Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

„ Pies i kot w jednym stali domu - czyli jak pies z kotem".

.

 

Konkurs literacki
Pies i kot w jednym stali domu - czyli jak pies z kotem"
rozstrzygnięcie.


NAGRODY I WYRÓŻNIENIA

Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy nadesłali swoje prace na nasz konkurs literacki. Były ciekawe, często bardzo dowcipne, tak więc czytaliśmy je z dużym zainteresowaniem. Mamy nadzieję, że i Wam, drodzy Czytelnicy, ich lektura również sprawi dużą przyjemność.

Nagrody:
1 miejsce – Karolina Talar „List do redakcji”
2 miejsce – Karolina Wąsik „Psieobrażenie”
3 miejsce – Michał Kadlec „Wędrówka ku tęczowej krainie”

Wyróżnienia:
Dominika Warska, Barbara Szczepanik, Ania Olechowska (12 lat), Martyna Dymnicka (11 lat), Julia Jacukowicz (13 lat).
Wszystkim laureatom gratulujemy bardzo serdecznie.
Autorzy nagrodzonych prac otrzymają  tomik poezji Franciszka J. Klimka – „Jak pies z kotem, czyli album rodzinny”, ponadto wszyscy laureaci konkursu otrzymają interesujące książki o kotach.
W  numerze 117-118  (lipiec-sierpień 2012) KOCICH SPRAW publikujemy na stronach Młodych Kotów wyróżnione teksty Ani Olechowskiej i Julii Jacukowicz. 
Pozostałe ukazały się w kolejnych numerach naszego magazynu.

Zapraszamy do lektury.

 

I miejsce w konkursie

Tekst: Karolina Talar

Nie mogę już z tym KOTEM!

Droga Redakcjo!
Zwracam się do Was z
prośbą o pomoc w rozwiązaniu mojego problemu, jakim jest to wstrętne i wredne bydlę - kot. Mam już go zwyczajnie powyżej uszu. Od dawna znoszę jego bezczelność, różnego rodzaju szachrajstwa, zajmowanie mojego miejsca, zjadanie tego co moje. Dość! Już nie mam nerwów do niego! Muszę, no po prostu muszę pozbyć się go z domu raz na zawsze. Jego kłaki są dosłownie wszędzie - w jedzeniu, na poduszce, w oczach, w nosie, w uszach, na moim posłaniu! No i jak można komuś zwymiotować na łóżeczko?! Kocisko drapie meble i notorycznie niszczy kwiaty, a za każdym razem to ja za to obrywam. W jaki sposób mam go upilnować? Kot zawziął się na mnie i bardzo często używa w stosunku do mnie swoich ostrych jak brzytwy pazurków.
Wczoraj jednak pobił już samego siebie.
Siedzieliśmy sobie spokojnie i oglądaliśmy film - jakiś horror czy coś tam o duchach. Karolina siedziała w fotelu, ja i kot na kanapie. Była już prawie godz. 22, czyli, jak mówi Karolcia, czas „ostatnie go spacerku z psem". Ciemno w całym domu. Lekką poświatę dawał tylko włączony telewizor. No i nagle ni z gruchy, ni z pietruchy temu kociemu idiocie na żarty się zebrało, kocia jego mać! Żeby mu tak kocimiętka uschła! Najpierw zajrzał w głąb ciemnego przedpokoju i wybałuszył ślepia. No mówię Wam - takich ping-pongów to jak żyję nie dane mi było oglądać. Chyba się tylko na nerwie wzrokowym trzymały. No więc wybałuszył te świecące w półmroku ślepia i jakoś się tak przyczaił, jakby starał się być mniejszy czy co... Uszy bydlę położyło po sobie, futro mu się zjeżyło, ogon wyglądał jak szczotka do mycia butelek. Prychnął, zasyczał i tak szeroko rozdziawił paszczę, że Bóg mi świadkiem, zobaczyłem jego płuca. No i nagle jak nie zerwie się do ucieczki. Na łeb, na szyję z oparcia kanapy, przez mój bok, a bydlę waży ponad 5 kilo, spaślak jeden. Z głośnym łubudu skoczył na podłogę, a raczej spadł jak cegła, bo z kocią gracją to wiele wspólnego nie miało. No i właśnie to łupnięcie zwróciło uwagę Karoliny, do tej pory zapatrzonej w telewizor.
Ale to nie koniec.
Kot włączył od razu piąty bieg, aż mu łapy zabuksowały na panelach, i z poślizgiem wpadł za kanapę. Nie wiem, jak bydlę tak szybko to zrobiło, ale ledwo zad znikł za kanapą, na jego miejsce pojawił się łeb, oczywiście z wybałuszonymi ślepiami.
Teraz już także obserwowała go Karolina. Sierściuch wyjrzał zza narożnika kanapy i powtórzył wszystko od nowa, tym razem przed szerszą publicznością. Jeszcze bardziej wybałuszył ślepia, spojrzał w stronę ciemnego przedpokoju i w nogi.
Zerkałem zdziwiony to na przedpokój, to na Karolinę. Ja tam nic nie widziałem w tym przedpokoju. A teraz to z kolei Karolina patrzyła w ciemność i wybałuszała ślepia, a wierzcie mi, że to widok niecodzienny, bo ma ona oczy raczej małe. No i nagle jak nie wystartuje, mało nie taranując mnie przy okazji. Wparowała do łóżka, tak jak stała, w dżinsach i flanelowej koszuli, wsadziła głowę pod poduszkę. Tylko zad jej wystawał. Wyglądała jak Kubuś Puchatek, który utknął głową w dziupli z miodkiem.
I powiedzcie - tylko szczerze - czy gdyby przyszedł jakiś potwór, to szukałby jej głowy czy też wczepiłby się zębami w jej zadek? I dlatego właśnie jej zachowanie było dla mnie irracjonalne i głupie.
Ale do rzeczy. Wybiła godz. 22. Czas więc na „ostatni spacerek z psem". A ta głupia baba siedzi z głową pod poduszką! Film o duchach już się skończył i tylko głośno huczały reklamy. A ta nic - tylko zadem czasem zatrzęsła.
A co na to kot?
Ano bydlę wylazło zza kanapy jakby nigdy nic. Spojrzało na mnie z wyższością i usadziło bezczelnie kudłaty zad na środku stołu. Zaczęło spokojnie myć pysk, od czasu do czasu łypiąc na mnie kpiarsko, niby niechcący... Co by było, gdybym ja tak usiadł na środku stołu? Pewnie na porządnej burze by się nie skończyło. I pewnie musiałbym z tydzień przepraszać i się kajać...
No ale kotu to wszystko wolno!
Chciałem go pogonić ze stołu, ale sierściuch ma jeszcze nie zły refleks. Przysięgam, że to z jego wyłącznej winy stłukł się ten wazonik. Gdyby nie chciał wystartować jak Kubica z tej serwetki, to nic by się nie stało. Zagoniłem go do sypialni i już prawie go miałem, ale czmychnął na szafę. Wierzycie? Na szafę! A na codzień udaje niedołęgę starego, że to niby na krzesełko nie wejdzie, bo artretyzm ma. Kłamczuch jeden. Powinienem mieć przy sobie aparat, to by się wydało, jaki jest wredny i chytry.
Usiadłem na łóżku i łypałem na niego, myśląc jakby go tu capnąć. Wtedy chyba doznałem złudzenia optycznego albo to te grzybki, co to je zjadłem, jak Karolina nie widziała, dały taki skutek, bo mogę przysiąc, że kocur pokazał mi język i gest Kozakiewicza. Potem odwrócił się tyłem i położył się spokojnie do snu. Poczłapałem do saloniku całkiem zrezygnowany.
Tym czasem wybiła 22.30 i „ostatni spacerek z psem" zaczynał być bardziej niż pilny. Ale nikt nie zwracał na ten fakt uwagi.
Usiadłem w kąciku i czekałem, czekałem, czekałem. Program się skończył, telewizor automatycznie się wyciszył, a ja mąciłem tę ciszę długimi westchnieniami. Powiem Wam, że to była najgorsza noc w moim życiu. I wcale nie pomogło mi to, że słyszałem około godz. 2, jak ten sierściuch złazi z szafy i lezie do kuwetki. Cwaniakuje, bo ma kuwetę. Żeby mu tak kłaczek nosem wyszedł! A ja biedny co? Łapki mam ściskać całą noc? A na dodatek, kto dostał po uszach za stłuczony wazonik? Ano oczywiście ja!
Dlatego bardzo proszę, Droga Redakcjo, doradźcie coś, bo ja już dłużej nie wytrzymam. Wstydzę się już nawet wychodzić na spacery, bo kumple śmieją się, że rządzi mną kot. Może znane są Wam jakieś sprawdzone sposoby na kota? Zagryźć go nie mogę, bo jest sprytniejszy i się go boję. Poza tym, jeśli go zagryzę, to pewnie mnie wyrzucą z domu... Nie wiem już, co robić. Chciałbym mieć tylko święty spokój.
Pomóżcie!
Zdesperowany stały czytelnik - Pies

Tekst publikowany w magazynie KOCIE SPRAWY Nr 119 - Wrzesień 2012

 

II miejsce w konkursie

Tekst: Karolina Wąsik

Psieobrażenie 

Pies z kotem w jednym stali domu,
odkąd Kacper, wielka psia niemota,
trafił do rodziny z kotem (ku rozpaczy tego kota).
Klopsik, nieco flegmatyczny, nie wadzi nikomu,
pies to puszka Pandory, tajfun z Armagedonem
(do tego ciągle by ganiał za własnym ogonem).
Wszędzie go pełno, szczeka i cały czas warczy,
a kot raz się przeciągnie i na cały dzień starczy.
Szczenię wierne, przybiega na państwa wołanie,
kot tylko patrzy nań z politowaniem:
„Ty niewolny sługo, jam sobie jest panem!”
Jak trwał ten żywot kocio-psi, niech dyskutuje kto machęć,
aż tu nagle… BUM! – z jednego kota zrobiło się pięć!
I dołączyli kolejno: Pipka, Pamcia i Czarnuch ze Świniakiem,
a świat się przeraził, co będzie z niesfornym szczeniakiem.
Czy da sobie radę w takim towarzystwie psocim?
Czy stanie się sługą nie ludzkim, lecz kocim?
Odważny czy głupi – tego już nikt nie zgadnie,
Kacper zachwycił się kotami aż nadto przesadnie.
Pies, zwierzę przecież od wieków podłogowe,
zaczęło urządzać harce wspinaczkowe.
Stołki, stoły, komody, taborety i regały –
otworzył się przed nim świat cały skociały.
I skociał nam pies i nie był już ani trochę psem:
„Ja kotem jestem i kocie chrupki chcę!”
Koty pukały się bezradnie w głowę:
„Co my poczniemy z takim bratem-kotem?”
Z tej opowieści płynie morał bardzo prosty – gdy
kotów za dużo, psy zmieniają się w koty

Tekst publikowany w magazynie KOCIE SPRAWY Nr 119 - Wrzesień 2012


III miejsce w konkursie

Tekst: Michał Kadlec

"Wędrówka ku tęczowej krainie" 

Czy będzie to prawdziwa opowieść? Po części tak, a cała reszta... Mam nadzieję, że jest
prawdą. Bohaterami tego tekstu jest pies i kot. Przez blisko siedem lat byłem świadkiem psiokociej
przyjaźni. Przyjaźni, jakiej życzę każdemu człowiekowi; przyjaźni na śmierć, życie i
na to co jest po śmierci. I właśnie o tym będzie to opowiadanie...
Mikan, czarny jak smoła trzynastoletni kocur, obudził się w dziwnym miejscu, choć był
niemal pewien, że zasnął dosłownie przed kilkoma minutami zupełnie gdzie indziej. Teraz
leżał na soczyście zielonej trawie, mimo iż był początek marca; słońce przyjemnie ogrzewało
go - już dawno nie czuł się tak dobrze. Ostatnio dużo chorował i z każdym dniem słabnął.
Ostatnia rzecz jaka została mu w pamięci, to stojący nad nim opiekun, który ze łzami w
oczach najpierw podpisał jakiś papier, a potem wziął swojego druha za łapkę i głaskał czule.
Chwilę później poczuł ukłucie - tak, to był zastrzyk. Przez ostatnie dni aż nazbyt poznał
nieprzyjemny, aczkolwiek znośny ból wbijanej w ciało igły. Z sekundy na sekundę stawał się
coraz bardziej senny, jego opiekun nie przestawał go głaskać i drapać pod szyjką - uwielbiał
to, mimo iż tym razem dłonie człowieka, który towarzyszył mu przez całe życie, drżały. To
ostatnie co zapamiętał - drżące dłonie Pawła, który zachowywał się tak, jakby żegnał się ze
swym kotem.
Mikan podniósł się na łapach i rozejrzał dookoła. Jak okiem sięgnął, widział zieloną
polanę, idealnie błękitne niebo i nikogo dookoła. Ale czemu Paweł go tu zostawił? -
zastanawiał się Mikan. - Czemu? - wciąż zadawał sobie to pytanie. Jak da sobie radę w tym
nieznanym, pustym miejscu, gdzie nie dostrzegł ani miski, ani ulubionej zabawki, ani kumpla
- psa Maurycego. Tak, kumplował się z psem. A co, nie może?! Nie wstydził się tego, ale i
specjalnie nie miał przed kim. Wychowywał się w domu, żył w domu, nie znał innych kotów.
Znał za to psy - wspomnianego już rudzielca Maurycego, ale za nim od trafił do domu, był
jeszcze Sylwester - jego prawdziwy przyjaciel.
Gdy Paweł przyniósł go od swojej nauczycielki, Mikan miał wtedy dwa i pół miesiąca.
Był to rok 1997. Sympatyczny malec w mgnieniu oka zawładnął sercami domowników, w
tym i Sylwestra - kudłatego kundla, który miał już wtedy pięć lat. Początkowo Mikan bał się
tej owłosionej mordki i syczał na niego, ale po tygodniu zrozumiał, że pies nie chce zrobić mu
krzywdy. Mało tego - jest szczęśliwy, że w domu pojawił się inny czworonożny futrzak. Od
tej pory Sylwester i Mikan byli nierozłączni. Ale czy tak trudno rozłączyć się w
czteropokojowym mieszkaniu? Pewnie nie, ale Sylwester przyjął na siebie rolę opiekuna,
nauczyciela i przyjaciela kocięcia. Pies dzielił się z kotem swoimi zabawkami, czego nie robił
nawet w stosunku do człowieka. Oboje spali na jednej kołderce, mimo iż Mikan miał swoją, a
do tego wspólne zabawy do upadłego.
Sielanka trwała niecałe siedem lat. Rak zwalił z nóg Sylwestra. Przeszedł trzy operacje i
za każdym razem były przerzuty. W końcu został uśpiony. Było to sześć lat temu. To również
był marzec, a Mikan - nie wiedzieć czemu - właśnie teraz na tej polanie pomyślał nie o kim
innym, lecz o Sylwestrze, a po chwili w oddali dostrzegł kogoś, kto zmierzał w jego kierunku.
Postać na czterech łapach dumnie kroczyła ku niemu. W miarę, gdy zbliżał się do Mikana, ten
dostrzegał coraz więcej szczegółów... Styl chodzenia, wysokie łapy, kudłata siwa mordka.
Mikan rozpoznał go i ucieszył się. W jego kierunku szedł ten, o którym przed chwilą myślał,
a którego nie widział od sześciu lat - Sylwester - przyjaciel, druh, kompan. Miał otwarty
pyszczek w grymasie uśmiechu i język na wierzchu. Kot nie potrafił okazywać emocji, ale w
duchu radował się równie mocno, co pies. Mikan nie wiedział czy to sen, czy jawa, a może
właśnie doświadczał zderzenia tych dwóch rzeczywistości? To, czego teraz doznawał, było
tak niesamowite, że przypominało iluzję, złudzenie, łąkową fatamorganę. Jednak powinna
zniknąć, tymczasem trwała i co więcej - była coraz bliżej niego.
Sylwester stanął naprzeciwko Mikana i usiadł. Przyglądał mu się przez chwilę, po czym
przemówił. Zawsze mówili dwoma różnymi językami, ale rozumieli się doskonale,
wystarczyły gesty, ale teraz... Kot wyraźnie go rozumiał. Głos psa zadźwięczał w jego
głowie, mimo iż Sylwester nie wydawał z siebie dźwięków, tylko siedział, uśmiechał się i
ziajał.
- Witaj po drugiej stronie, kamracie. Przejdziemy się, co? - zaproponował, wstając z
miejsca.
Kocur uczynił to samo. Był tak zafascynowany, że poszedłby teraz i w sam ogień, gdyby
Sylwester do niego zmierzał. Wpatrzony w przyjaciela czekał, aż ten przemówi ponownie.
- Spróbuj - namawiał pies. - To proste.
- Ale co? - zapytał zdezorientowany kot.
- Właśnie to. Mówiłem, to proste - głos Sylwestra był przyjazny i serdeczny.
Kroczyli teraz razem przez niekończącą się polanę, na której rosła smakowicie zielona
trawa. Mikan chciał ją skubnąć, ale nie potrafił zdobyć się na to, aby zaproponować krótki
postój na przekąskę rosnącą pod łapami. Nie czuł głodu, ale ta trawa wyglądała tak
smakowicie...
W pełnym słońcu sierść obydwu lśniła, mieniła się i połyskiwała. Sylwester kątem oka
dostrzegł, jak Mikan, co i rusz spoziera na murawę. Zatrzymał się i zaproponował:
- Skosztuj, jeśli chcesz.
Kot skorzystał z zaproszenia i zerwał jedno źdźbło, potem następne i następne... Trawa
smakowała wybornie, była smaczniejsza od najlepszego mięsa, jakie jadł za życia. Taką trawę
mógłby jeść całą wieczność.
- Pychota - mimo, iż fizycznie nie powiedział tego, to jednak jego głos brzmiał jakby
miał pełen pyszczek jedzenia.
- No baaa - odparł Sylwester.
- O niebo lepsza od tej na naszym balkonie.
- Dobrze powiedziane... „o niebo lepsza" - psisko zaśmiało się. Było w tym śmiechu coś
znaczącego. Jakiś podtekst?
Kocur oderwał się od uczty i zerknął na przyjaciela. Z mordki wystawało mu źdźbło
trawy, ale teraz nie miało to większego znaczenia, ponieważ Mikana trapiły słowa Sylwestra,
które tak naprawdę były przecież jego słowami, ale wypowiedziane przez kudłatą psinę
brzmiały jakoś inaczej i znaczyły coś więcej.
- Jesteśmy w niebie? - kocisko chciało się upewnić, usłyszeć to wprost: „Tak jesteśmy".
Sylwester zamerdał ogonem.
- A co, może nie zasłużyliśmy? Nikt nie będzie cię osądzał, że od czasu do czasu zdarzyło
ci się nasikać na dywan. Mieliśmy dobre życie, znacznie lepsze od większości tutaj - skinął
łebkiem w stronę, w którą zmierzali. - Przez te kilka lat...
Mikan przerwał mu.
- Dokładnie pięć lat, jedenaście miesięcy i siedemnaście dni - uściślił czworonożny
matematyk, wypluwając nadgryzione źdźbło trawy.
- I ile godzin?
- Bez przesady.
- A więc przez te kilka lat... - pies chciał skończyć swą myśl. - Wysłuchałem wiele
smutnych historii... Najadłeś się? To idziemy dalej. Wiele kocich i psich tragedii - zresztą w
Tęczowej Krainie są wszystkie znane światu gatunki ssaków, płazów, gadów i ryb -
Wędrówka ku Tęczowej Krainie 3
przetoczyło się przez me uszy. Poznałem tu istoty, o których nie miałem pojęcia, że istnieją.
Sam się złapiesz łapami za łepetynę, jak zobaczysz ilu kuzynów masz.
- A myszy? Myszy też tu są?
- A ty tylko o jednym. Świata nie widzisz poza żarciem.
- Czego się czepiasz. Przez ostatni tydzień jechałem na kroplówkach. Chyba należy mi się
coś od życia.
- Mikanku, przyjacielu ty mój, od życia to ci się już nic nie należy. Jesteś martwy,
sztywny i twardy jak drapak. Tam, gdzie idziemy, nie ma głodu, chorób, ani cierpienia.
Wszyscy żyją obok siebie w zgodzie i przyjaźni. A jak chcesz poczuć jakiś smak...
- Na przykład smak myszy?
- Na przykład smak myszy - potwierdził Sylwester. - Po prostu myślisz o niej i skubiesz
tą cudowną trawę. Wierz mi, to działa.
- A może to od razu sprawdzimy? - Mikan spojrzał na przyjaciela wesołymi oczkami.
- A może sprawdzisz to, jak dotrzemy na miejsce? - odparł pytaniem na pytanie pies.
- Niech ci będzie - przytaknął niepocieszony kocur.
Szli dalej łąką, która wydawała się nie mieć końca, ale przecież gdzieś kończyć się musi,
przecież ta ich wędrówka miała cel. Cel zwany Tęczową Krainą, cokolwiek i gdziekolwiek to
było.
Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, równo łapa w łapę. Nie mieli o czym gadać. Nie
mieli? Wolne żarty. Oczywiście, że mieli. Tematów było mnóstwo. Wspomnienia, czas
rozłąki i tak dalej. Sylwester widział jednak, że Mikan potrzebuje czasu, żeby oswoić się z
tym wszystkim.
W końcu to kot, jako pierwszy, przerwał milczenie niespodziewanym, płynącym z serca
wyznaniem:
- Brakowało mi ciebie - powiedział to patrząc cały czas przed siebie.
- Mi ciebie też. Szczególnie na początku. I naszych ludzi i nawet tych obskurnych
trawników, na które sikałem i robiłem... no wiesz... „wariant B".
- Tak, tak, wiem co masz na myśli. A ciebie ktoś poprowadził do tej Tęczowej Krainy?
- Tak. Każdy ma swojego przewodnika. Mi naprzeciw wyszedł brat.
- Ja swojego nie pamiętam - przyznał z lekkim smutkiem Mikan.
- Dlatego to ja po ciebie wyszedłem. Podobno byłem ci najbliższy. Dzięki za
wyróżnienie.
- Nie ma sprawy. Daleko jeszcze?
- Zaraz dojdziemy do Tęczowego Mostku.
- Brzmi blisko.
I tak też było. Z oddali dostrzegli koniec polany. Przypominało to skraj świata, gdzie dalej
nie ma już nic, a jedynie nieskończenie głęboka przepaść - to jeśli spojrzało się w dół. Przed
sobą, natomiast, rozciągał się bezkres błękitnego nieba, które kontrastowały mleczno białe
chmurki. Zatrzymali się na skraju świata. Sylwester usiadł i patrzył przed siebie. Mikan z
podejrzliwością spoglądał na niego, zastanawiając się, gdzie to psisko go wyprowadziło.
- Psino ty moja, przyjacielu kochany, czy abyśmy w dobre miejsce trafili. Może cię nos
zawiódł, co?
- Kocie małej wiary, może tak odrobinę zaufania do przyjaciela - szturchnął Mikana łapą
i dalej patrzył przed siebie.
- No dobra, tak tylko mówię.
Wtem z jednej z chmur coś wystrzeliło i zbliżało się w ich kierunku. Kocur odskoczył do
tyłu i zasyczał ostrzegawczo. „Pocisk", który zmierzał do nich mienił się różnymi kolorami:
czerwonym, żółtym, słabo dostrzegalnym na tle nieba - niebieskim, fioletowym i
pomarańczowym. Kolory przenikały się nawzajem, tworząc nietuzinkowe zjawisko.
- To Tęczowy Mostek - wyjaśnił Sylwester.
Wędrówka ku Tęczowej Krainie 4
- Szybsza niż winda w Pałacu Kultury.
- Gdzie ta winda?
- Nieważne - kocur machnął łapą. Nie chciało mu się tłumaczyć, że kilka lat po śmierci
psa, ich opiekun Paweł pojechał pierwszy raz do jakiejś Warszawy (Mikan nie bardzo
wiedział, co to takiego, ale nie próbował tego dociekać) i potem wielokrotnie wspominał
szybką jak błyskawica windę, która wwoziła ludzi na wysoki wieżowiec.
Tęcza wbiła się w ziemię tuż pod łapkami zwierzaków. Kot spojrzał w przepaść i zrobił
krok do tyłu. Ta dziura naprawdę nie miała końca.
- Co jest, Mikuś? Śmiało, idź za mną.
Sylwester ruszył przodem. Swobodnie wszedł na tęczę, zaraz za nim ruszył Mikan, który
kroczył tak blisko przyjaciela, że nieomal deptał mu po piętach. Odwrócił się za siebie i
spostrzegł, że tęcza znika za nimi rozpływając się w powietrzu, a kolorowy pył opada w
nicość.
- Spokojnie - uspakajał ciepłym głosem pies. - Nie stracimy gruntu pod łapami.
- To ta łąka, to nie było niebo? - zdziwił się kocur.
- To jakby przedpokój nieba, albo korytarz - wyjaśnił Sylwester.
- Obszerny - pokiwał łebkiem z uznaniem.
- No baaa...
Przeszli na drugą stronę i znaleźli się w miejscu, które Mikan od razu określił jednym
słowem: raj. Pierwsze, co ujrzał, to zwierzęta - bardzo dużo zwierząt, pośród których
spacerowali ludzie. Były tu zarówno psy, jak i koty, ale i gazele, wielbłądy, niedźwiedzie,
myszy, szczury, lwy... Nad głową Mikana przeleciał wróbel. Powiódł za nim wzrokiem, co
spotkało się z natychmiastową reakcją Sylwestra, który szturchnął przyjaciela łapą.
- Nawet o tym nie myśl, łowco od siedmiu boleści.
Oboje parsknęli śmiechem i wtedy kocur spostrzegł w oddali wodospad, jednak nie
wypływała z niego woda, a mleko. Jego biel odbijała promienie słońca i raziła po oczach -
raziła, ale jednocześnie przyciągała. Mikan miał ochotę wskoczyć do tego strumienia i cały
się wykąpać.
- Czy to jest to, o czym myślę? - kocur wskazał łepkiem na ten cud natury.
- Tak, Mikuś. Prawdziwe mleko, które ci nie zaszkodzi. Możesz pić ile się da. Mamy jego
zapas na całą wieczność.
- Ja cię drapię... Sylwek, przecież to raj.
- No, co ty nie powiesz - psisko zaśmiało się, poklepując przyjaciela po grzbiecie.
- A ci ludzie? Czemu ich tak mało?
- Przychodzą do nas w odwiedziny. Normalnie żyjemy osobno. Dzięki temu wszyscy
czują się swobodnie. Dobrze jest się spotkać, pogadać, ale potem każdy wraca do siebie -
wyjaśnił Sylwester ruszając dalej, ku innym zwierzętom.
- Będzie mi tu dobrze? - w głosie Mikana dało się wyczuć niepewność.
- A czy można chcieć więcej?
- Będzie mi brakowało naszych ludzi. Już mi ich brakuje.
- Nie bardziej niż im nas, ale to tylko okres przejściowy. Smutek minie, a kiedy znów ich
zobaczymy będzie wielka radość.
Wdrapali się na niewielką górkę i usiedli na jednej ze skał skąd roztaczał się widok na
całe centrum Tęczowej Krainy. Soczyście zielona trawa mieniła się w promieniach pełnego
słońca. Jedne zwierzęta biegały, inne spokojnie spacerowały, jeszcze inne wylegiwały się na
kwiecistych polanach. Rosły tu maki, mlecze i krzewy. Były również drzewa: stare dęby,
sosny i brzozy. Mikan już szukał idealnego, po którym mógłby się wskrabać. Wszyscy tu żyli
w pełnej harmonii, co nowoprzybyły mieszkaniec Tęczowej Krainy uważał za coś
niemożliwego, a przynajmniej do tej pory.
- Pięknie tu - przyznał na głos Mikan.
- No baaa... - Sylwester puścił oczko do przyjaciela. - Będzie dobrze, zobaczysz -
zapewniało psisko.
- To co, ścigamy się do wodospadu? Marzę, żeby wziąć łyk tego niebiańskiego mleczka.
- Łyk? Już to widzę.
- No, może dwa. To, co? Na trzy, biegniemy.
- Mikuś?
- Tak?
- Dobrze, że już do mnie dołączyłeś.
- No baaa... - zachichotał kocur. - Stęskniłem się za tą twoją kudłatą mordą.
- A ja za tym twoim czarnym kinolem.
- To co... Raz... dwa... trzy!
Pognali w dół doliny w stronę mlecznego wodospadu. Mikan nie miał czasu, żeby myśleć
o rodzinie, którą zostawił na tamtym świecie. Miał teraz nowy świat - świat, który miał z kim
dzielić. A dzielił go z nie byle kim, bo z przyjacielem. Ta myśl była niczym wiatr w żagle -
dodawała mu otuchy, odwagi i nadziei, że to nowe życie po życiu, będzie jeszcze lepsze, niż
życie za życia.
Obaj wtopili się w tłum innych zwierząt, beztroscy i wolni, a przede wszystkim znowu
razem - Sylwester i Mikan - przyjaciele na wieczność.

 

 

...

Nowy konkurs literacki

 „Szczęśliwy kot”  

Szczęśliwy kot, czyli jaki? Czy to ten kot, który może spokojnie się wylegiwać, bo wie, że jego ludzie zawsze napełnią mu miseczkę? A może to ten, który jest niczym nieograniczony i może swobodnie poznawać otaczający go świat? Jaką miarą zmierzyć kocie szczęście? I ile opiekunowie kotów są gotowi zrobić, by znaleźć na nie receptę? Na teksty czekamy do końca lipca 2018 r. pod adresem mailowym: konkursy@kociesprawy.pl z dopiskiem „Szczęśliwy kot”. Najciekawsze historie zostaną opublikowane na naszych łamach, a ich autorzy otrzymają interesujące książki o kotach.

...

..