Konkurs literacki
„Tajemnicza natura mojego kota" - rozstrzygnięty
Oto lista laureatów:
I miejsce - Dorota Krzyżanowska-Gernand „Magia trzech kotek"
II miejsce - Anna Fryze-Różalska „Quentin - z pamiętnika kota"
III miejsce - Barbara Łuczak „Egzamin".
Wyróżniliśmy również Alicję Kucharską za wiersz „Kot ma swoją naturę", Agnieszkę Olińską za wiersz „Kot domowy", Natalię Swaryczewską za opowiadanie „Funek" oraz
młodych autorów: Martynę Dymnicką (10 lat) i Elizę Zalewską (13 lat).
- nagrodzone teksty poniżej
Wszystkim laureatom konkursu gorąco gratulujemy i nagradzamy książkami Vicki Myron i Breta Wittera
„Dziewięć wcieleń kota Deweya". Panią Dorotę Krzyżanowską-Gernand za zajęcie I miejsca postanowiliśmy dodatkowo uhonorować książką Renate Jones
„Koty", nowość Wydawnictwa Muza, a „Magię trzech kotek" możecie przeczytać w bieżącym numerze.
Pozostałe nagrodzone prace będziemy publikować w kolejnych wydaniach KOCICH SPRAW, a wybrane teksty młodych i najmłodszych autorów ukażą się w dodatku „Młode koty"
w podwójnym numerze grudniowo-styczniowym.
Magia trzech kotek - I miejsce w konkursie "Tajemnicza natura mojego kota" Tekst Dorota Krzyżanowska - Gernand
Kola tak jak Milenka, jest kotem „niewychowywanym", przyszła do nas już po przejściach, a jednak po początkowych fochach (o których zresztą nikt już przecież nie pamięta) jej życie stopiło się z naszym, nasze życia po prostu dopasowały się idealnie do siebie. To właśnie tajemnica i magia kotów. Stworzeń doskonałych w każdym calu. Naszych życiowych najwierniejszych i najukochańszych towarzyszy. Kiedy uczymy się je rozumieć, otwieramy szeroko oczy ze zdumienia, jak bardzo są mądre. Powiem więcej - o wiele mądrzejsze od nas - ludzi, mające więcej cierpliwości, potrafiące więcej znieść i wybaczyć. Te cudowne i przepiękne zwierzęta wnoszą do naszego życia spokój, ciepło i miłość. Uczą nas także rozumienia bez słów drugiego człowieka. Czyż to nie jest magia?
| |
Tekst Anna Fryze-Różalska
Jestem specjalistą od wymuszeń. Mojego przeraźliwego falsetu nikt nie jest w stanie zbagatelizować. Ale krzyk nie leży w naturze mojego brata. Panie czasem mówią o nim introwertyk, a o mnie ekstrawertyk. Nie wiem, co to znaczy. Mam nadzieję, że nic obraźliwego.
Moje zdolności wokalne nie kończą się na ariach operowych. Nie zapomnę, jak zadziwiłem moją panią, gdy byłem jeszcze małym kociakiem. Dostałem wówczas swoją pierwszą mysz. Była szara, większa od tych, które później pojawiły się w domu, i wprawiało się ją w drgania za pomocą sznurka. Z miejsca się w niej zakochałem. Nosiłem ją w pyszczku i prowokacyjnie maszerowałem przed nosem Lusia. Niechby tylko spróbował mi ją odebrać! Brat nie dał się sprowokować, za to pani zaczęła miotać się po mieszkaniu. A to zajrzała do kuchni, czy aby lodówka nie jest otwarta. Potem sprawdziła, czy wentylator w łazience nie działa bez potrzeby, a może uruchomiła pralkę i zapomniała o tym... Jakie było jej zdziwienie, kiedy wreszcie zlokalizowała źródło dźwięku. Zrozumiała, że to niepokojące warczenie wydobywa się z mojego gardła.
Obaj z bratem lubimy obserwować ptaki. Gdy się tylko pojawią, podbiegamy do okna lub drzwi balkonowych, wspinamy się po szybie i kombinujemy, jakby się tu do nich dostać. Kiedy mi się nudzi, a w zasięgu wzroku nie ma żadnych latających stworzeń, próbuję je przywołać. Wydaję z siebie wówczas serię krótkich postękiwań: „e e e e". Ptaki jednak na to nie reagują.
Lusio to ugodowiec. Ja natomiast jestem specjalistą od wymuszeń. Wiem, co złości moich gospodarzy, i zawsze to robię, kiedy chcę zwrócić uwagę na moje potrzeby. Szczególnie skuteczne jest szarpanie zasłony i drapanie fotela. Choć od czasu, gdy stworzyłem nowy wzorek z zaciągnięć na zasłonie, a materiał obiciowy fotela z gładkiego zmieniłem we frotté, jakby mniej się przejmują moimi wyczynami. Może im się spodobała nowa faktura? Llewelyn czasem próbuje mnie naśladować, ale wystarczy, że ktoś głośniej wymówi jego imię, zaraz wraca do ostrzenia pazurów na specjalnej macie w kształcie wielkiej myszy. Ale nie narzekam na brata, choć całą „czarną robotę" zostawia na mojej głowie. Kiedy byłem małym kociakiem, zdarzało mi się zagubić w mieszkaniu. Czasem niepostrzeżenie wlazłem do szafy i ktoś zamknął za mną drzwi. Innym razem zamknięto drzwi do kuchni lub pokoju, w którym akurat się ukrywałem, a potem nie mogłem dostać się do reszty towarzystwa. Najgorzej było, gdy niepostrzeżenie wymknąłem się na klatkę schodową. W takich sytuacjach zawsze mogłem liczyć na Lusia. Wiernie stał lub siedział pod drzwiami, które oddzielały mnie od niego, tak długo, aż ktoś z ludzi zrozumiał, że trzeba mnie wpuścić. Co prawda ja bym załatwił to szybciej. Lusio postrzegany jest jako kot muzykalny. Dlatego że spokojnie wyleguje się na łóżku w pokoju Oli, kiedy ona gra na gitarze elektrycznej. No, nie wiem, może jest przeciwnie: źle słyszy? Przecież nawet odgłos odkurzacza nie wprawia go w taką panikę jak mnie, choć też nie lubi przebywać w pobliżu tego hałaśliwego urządzenia. Kiedyś, jak młodsza pani urządziła próbę muzyczną z koleżankami, ukryłem się w kącie za szafką, na której stoi telewizor. Długo nie mogły mnie znaleźć, a potem wydobyć z narożnika.
Lubimy wylegiwać się w różnych miejscach. Po jakimś czasie nudzą się nam specjalne legowiska i szukamy czegoś nowego. Koszyk, w którym nas przyniesiono, krótko służył nam za sypialnię. Szybko przenieśliśmy się na fotel, a potem do łóżek. Polubiliśmy sypiać przytuleni do którejś z naszych pań (pan trzymał nas na dystans). Jak tylko pani zasnęła, sytuowałem się blisko jej twarzy i łaskotałem jej nos moim puszystym futerkiem. Rano uskutecznialiśmy z Lusiem gonitwy wokół pani głowy. Jeśli to jej nie budziło, wówczas odbywałem wędrówkę po ciele pani, od stóp do głowy i dotykałem wilgotnym noskiem jej nosa, żeby sprawdzić, czy żyje. W dzień również lubiliśmy się plasować na kolanach lub brzuchach odpoczywających pań. Bardzo ten nasz zwyczaj cieszył Olę, zwłaszcza gdy musiała zakuwać do matury. Mówiła, że koi to jej nerwy. Druga pani nazywała nas wówczas kototerapeutami, cokolwiek to znaczy.
Jak podrośliśmy, przestaliśmy się tak bardzo spoufalać z ludźmi. Pierwszy, zawsze bardziej nieśmiały, Llewelyn zaczął siadać na krześle lub na dywanie obok fotela pań lub pana, w pobliżu „rąk, które głaszczą", ale nie wchodził na ludzi. Ja dłużej zachowałem zwyczaj wdrapywania się na człowieka i nadstawiania brzucha do pieszczot oraz ponaglania opieszałych państwa niecierpliwym mruczeniem i delikatnym podgryzaniem ręki. Lusio również lubi podgryzanie w stanie euforii, ale na to trzeba zasłużyć intensywnym głaskaniem. Jeszcze od czasu do czasu zdarza mi się obłaskawiać gości. Po prostu lubię być w centrum uwagi. Szczególnie przeze mnie lubiani odwiedzający dostępują zaszczytu trzymania mnie na kolanach. Ale to też incydentalnie. Kot musi się szanować!
W nocy nadal lubimy przytulać się do naszych pań. W dzień jesteśmy mniej wylewni. Ja lubię, jak śpią na boku. Moszczę się wówczas w załamaniu nóg pod kolanami lub między brzuchem a kolanami. Lusio woli, gdy leżą na brzuchu lub plecach. Zakrada się w środku nocy do łóżka, wdrapuje na człowieka i zaczyna swój taniec z ugniataniem, do wtóru głośnego mruczenia, domagając się pieszczot. Czasem głową podrzuca rękę śpiącej kobiety do góry tak, by opadła na jego grzbiet. Zwykle dostaje to, czego chce, przecież mógłby się obrazić! Potem przygniata panią swoim wielkim cielskiem i zasypia.
W dzień często sypiamy wtuleni w siebie nawzajem. Stykamy się grzbietami, śpimy „na łyżeczkę" lub „na waleta".
Uwielbiamy nowe „spanka" i „schowanka". Kiedy nasi państwo kupują buty lub jakieś urządzenia, Lusio zaraz zagnieżdża się w pudełkach po nich. Ja czasem też je wypróbowuję, ale nie jestem takim maniakiem jak mój brat. Kiedyś, gdy przyszedł fachowiec naprawiać komputer, Lusio wpakował się do jego torby z narzędziami. Gdy na podłodze pojawiają się walizki, on zawsze pierwszy musi je wypróbować.
Ponadto brat ma świra na punkcie torebek foliowych. Lubi się w nich chować i stamtąd polować na palce domowników (chyba myśli, że jest niewidoczny). Również maniakalnie wylizuje torebki. Kiedyś nie wyszło mu to na zdrowie, bo zaraził się w ten sposób kocią grypą żołądkową. Ja natomiast mam słabość do silikonu i kauczuków. Wykorzystywałem każdą okazję, by w drapać się na deskę do prasowania i wydłubać silikonowe pręciki z podkładki pod żelazko.
Llewelyn też potrafi wymyślać niezłe zabawy, np. w „palcowanie". Gdy ktoś z ludzi znikał za drzwiami łazienki, on wsadzał prowokacyjnie łapkę w któryś z otworów wentylacyjnych w dole drzwi i zachęcał człowieka do schwytania jej. Panie szybko pojęły, o co chodzi, i zaczęły wtykać palce w otwory. Wtedy obaj z bratem zaczynaliśmy polowanie. Próbowaliśmy pacnąć palec łapką lub złapać do pyszczka.
Kiedy indziej wpadł na pomysł zabawy w „kopertowanie". Znalazł na podłodze wielką kopertę po jakimś druku bankowym i próbował wydobyć ją spod drzwi. Ola podchwyciła pomysł i teraz często wysuwa mu papier pod drzwiami, a Lusio usiłuje go złapać. Ilekroć chce się w to bawić, staje na tylnych łapkach, opiera o drzwi i ześlizguje na dół. Całkiem fajna zabawa to „kopertowanie". Ostatnio też jej spróbowałem.
Raz, gdy Lusio siedział na stołku, odkrył swój ogon zwisający pod spodem. Dyndające futrzane „coś" tak go zafrapowało, że zaczął na nie polować. Ten to ma pomysły!
Nasi państwo to bałaganiarze. Nie, żebym ich krytykował! Dzięki temu wymyślamy wciąż nowe rozrywki. Pan, gdy wraca z pracy, często rzuca marynarkę na łóżko i znika w łazience lub kuchni. Llewelyn tylko na to czeka, zaraz mości się w środku marynarki. Panie nawet zrobiły mu serię zdjęć, którą zatytułowały: „kot w garniturze". Raz nawet udało się Oli nałożyć Lusiowi krawat na szyję. Wcale się tym nie przejął!
Dla brata atrakcyjne jest nawet „banie się". Jak tylko znajdzie wystającą z szuflady lub leżącą na podłodze skarpetkę, skrada się do niej i trąca wyciągniętą łapką. Skarpetka zostaje wtedy wyrzucona w powietrze, co zawsze wystraszy brata, który pewnie myśli, że to coś żywego. Zabawnie wtedy odskakuje
do tyłu. Kiedy bardziej się przestraszy, ucieka do innego pomieszczenia, pokonując zakręt korytarza w locie. Po prostu odbija się czterema łapkami od ściany. Ja oczywiście też tak potrafię. Poza tym Lusio często bawi się w chowanego. Najpierw wzywa ludzi na korytarz, a gdy idą sprawdzić, o co chodzi, on szybko biegnie do pokoju i ukrywa się pod łóżkiem lub biurkiem. Niech go szukają!
Zgadzam się z moim bratem: ludzi da się wychować. Trzeba tylko trochę kociej cierpliwości. Niech myślą, że nas rozgryźli, poznali wszystkie tajemnice. Nawet nie zauważą, że to my, koty, wodzimy ich za nos
Tekst Martyna Dymnicka - 10 lat
Kotka Fifi jest ze mną od dwóch lat. Myślałam, że wiem o niej wszystko. Nie bez powodu jednak koty kojarzą się z tajemnicą i magią.
Podobno kiedyś ludzie bali się, aby kot nie spojrzał na zmarłego, i wierzyli, że różne przepisy ze składnikiem
ciała kota mogą uzdrowić. Do dziś niektórzy sądzą, że czarny kot przynosi nieszczęście, ale w innych krajach
taki kot jest symbolem pomyślności. W Japonii uważa się, że figurki kota Maneki Neko przynoszą szczęście.
Jakże tajemniczy był kot z bajki „Alicja w Krainie Czarów"... Mógł pojawiać się w całości lub z samą
głową. Mówił tak tajemniczo, że aż ciarki przechodziły. Zapewne znacie też panią Noriss z „Harry'ego Pottera",
która chodziła nocą po szkole i pilnowała, by żaden uczeń się nie wałęsał.
Kto wie, co moja kotka robi nocą, gdy nie ma jej w łóżku? Może buszuje po mieszkaniu, może wychodzi na dwór i tam przeżywa przygody? Zdarzało się, że w nocy wskakiwała na parapet i wpatrywała się w księżyc. Nie wiem, po co to robiła. Cóż, tego nikt nie wie. Gdy w nocy zobaczę świecące oczy, wiem, że to Fifi.
Nieraz szukałam mojej kotki w dzień, bo Fifi potrafi się ukryć w zaskakujących miejscach. Czasem musiałam
się długo zastanawiać, gdzie też mogła się chować, tymczasem Fifi leżała sobie spokojnie pod kołdrą i cichutko chichotała. Pewnego razu, gdy wróciłam ze szkoły, na ziemi leżał podarty stos KOCICH SPRAW, (na szczęście to były stare numery), a moja kotka wylegiwała się najspokojniej na fotelu ze spojrzeniem niewiniątka.
Fifcia potrafi mnie też porządnie przestraszyć. Kiedyś w nocy bawiła się kluczami w drzwiach. Myślałam, że
to złodzieje, tymczasem to była tylko wesoła i beztroska zabawa Fifi. Kilka razy kładłam się spać z moją kotką, rano budziłam się z Fifcią leżącą na moich nogach, a na podłodze leżał ptak. Tylko jak ona mogła go złapać i przynieść, skoro mieszkamy na drugim piętrze, okno było zamknięte, a drzwi jeszcze nie umie sobie otworzyć? To wszystko na pewno dzieje się za sprawą jej tajemniczej natury.
Nie mogę zaprzeczyć, że Fifi jest tajemniczo piękna. Natura obdarzyła ją pięknym, mięciutkim i jedwabistym umaszczeniem. Tajemniczo również chodzi - z gracją, delikatnie stąpa po ziemi, z ogonem podniesionym i wypiętą piersią. Wygląda wtedy jak skrywająca w sobie tajemnicę piękna dama. Zabawa też może być niezwykła - oglądasz sobie film, a tu nagle ktoś wyskakuje zza kanapy i zaczepia cię. Fifcia jest jak tygrys. Gdy się zmęczy, dyszy z otwartym pyszczkiem. Ziewając, pokazuje swoje kły.
Moja kotka zawsze będzie miała swoje tajemnice. Na pewno jeszcze nie raz mnie zaskoczy, zdziwi, zaciekawi.
Tajemnica to tajemnica, nie każdą da się rozwiązać, ale jedno wiem - to wspaniale, że moja kotka ma taką tajemniczą, kocią naturę.
Nowy konkurs literacki
„ Pies i kot w jednym stali domu - czyli jak pies z kotem".
Drodzy Czytelnicy!
Kochacie koty, ale również i inne zwierzęta. Często w Waszym domu, pod jednym dachem, żyje i pies i kot. Powszechnie panuje przeświadczenie, że pies z kotem żyją w niezgodzie. A jakie są Wasze obserwacje?
Czy rzeczywiście pies i kot nie mogą się pokochać czy zaprzyjaźnić? Napiszcie.
Teksty przysyłajcie do końca maja 2012
na adres redakcji lub na adres e-mailowy: z dopiskiem „Jak pies z kotem".
Autorzy najciekawszych tekstów otrzymają nagrodę w postaci tomiku poezji Franciszka J. Klimka
– „Jak pies z kotem czyli album rodzinny”.