiersz - „Planeta kotów"
Agnieszka Olińska - „List kota"
Zuzanna Pojda - „Wielki plan"
Monika Stępień - „"Walerianowa Planeta"
Karolina Talar - „I kto tu rządzi"
Ewelina Wodzińska - „Pamiętam"
Małgorzata Wróblewska-Bakaj - „Koci sen"
Publikacje nagrodzonych prac zaczynamy od wiersza Anny Kapustyńskiej i opowiadania Moniki Stępień. Autorom serdecznie gratulujemy i nagradzamy ich albumami Larusse'a „KOTY - Rasy. Zachowanie. Pielęgnacja.", ufundowanymi przez Wydawnictwo Hachette Livre Polska.
Postanowiliśmy również - tytułem wyróżnienia - wydrukować więcej niż tylko siedem nagrodzonych tekstów, które będą się sukcesywnie ukazywać na naszych łamach. Interesujące prace młodych i najmłodszych autorów opublikujemy w wakacyjnym numerze, w dodatku „Młode Koty". Wszystkim uczestnikom konkursu bardzo dziękujemy.

Tekst Monika Stępień

magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 90 Kwiecień 2010
obraz z cyklu "KOTY" Barbara Burówna 

Bezszelestnie stąpam po puszystych mchach, wsłuchując się w magnetyczne drgania i szmery powietrza. W cienisto niebieskozielonych kolorach krawędziami swoich bursztynowych oczu obserwuję świat. Poduszeczki moich delikatnych łap wychwytują każdą wibrację podłoża.
Mam na imię Salomea i jestem królową Walerianowej Planety. Nazwałam ją tak, gdyż każdy skwer i taras porastają tu ogrody 'kociej miętki" zwanej walerianą (czy też waleriany zwanej "kocią miętką"...) Planeta jest miejscem rozkosznych gonitw polowań
i zabaw dla nas - Kocic Wolnomyślicielek - które zawładnęły światem. Drzewa, na które tak miło się wdrapywać, niebotyczne kominy i dachy uchylone okna piwnic i strychów! Puby i kawiarnie, gdzie przy kufelku mleka z pianką albo talerzyku smażonych krewetek rozważamy trudne aspekty naszego kociego żywota...

Dlaczego śnieg nie daje się złapać?  Czemu niemożliwością jest dotknąć księżyca? Dokąd uciekają duchy much i o czym śpiewają sikorki?
Lecz największą z tajemnic są dla nas Dwunożne Istoty (koty, nie-koty?), które wraz z nami zamieszkują Walerianową Planetę. Ich domy, namaszczone subtelnym zapachem naszych policzków, pełne pluszowych kanap, dywanów, fantastycznych półek i szaf, bywają naszym najlepszym schronieniem. Jesteśmy wygodne. Lubimy sypiać przy życzliwie tykającym zegarze, gdy na dworze zawierucha. Lubimy wiklinowe koszyki, eleganckie kuwety z pachnącym żwirkiem i pełne jędrnych kawałków mięsa miseczki. Odwdzięczamy się śpiewnym mruczeniem, które czasami brzmi jak senna bosa nowa, a kiedy indziej niczym pełna przygód piosenka dalekiego wędrowca. Wśród nas są wybitni wirtuozi, jazzmani, bluesmani, wielbiciele reggae, a nawet... punkrocka! Bywamy (dość rzadko!) wyrozumiałe, zawsze eleganckie i czułe.
Dlaczego zatem Dwunożni zamiast nieustannie rozpływać się w zachwycie nad naszym (niewątpliwie arystokratycznym!) wdziękiem, załamują ręce i wrzeszczą kiedy: widowiskowo prężąc się, ostrzymy swoje imponujące pazurki na skórzanej sofie, urządzamy hamaki z firanek lub zdzieramy ze ścian te dramatycznie niegustowne tapety!

Ja, władczyni Salomea (praprawnuczka bogini Bastet) zarządzam (co następuje): całkowite zniesienie zakazu wspinania się na meble i drapania ścian, rozrzucania gazet, gonitw za muchami (i duchami much). Ponadto żądam: odkręcenia wszystkich kurków
w kranie (bym zawsze mogła mieć dostęp do świeżego źródełka) oraz wycięcia (jak podobno uczynił niegdyś Pan Einstein) dziur w wejściowych drzwiach pokoi, bym patrolując swój teren, bez przeszkód mogła oddawać się filozoficznym rozważaniom nad losem mrówek i biedronek pełznących po framudze okna.
W naszym Zgromadzeniu Kocic Wolnomyślicielek - parytet to priorytet. Oddajemy więc głos także kocurom, które z racji swej wrodzonej skłonności do dalekich wędrówek, opowiadają mrożące krew w żyłach historie. O nieznośnym chłopcu, który jednemu z nich przywiązał do ogona puszkę z benzyną. O ciężarnych kociczkach, wyrzucanych z domu, które bezsilne i głodne chronią się, a często giną pod kołami samochodów. O ich dzieciach, maleńkich i ślepych jeszcze kotkach, zakopywanych żywcem lub topionych w zimnym stawie. O zakratowanych oknach piwnic gdy ziąb i zawierucha, o trutce na szczury dosypywanej do kociej karmy.

"Człowiek jest cywilizowany w takim stopniu w jakim jest w stanie zrozumieć kota" - mawiał nasz przyjaciel Jean Cocteau. Jak sprawić, by przestało nas spotykać bezmyślne okrucieństwo? Jesteśmy mądrymi, czułymi istotami, potrafimy dać swoim opiekunom tak wiele radości... Mówimy zawsze. Nie tylko w Wigilię. Kiedy wodzimy za wami rozkochanym, choć nieco nieśmiałym, spojrzeniem. Kiedy codziennie w tym samym miejscu czekamy przy drzwiach, gdy tylko usłyszymy znajome kroki na schodach. Gdy poduszeczkami naszych łap ugniatamy wam kolana, a potem usypiamy, bezpiecznie owijając się wokół waszej szyi. Czy nie domyślacie się, że w ten sposób wyrażamy swoją miłość i bezgraniczne oddanie?

Nie zaprzeczam. Owszem, nie mogę zaprzeczyć. Kocury Obieżyświaty i Kotki-Wolnomyślicielki snują również inne, o wiele ciekawsze opowieści.
O dalekich wsiach, w których stodoły i spichlerze są pełne myszy i tłustych szczurów,
a gałęzie drzew niemalże uginają się od wróbli w gęstym słonecznym sosie. O łąkach, na których atrakcją są nie tylko motyle i muchy, lecz także ryjówki i przebiegłe kuny.
O ciepłych, łagodnych rękach ludzkich dzieci, które przygarniają bezdomne, osierocone, kocie dzieci, a potem tulą roześmiane oczy do ich pachnących futerek. I o tej jedynej, najukochańszej, pomarszczonej ręce staruszki, która co wieczór stawia na progu miseczkę z mlekiem i smażoną wątróbką. W takich chwilach prężę swoje dostojne wibrysy i puszczam wodze fantazji.

Oto jestem szczupłą (w istocie mam nieco nadwagi) kotką wiejską, odważnie kroczącą wśród pól, łowiącą młode gołębie i myszy na śniadanie, a wieczorami wspinającą się po dachach stodół i gałęziach drzew. Lecz gdy przychodzi świt i kiedy budzę się otulona kocykiem w tygrysie cętki, odczuwam niewypowiedziane szczęście, że mam dach nad głową, miseczkę pełna kocich przysmaków oraz dbających o mnie Dwunożnych, których z ogromnym trudem (a jakże!), wychowałam i przyzwyczaiłam do swoich królewskich kaprysów.
Leniwie prężę grzbiet, zeskakuję na dywan i zręcznie omijając drapak, ostrzę swe pazurki o skórzany fotel, po czym udając, że nie słyszę błagalnych wołań swojej opiekunki, wskakuję na najwyższą z półek. Stąd, jak z królewskiego tronu, przymkniętymi ślepiami do woli mogę przyglądać się światu.

Tekst Anna Kapustyńska

magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 90 kwiecień 2010

Kocią planetą jest nasze mieszkanie,
choć to zaledwie trzy pokoje i kuchnia,
odkąd zechciała zamieszkać z nami
nasza kochana Kiciucha.

Wszystkie pokoje wnet wypełniła
swą pręgowaną kociością,
codzienny pośpiech nasz ukoiła
burego futra miękkością.

Kociego wdzięku mamy tu wiele
i eleganckich póz
na półce, poduszce, fotelu -
nie tylko podczas snu.

Prasa i książki w tym domu czytane
to kocia literatura,
a dźwięki najmilsze to te wymruczane
przez kotkę szaro-burą.

Kocia jest także nasza choinka
w bawidełka ubrana,
a na Wielkanoc we wszystkich skrzynkach
rośnie trawka do skubania.

Dom byłby pusty bez miękkiego stąpania,
bez spojrzeń mądrych oczu.
Tak - bura Kicia z naszego mieszkania
zrobiła planetę kocią.


 Tekst Karolina Talar Zdjęcie Marcin Mozolewski
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 91 maj 2010

A niech mnie drzwi ścisną! Jestem psem. Nie wierzę. Cofam się i przechodzę przed ogromnym lustrem w moim przedpokoju. Psiakość! Patrzę raz jeszcze. Oprócz małego, łaciatego ciapka, który na oko wygląda mi na życiową łamagę, nie ma nikogo. Albo jestem niewidzialny albo jestem...PSEM!! Kurza mać!



Drapię się w łepetynę i uważnie obserwując szczeniaka w lustrze. Usiadł, zadarł tylną łapę i w najlepsze harcuje się za prawym uchem. Uśmiecham się. Pies w lustrze szczerzy kły - małe szczenięce kiełki. Zamieram. Spoglądam w dół. Mam cztery kosmate, zakończone pazurkami łapki. Zamykam oczy. Liczę do dziesięciu. Obudź się, obudź się - powtarzam jak mantrę. Otwieram oczy. Jednak jestem psem.

Nagle z tyłu słyszę skrzypnięcie. Oglądam się. Z sypialni, przez uchylone drzwi leniwym krokiem wychodzi Szarotka. Moja trzyletnia koteczka. Przeciąga się powoli, pełna wdzięku. Bokiem pyszczka leciutko muska futrynę. Mruczy cichutko. Powietrze aż drga od tego. A ja pierwszy raz tak to odczuwam. Siada z gracją, podnosi do pyszczka jedną łapkę. Oblizuje ją. Przesuwa po pyszczku. Uchyla przymknięte powieki. Jej oczy są takie piękne, niczym płynny miód. I nagle spostrzega mnie. Źrenice zwężają się w wąskie pionowe kreseczki. W ślepiach błysnęło. Obnażyła zęby, a jej aksamitne uszka ściśle przylgnęły do kształtnej główki. Prychnęła i zasyczała dziko. Na mnie! Jej grzbiet wygiął się w łuk, aby sprawiać wrażenie większej. I wierzcie mi - była ode mnie większa. Syknęła z wściekłością jeszcze raz i... skoczyła na mnie.
Byłem kompletnie zaskoczony i zupełnie nieprzygotowany na atak. Próbowałem jeszcze uskoczyć, gdy poczułem przerażający ból w nosie. Smak krwi. A kotka sadziła się do następnego ataku. Zawyłem... i najzwyczajniej dałem dyla. Zarzucając zadkiem na zakrętach i omal nie rozbijając łepetyny na futrynie, czmychnąłem do jadalni. Wpadłem
z całym impetem pod mój ulubiony fotel i siedziałem tam z cicha pojękując.
W domu panowała cisza. Ściemniło się. Zegar wybił 21.. Ścierpły mi łapy, byłem głodny, obolały i najzwyczajniej chciało mi się siku. Musiałem wyjść. Przez długą chwilę wsłuchiwałem się w ciszę. Węszyłem nawet troszkę. Ostrożnie wychyliłem łepek spod fotela i rozejrzałem się po pokoju. Zauważyłem, że mój wzrok, tak jak i inne zmysły, wyczulił się. Było bezpiecznie.
- Muszę się jakoś wydostać z mieszkania - pomyślałem. Powolutku poczłapałem przez pokój do drzwi. Moje pazurki, choćbym nie wiem jak się starał, cichutko stukały po parkiecie. Wystawiłem nos za próg jadalni. Ciemno. Ani śladu kotów. Ładne buty! Byłem pewien, że kolejnego kociego ataku nie uda mi się przeżyć. No, ale raz kozie śmierć!
Łapy mi drżały, a pazury wystukiwały na parkiecie stakato. Weź się w garść chłopie. To twoje koty. Pokaż kto tu jest panem! Czy jako pies, czy jako człowiek - ja tu rządzę! Idę! I z tym, ni to krzykiem ni szczeknięciem, zdecydowanie skoczyłem w ciemną głąb przedpokoju. Cisza... Zwolniłem. Nagle zza pleców dobieg mnie aksamitny głos:
- Cześć...
Odwróciłem się gwałtownie. Z tyłu, dokładnie w progu pokoju , z którego dopiero co wylazłem, siedziała moja kruczoczarna piękność - Szarotka. Jej aksamitne futerko zlewało się niemalże z ciemnością wieczoru. Obnażyła zęby i syknęła. Podniosła łapkę prezentując mi komplet ostrych jak sztylety pazurków. Pazurków, o które tak dbałem będąc człowiekiem. A niech ją jasna cholera! Kiedy, jak tak mnie zaszła od tyłu? Zaskowytałem i ruszyłem do przodu. Pokój naprzeciwko nęcił przyjaznym mrokiem. Wiedziałem, że muszę wpaść pod łóżko, albo będzie po mnie. Przebierałem moimi małymi łapkami jak oszalały. Nagle zdębiałem. Z przodu, naprzeciw mnie majaczył kolejny cień. O w mordę! Wyhamowałem z trudem na samym środku. Moim zadkiem zakołysało i klapnąłem na pośladki. Zabolało.
- Hej...- odezwał się ten z przodu.
Kurde, znałem ten zachrypnięty głos. Jak mamę kocham! Toż to Misiek. Mój piękny rudy Misiaczek. Najukochańszy koteczek. O ile Szarotka miewała humory, o tyle Misio zawsze był kochany. Uśmiechnąłem się szczerząc kły i ruszyłem do Misia. Prychnął
i zjeżył futro. Zamarłem. No i wtedy nadszedł ostateczny cios.
Z góry z szafy, nieco ospałym tonem odezwał się trzeci kot - biały jak śnieg pers Perełka.
- No...a co my tu mamy? Czyżby mały pchlarz?
Pozostała dwójka zachichotała upiornie. Powiedzieć, że zdrętwiałem, to mało. Drżąc, szczękając zębami i jąkając się wybełkotałem:
- No... przestańcie. Ja... ja tu rządzę... w końcu.
Z góry znów dobiegło uwodzicielskie mruczenie:
- Możesz powtórzyć? Chyba nie dosłyszałem...
- Ja...ja...ja tu rządzę! - wydarłem się niemal, ale naprawdę mój głosik prawie utonął w otaczającej nas jak wata ciemności. I jeśli ktoś tu ryknął - to był to Perełka.
- Chyba kpisz !! - Jego wrzask wwiercał mi się w uszy.
I wtedy, w ciemności rozbłysły trzy pary oczu. Bursztynowe Szarotki, zielone Misia
i jasne jak ognie Elma oczy Perełki. Pers powoli przechadzał się po szafie w tę i z powrotem. Cały czas perorował z wściekłością.
- Ty rządzisz? Ty? Mały, zapchlony kundel przybłęda? Nawet nie jesteś rasowy...-ostatnie zdanie niemal wypluł z odrazą. Mogłem sobie tylko wyobrazić wyraz jego zaciętego pyszczka, do tej pory tak ufnie szukającego pieszczoty mej reki. Nie poznawałem go.
- Nie zrozumiałeś mnie...- zacząłem prawie z pokorą - To ja, wasz kochany pańcio. Tylko...tylko zamieniony cudem w to...w psa...
- Wiem! - przerwał mi w pół słowa Perełka - z daleka wyczułem smród człowieka.
Zdębiałem.
- Wreszcie nadeszła nasza chwila. Nas kotów. Poniżanych, bitych, zepchniętych na margines życia, poddawanych durnym zabiegom, eksperymentom, krzyżowaniem ras
- nabrał tchu. - Czy ty wiesz jak męczy mnie, jak poniża mnie - arystokratę łaszenie się do ciebie - obrzydliwego golasa? Za marną miseczkę strawy? Ludzie są nam niepotrzebni. Teraz wszyscy jesteście psami. Psami, które były bogami. Teraz koty rządzą światem!! - zakończył piskliwie, niemal skrzecząc schrypniętym od wrzasku głosem.
- I nigdy nie wybaczymy kastracji, zabijania kociąt. Nigdy...nigdy...- Perełka dyszał. zmęczony zawziętą perorą.

Patrzyłem na nich bezradny. No bo co można powiedzieć na takie argumenty? Co przeciwstawić? Perełka zwęził oczy. Prychnął głośno. Syk odbił się echem w pustym domu.
- My, koty, przejmujemy świat i władzę na mocy Dekretu o Dobrej Hodowli. Zginie gatunek ludzki i koty będą panować na wieki. Bo ludzie nie potrafią niczego dobrego. Nic nie dają światu! Tylko ból, nienawiść i śmierć!!!
Jego wzrok znów skupił się na mnie. Obnażył zęby i wysyczał:
- Zabić go!...
W tym momencie ruszył Misiek i Szarotka. Szczerząc zęby sadziły do mnie długimi susami, wystawiając ostre pazury.
- No to po mnie. Amen. Kaplica. Finito. Jezu, zdechnę jako psia mielonka! - Myślałem w panice. Poczułem ciepło i wilgoć pod sobą. No tak, zlałem się ze strachu. Mało, że psia mielonka, to jeszcze w sosie urynowym...
- Ale ja was kochałem!...- Wyskamlałem ostatkiem sił. Skuliłem się, oczekując bólu szarpania. Bólu i śmierci. Czekałem i czekałem, ale cios nie nadchodził. Uchyliłem powieki. Zarówno Szarotka jak i Misio zatrzymały się dosłownie o włos ode mnie.
- Ja was kochałem...- Powtarzałem cichutko.
Ślepka Szarotki złagodniały. Wpatrzyła się w me oczy, zamruczała i potarła pyszczkiem o mój bark. Leciutko jak piórkiem. Zamknąłem oczy, westchnąłem. I wtedy kotka wrzasnęła przerażona. Perełka z dzikim syczeniem spadł na mnie z góry. Potoczyliśmy się po podłodze. Złapał mnie zębami za gardło i dusił. Miotałem się. Próbowałem uwolnić . A on stopniowo zaciskał szczęki i dusił, dusił, dusił...Krzyknąłem i......obudziłem się.

Leżałem na wznak w moim łóżku, ciężko dysząc i spazmatycznie łapiąc powietrze. Coś przygniatało mi piersi. Napotkałem spojrzenie Perełki, siedzącego na mnie
i wpatrującego się kpiarsko w moją twarz.
- Złaź ze mnie! - zepchnąłem kocura. Boże, co za ulga.! To był sen. Straszny, ale tylko sen.
Podniosłem się chwiejnie i poczłapałem do kuchni. Napiłem się wody. Wróciłem do sypialni. Perełka siedział na nocnej szafce. Powoli myjąc łapkę wpatrywał się we mnie przenikliwie. Na poduszce, pomrukując cicho, spały wtulone w siebie Szarotka i rudy Misio. Były słodkie. Znów spojrzałem na Perełkę. Nadal się na mnie gapił tymi swoimi jasnymi ślepiami. To było trochę niepokojące... Obok łóżka spał szorstkowłosy jamnik Ricky.
Westchnąłem.
- Ta...koty będą rządzić światem...akurat...- zaśmiałem się nieszczerze i pociągnąłem łyczek wody. Perełka przestał lizać łapkę. Spojrzał na mnie. Byłem pewien, że kpi w żywe oczy.
- Koty nie rządzą i nie będą rządzić światem! - powtórzyłem zdecydowanie.
Perełka zeskoczył ze stolika niechcący zawadzając o jamnika. Pies zerwał się na równe łapy, zaskomlił i spojrzał na mnie pytająco.
- To było niechcący, Ricky - szepnąłem.
Niechcący, prawda? Bo przecież koty nie uśmiechają się półpyszczkiem...
Prawda?...



magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 92 czerwiec 2010

Niekończący się festiwal złotego lata,
rozgrzane murki, wysokie płoty,
to tylko mały fragment z opisu świata,
gdyby Ziemią zawładnęły koty.

Dni długie, senne, leniwe,
niczym świeży miód złoty i słodki,
opowiadam tylko o małym skrawku świata,
gdyby w nim władze sprawowały kotki.

Na wyciągnięcie pluszowej łapki,
zaopatrzonej w śmiertelny sztylet,
byłyby ptaszki, gryzonie i żaby,
a nawet pierwsze wiosenne motyle.

Zniknęłoby piekło ostrych kłów
w nieupilnowanej psiej mordzie
i samochodów nieznośny rumor,
niosących śmierć kociej hordzie.

I zawsze byłaby obfita miseczka.
I ludzkie serce pełne dobroci,
lecz to tylko niespełniony sen,
sen o nieistniejącym, złoty sen koci.

Małgorzata Wróblewska-Bakaj





Obraz "Turkusy i kot",
Dorota Wysocka-Rzeszutek

Tekst Agnieszka Olińska

magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 92 czerwiec 2010

Droga redakcjo Moich Spraw,
Mam dużo czasu na pogłębione, refleksyjne myśli. Przeczytałem o konkursie i wiele rozważałem na ten temat: „Jak wyglądałby świat, gdyby rządziły koty" i postanowiłem podzielić się swoimi przemyśleniami.
Zaraz, zaraz...ale jeśli jeszcze nie rządzę światem, oczywiście - moim światem, to czemu śpię zawsze w najwygodniejszych i najcieplejszych miejscach? I robię co chcę?
Hmm...Mój dzień jest przecież iście królewski.
Kiedy wszyscy w domu wstają do pracy, ja kładę się w wygrzanej dla mnie pościeli i mruczę. Niech wiedzą, że jestem z nich zadowolony! Zanim wyjdą, mówią mi kiedy wrócą i oddają cześć przeciągając delikatnie dłonią po moim futerku. Nie będę ukrywał, mają pewien talent i to pożegnanie jest całkiem miłe, aczkolwiek mogli by jeszcze potrenować techniki masażu...
Śpię sobie dopóki ktoś nie wróci. Nawet nie muszę przypominać o jedzeniu. Mój obiad jest zawsze świeży, dostaję najlepsze kąski od znajomego rzeźnika, przecież tego mięsa z supermarketu jeść się nie da! Kiedyś chcieli mnie oszukać, ale nie nabrałem się! Byłem na nich zły, ale łaskawie wybaczyłem kiedy przynieśli kilka drobiazgów w zamian. Jestem przecież miłosiernym Panem.
Ale wracając do mojego dnia. Po obiedzie czas na popołudniową toaletę, zazwyczaj wylizuję swoje futerko sam, ale czasami pozwalam moim ludziom na wyczesywanie futerka specjalną szczotką i przycinanie pazurków. No, właściwie co do tego przycinania - wykształcenia kosmetycznego to oni chyba nie mają, w ogóle nie zwracają uwagi na odpowiedni kształt i długość...Muszę później sam poprawiać co zepsuli, w tym domu chyba tylko ja mam wyczucie estetyki i jakiś zmysł artystyczny. Przerobiłem nawet odpowiednio pufy, żeby nie były takie gładkie, byli zachwyceni. Pani, na którą mówią „mama", aż się popłakała. Cóż, dobrze wiedzieć, że jakaś tam wrażliwość na piękno jednak ci ludzie wykazują.
Po toalecie przysypiam czule głaskany. Lubię też spokojną, niezbyt głośną muzykę.
Czasem siadam na oknie i obserwuję jak się sprawy mają w moim ogrodzie, ale sam rzadko tam chodzę. Wolę dać sygnał moim ludziom, żeby wygonili obcego kota lub ewentualnie jakieś inne niepotrzebne stworzenia!

Kiedy tak sobie leniwie myślę...z tego wszystkiego wynika, że jednak...rządzę światem. Nie rozumiem więc, co sugeruje w tytule konkursu słowo „gdyby"!
Pozdrawiam Serdecznie
Kot Paweł
Myśli Kota Pawła spisała
Agnieszka Olińska

magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 93/94 - lipiec/sierpień 2010
Tekst Weronika Mielczarek, klasa V b

Katia Sokołowa-Zyzak, Kot z podwórka, akryl, płótno 100x80 cm, 2008r

 Pewnego dnia postanowiłam zostać kotem. Mam teraz cztery łapki i puszyste futerko. Miauczę, przeciągam się i dostojnym krokiem podążam przed siebie. Moim największym atutem są prawdziwe, zielone kocie oczy.

I oto znalazłam się w Kocim Świecie, świecie rządzonym przez koty. Szkoda tylko, że nadal myślę jak człowiek! Pewnie dlatego moim przewodnikiem będą przysłowia i powiedzenia o kotach, których ludzie tak chętnie używają. Koci Świat jest bardzo podobny do naszego, ludzkiego. Może dlatego, że przebywając ze sobą od tysięcy lat, koty się uczłowieczyły, a ludzie skocieli.
Pierwsze koty za płoty
Wyruszam na wyprawę, zaczyna poznawać Koci Świat. Wszystkie koty są miłośnikami spania, dlatego wszystkie obowiązkowo muszą spać po 12 godzin na dobę. Oprócz tego nakazana jest także, wcale nie taka krótka, drzemka po śniadaniu i dłuuuga sjesta po obiedzie. A że słodki sen może kociego obywatela dopaść w każdym miejscu, wszędzie rozłożone są miękkie materace i kocyki. Wszystkie drzewa przyozdobiono specjalnymi drapaczkami, aby każdy kot mógł swobodnie się na nie wspiąć i naostrzyć sobie pazurki. W Kocim Świecie, podobnie jak u nas, władzę sprawuje parlament, Koci Parlament. Jego obrady często przypominają wielkie kłótnie, zupełnie jak u ludzi!
Koty z kimś drzeć i kota komuś popędzić
Te powiedzonka są w tym miejscu bardzo na miejscu i ciągle aktualne! Okazało się, że w Kocim Świecie nie ma psów. Sprytne koty zawsze stosowały zasadę: „Nieważne, co zrobiłeś. Ważne, żeby wyglądało, że to sprawka psa." Wszystkie psy wyemigrowały do krainy zwanej Psią Arkadią. Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło jednak dużo czasu, koty i psy podpisały pakt o nieagresji i panują między nimi poprawne stosunki dyplomatyczne. No cóż. Nie ciągnij kota za ogon, to cię nie zadrapie.
Moim zdaniem jednaki psy i koty za sobą tęsknią... W Kocim Świecie nie ma ani jednej myszy, czyli jest ich tyle, ile kot napłakał.
Zamieniono je na kłębki włóczki, dostępne w każdym kiosku za rogiem. Koty zdradziły mi jednak, że bardzo brakuje im prawdziwych polowań i zabaw w kotka i myszkę z tymi stworzeniami. Włączając radio można posłuchać kociej muzyki. Początkowo myślałam, że będzie to przysłowiowa kocia muzyka i że jedynym ratunkiem przed nią będzie ucieczka. Tymczasem na falach eteru płynęły przyzwoicie skomponowane miauknięcia, które bardzo mi się spodobały.
W nocy wszystkie koty są czarne.
Wiadomo, że koty są różnej maści. Są koty białe i czarne, rude, brązowe, a nawet w paski lub cętki. Ale zgodnie z zasadą demokracji, w Kocim Świecie wszystkie mają takie same prawa, szczególnie w nocy, kiedy wszystkie koty są czarne. Warto więc pamiętać, że jeżeli ciemną nocą kot ci drogę przebiegł, niekoniecznie będzie to oznaczać, że był czarny. A poza tym w Kocim Świecie każdy kot przynosi szczęście i jest szczęśliwy. Tutaj każdy kot jest niezależny i po prostu wolny.
Wszystkie koty chodzą własnymi drogami.
Te słowa to manifest kocich swobód. Obowiązuje wolność słowa czyli mruczenia i miauczenia, więc wszystkie koty zawsze i wszędzie bez obaw wypowiadają się na cały głos. Niestety, często tworzy to straszny harmider i czasami trudno się dogadać na ulicy. Moja wycieczka do krainy kotów dobiega końca. Mądre przysłowie mówi, że człowiek jak kot, przyzwyczaja się do miejsca. Ja też jakoś się tu zadomowiłam. Przebywając w Kocim Świecie zrozumiałam, że równie dobrze świat mógłby należeć do kotów. Podobnie jak ludzie mają one swoje nastroje, humory i przyzwyczajenia.
Nie odwracać kota ogonem
Postanowiłam poddać się tej zasadzie i wróciłam do świata ludzi. Właśnie, ciekawe, że w Kocim Świecie nie widziałam ludzi! Pewnie na szczęście wszyscy bez reszty skocieli. W każdym razie na pamiątkę tamtej wyprawy, każdej nocy śpię zwinięta w kłębek, a na lekcji wf-u najlepiej wychodzi mi koci grzbiet!


magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 93/94 - lipiec/sierpień 2010

Tekst Zuzanna Pojda, lat 13
 Katia Sokołowa-Zyzak, Kot z miasta, akryl, płótno 100x70 cm, 2008 r.

Jak w każdy piątek zebrały się w starej stodole, na belkach nad stogiem siana. Wszystkie: buro-złoty Felek z zielonymi oczami, niezwykła, czarna jak smoła Lynn, perska Iliada o niebieskich oczach, łaciata Mania, tym razem z bandażem na poranionej szyi, rudy, pręgowany Tiger i sześcioletni Tobiasz - wartownik.
Tobiasz wychylił głowę przez dziurę w deskach i rozejrzał się uważnie:
- Nie ma nikogo, możemy zaczynać!
Zawsze to on sprawdzał, czy nie nadchodzi przypadkiem zbłąkany turysta, jakiś bezdomny kot albo Banda Grubego - grupa psów włóczących się po okolicy i maltretujących bezbronne kociaki. Nie widział nikogo nieproszonego. Tobiasz wskoczył zręcznie na belkę i usadowił się wygodnie.
- Możemy zaczynać - powtórzył.
Wtedy Lynn odbiła się od belki niczym gumowa piłeczka, wyskoczyła w górę i z niezwykłą gracją usiadła na wiszącej wyżej beli. Koty obserwowały ten skok z zapartym tchem. Nie każdy umiał skakać tak jak Lynn. Kocica uśmiechnęła się pod wąsem, po czym zmrużyła oczy i wyszeptała z pasją::
- Jak wiecie, zło wciąż czai się wśród nas. Czai się wszędzie. Niszczy powoli kocią społeczność, psuje wszystko, co dobre. Właśnie dlatego została do życia powołana Rada Kotów. Ta Rada to my. To my musimy obronić koty przed złem. Kotka przechadzała się po belce, po czym przystanęła. Koty wiedziały, że szykuje się do długiej mowy. Odezwała się po chwili rzeczowym tonem:
-To nas wybrały koty. To my musimy działać. To my mamy zapobiegać złu. To właśnie my mamy je pokonać!
-To właśnie my...- wyszeptała po chwili. Przystanęła na moment słuchając echa swoich słów.
Nagle niezmąconą niczym ciszę przerwało czyjeś psiknięcie.
-To ja, przepraszam - powiedziała Mania.
Lynn wskazała na kotkę:
- Oto przykład - mówiła cicho lecz wyraźnie - że czasem trzeba nawet narazić życie. Widzicie, co zrobiły ej psy z Bandy? Kąpiel kotom nie służy. Psie kły również.
Koty spojrzały na Manię, w ich oczach błyszczał podziw. Mania odruchowo dotknęła łapką obwiązaną bandażem szyję. Poprzedniego wieczoru kotka wyrwała z łap Grubego małe kociątko.
- Jakie jest następne zadanie? - odezwał się Tiger, bojowo prężąc grzbiet - ja je wykonam! - Oczy kocura płonęły tak, jak jego rude futro.
- Spokojnie, powoli... - ostudziła go Lynn z uśmiechem. Uśmiechała się zawsze wtedy, gdy miała PLAN.
- Wiesz dlaczego psy dręczą kocie maluchy? Bo ludzie im na to pozwalają. Niektórzy nawet szczują nas psami! A czy wiesz, dlaczego ludzie to robią? Dlaczego odważają się na coś takiego? Bo uważają, że są od nas lepsi! - teraz to oczy przywódczyni płonęły żywym ogniem, jak zawsze, gdy była zła.
- Musimy pokazać ludziom, że wcale nie jesteśmy gorsi. Musimy nauczyć się tego, co oni już umieją: stanąć wreszcie na dwóch, nie czterech łapach, spać w łóżkach, nie na podwórzu, prowadzić samochody, pracować. I nauczymy się tego! - słowa Lynn brzmiały jak groźba. Felek, Mania, Tiger, Tobiasz i Iliada milczeli. Lynn była mądra, ale czy jej zapał nie okaże się być szaleństwem? Czy można było jej ufać?
- Musimy tego dokonać - powtórzyła czarna Lynn.
- Jak chcesz tego dokonać?- spytała milcząca dotąd Iliada.
- Na sposoby przyjdzie czas. Ale musimy! Dla własnego dobra nie zapominajcie o tej rozmowie - dodała, po czym zniknęła w mroku stodoły. Koty przygotowywały się do kolejnej misji - do pomocy Kacprowi. Był to szary, przeciętny koci maluch, który znudził się właścicielom. Był bity, głodzony i bardzo nieszczęśliwy. Tego dnia wpatrywał się w lazurowe niebo zasłonięte szybą. Nie mógł wychodzić. Czekał. Na co? Sam nie wiedział. Chyba czekał na cud. Tymczasem Lynn zabrała się energicznie do działania.
- Mania! Ty obserwujesz dom przez okna. Gdy wypatrzysz małego, daj znać. Felek -czatujesz przy drzwiach głównych. Iliada - wypatruj intruzów, kierujących się w stronę furtki. TiIger i Tobiasz - robicie mała awanturkę - Lynn była świetną przywódczynią. - Sama zajmę się Kacprem - mruknęła i pobiegła w stronę domu. Koty były gotowe. Gdy tylko Mania wypatrzyła kociaka, Tobiasz podbiegł do okna, a Tiger pod drzwi. Podczas gdy Tobi wskakiwał na parapet, z którego widać było salon z mamą i córkami w środku, Tiger wydzierał się pod drzwiami. Otworzył mu gospodarz.
- A kysz, wynocha! - zawołał, lecz kocur nie dał się nastraszyć.
Przechylił łepek na bok i wpatrywała się w człowieka.
- No dobrze, dam ci jeść - rodzinny ''sponsor'' zniknął w głębi mieszkania. Tymczasem na Tobiasza wrzeszczały matka i córki.
- Uciekaj! Uciekaj! A psik! - Ale kot dalej tańczył po parapecie. Miauknął, pokazał ząbki, na co wystraszona Kaśka wraz z Maryną skryły się za kanapą. Mama biegła w stronę okna, wymachując lampą, lecz nagle runęła jak długa.
- Co to znowu!? - chwyciła kocią piłeczkę.
-To woja sprawka, ty durny kocie - i rzuciła zabawką w szybę.
- I kto tu jest durny?- pomyślał Tobi, patrząc, jak piłeczka odbija się od szyby i trafia panią w tył głowy.
- Ale cyrk- mruknął, zasłaniając oczy łapką. Nie chciał widzieć córek, które w szaleńczym biegu w stronę okna, zderzyły się i wyrżnęły o podłogę.
- Aaaaaa!!! - piszczały - ratunku!
Felek, który miał zadanie „robić małą awanturkę", pobiegł w okolice ''Danuśki'', nowego sklepu wielobranżowego. Ukrył się w krzakach i czekał. W tej chwili Lynn wyskoczyła z krzewu koło drzwi, natomiast Tiger zajął jej dotychczasowe miejsce.
- Mania! Mańka! Już! - krzyknęła. Mania przysłała małemu Kacprowi telepatycznie krótki liścik:
''Uwolnimy cię. Zmykaj w stronę drzwi." Kacper skoczył na równe nogi, odmachał Mani i pobiegł aż się zakurzyło. Dawno, ach dawno nie był już na podwórku! Nareszcie ujrzy ten wielki, piękny świat! Przemknął przez salon, gdzie córki z mamą liczyły siniaki, przemknął przez kuchnię, patrząc na tatę grzebiącego w lodówce.
''Chyba utknął''- pomyślał z ironią. Ach, ten słodki smak zemsty! Wystrzelił jak torpeda z tego okropnego domu, w którym był traktowany gorzej niż niewolnik. Lynn biegła koło niego, za nimi także Iliada. Gdy dotarli pod ''Danusię'' Feluś wyskoczył z zarośli, chwycił szarego w pysk i uniósł do stodoły. Iliada i Lynn ciężko dyszały. Ten bieg ją wykończył. Po chwili dotarła Mania. Odpoczęła, pobiegła z Iliadą do stodoły. Gdy na miejscu zjawili się też Tobi i Tiger, Lynn dała im odpocząć, po czym śmignęli jak trzy błyskawice. Już z daleka słyszeli radosne okrzyki kotów.
- Udało się!
- Hurra!
- Brawo dla całej załogi!!!
- Ależ jest bosssko!!!
Czarna jak smoła kocica i kocury wślizgnęli się do stodoły.
- Trochę ciszej, bo Gruby się domyśli - ostrzegła Lynn. Po chwili przemówiła:
- Udało się nam! Odnieśliśmy sukces. Chcę pogratulować wam wszystkim, szczególnie Felkowi i Tobiaszowi, którzy wpadli na ten pomysł, no i oczywiście Mani, bo pomogła mi ułożyć plan całej akcji. Ale każdy z was spisał się dzielnie.
Kacperek jest wolny! Lynn podeszła do kociaka.
- Jesteś jeszcze mały...
- Mam już pięć miesięcy. Od jutra - powiedział śmiało Kacperek.
Lynn uśmiechnęła się. Malec wyglądał na szczęśliwego. Koty nadal wiwatowały i klaskały. Miło było wygrać. Ale Lynn poczuła się zmęczona. Znalazła spokojne miejsce na uboczu. Umyła futerko, po czym zwinęła się w kłębek i zasnęła. Śnił się jej następny, wielki plan.



...

Nowy konkurs literacki

 „Szczęśliwy kot”  

Szczęśliwy kot, czyli jaki? Czy to ten kot, który może spokojnie się wylegiwać, bo wie, że jego ludzie zawsze napełnią mu miseczkę? A może to ten, który jest niczym nieograniczony i może swobodnie poznawać otaczający go świat? Jaką miarą zmierzyć kocie szczęście? I ile opiekunowie kotów są gotowi zrobić, by znaleźć na nie receptę? Na teksty czekamy do końca lipca 2018 r. pod adresem mailowym: konkursy@kociesprawy.pl z dopiskiem „Szczęśliwy kot”. Najciekawsze historie zostaną opublikowane na naszych łamach, a ich autorzy otrzymają interesujące książki o kotach.

...

..