Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

pełen artykuł

Tekst Monika Kruczyńska-Szymaniak
Magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 95 wrzesień 2010


Dla nas koty stały się kluczem do kontaktu, porozumienia, wdrażania terapii zajęciowej. Czasem, kiedy jest naprawdę ciężko, kiedy zwyczajne argumenty obnażają swoją bezradność... Wyciągam rękę i mówię: Chodź... Opowiem ci, jak moje koty... i wszystko się uspokaja, rozjaśnia i życie staje się lepsze.


Jestem pedagogiem - terapeutą zajęciowym. Prowadzę warsztaty plastyczne z dziećmi i młodzieżą z różnego rodzaju dysfunkcjami i upośledzeniem umysłowym. Praca jest moją prawdziwą pasją, ale wielką miłością i niekończącą się fascynacją są koty. Od wielu lat ja i moja rodzina pomagamy kotom. Wszystkie nasze zwierzęta zostały uratowane w różnych niezwykłych okolicznościach. Każdy dzień spędzony w ich towarzystwie uświadamia mi, jak bezinteresowna potrafi być ich miłość, jak budujący mają w sobie spokój, jak kojąco działa ich obecność i dotyk. Ile wiedzy i przyjemności daje możliwość obserwowania ich zachowań. Zwierzęta mają w sobie ogromny potencjał. W mojej pracy często doświadczam, jak już same postacie zwierząt, opowiadanie o nich, w cudowny sposób angażuje dzieci w proces terapeutyczny. Pozwala w łagodny sposób przekraczać trudne do pokonania granice.
Pierwsze spotkanie.
Chłopiec z Zespołem Aspergera. Zajęcia indywidualne. Moje przywitanie wypada zachęcająco. Podajemy sobie ręce - to dobry znak. Nie ma oporu przed fizycznym kontaktem z innymi ludźmi, co w przypadku tej dysfunkcji często się zdarza. Przedstawia się w sposób bardzo oficjalny, co w ustach ośmioletniego chłopca brzmi nawet zabawnie, ale tak właśnie czasem jest. Opowiadam o tym, co zaplanowałam na nasze zajęcia. Pokazuję materiały. Pytam, czego nie lubi dotykać, co lubi rysować. Najbardziej lubi potwory, ale wiem z wywiadu, że bardzo interesują go zwierzęta. Ma na ten temat dużą wiedzę, która pozwoli nam nawiązać początkową relację. Szczerze mówiąc, jako główny cel pierwszego spotkania przyjęłam zasadę - nie zniechęcić i możliwie dużo zaobserwować. Malujemy wycięty z tektury przestrzenny płot. Pytam o ulubione kolory. Niebieski. Malujemy razem. Pozwala mi pomagać sobie w pracy. Widzę, jak ślady farby na rękach „uwierają", burzą spokój. Na początku konsekwentnie wycieramy każdą plamkę, potem ubrudzenia nie są już tak strasznie nieznośne. Na naszym płocie mają pojawić się marcowe koty - wycięte z gazety, zdjęcia kocich postaci. Płot sobie schnie, a my przeglądamy razem czasopisma w poszukiwaniu odpowiednich zdjęć. Wtedy chłopiec bardzo się ożywia. Przy okazji opowiadam mu o moich kotach. Tomek bardzo chce, abyśmy wśród zdjęć wyszukali te, które w jakiś sposób przypominają moich podopiecznych. Opiekuję się 17. kotami, więc przed nami poważne zadanie. Mam w telefonie mnóstwo zdjęć moich zwierząt. Tomek jest zachwycony. Błyskawicznie uczy się wszystkich imion i o każdym coś chce wiedzieć. Postanawia wyszukać jak najwierniejsze podobizny moich kotów w gazetach. Zarządza sporządzenie listy. Numerujemy, piszemy imiona. W bardzo krótkim czasie Tomek wie już i pamięta wszystko: imiona, cechy osobowości, wiek, relacje rodzinne, historyjki z nimi związane. Ta łatwość zapamiętywania robi wrażenie, ale właśnie to wpisane jest w jego chorobę. Uszeregowane ciągi informacji są dla niego bezpiecznym światem i czuje się w nim dobrze. Niektóre imiona wzbudzają szczególną wesołość, mają też swoją zabawną lub niekiedy dramatyczną genezę. Bawi się słowami jak wyliczanką. Wszystko zaczyna mieć jakiś określony rytm. Wielokrotnie odczytuje listę: Wiesiek, Stasiek, Wścieklica, Kurczak, Bożenka, Emil-Lemur-Momo, Śnieżyna, Księżniczka-Wuwuzela, Mały Chińczyk-Juanita, Agent Tomek, Elemelek, Panna Lukrecja, Pinokio, Januszka, Basia, Krysia i Dorotka i na końcu Pan Śmigiełkonanosie. Liczy. Sprawdza listę i wycina odpowiednie zdjęcia, chociaż operowanie nożyczkami sprawia mu dużą trudność, ale jest tak zajęty, że wydaje się tego nie odczuwać. Zaczynamy wymyślać różne śmieszne historie, w których bohaterami są moje koty. Tomek zaczyna spekulować: Skąd wiesz, może te twoje koty same występują w tej gazecie, a ty nawet nie wiesz? Piszą tu różne rzeczy i jeszcze robią sobie zdjęcia!? Ale jak one tam mogą przyjechać? I to wszystkie razem? Odpowiedź okazuje się prosta i natychmiast się pojawia: One jadą specjalnym autobusem - jak drużyna piłkarska... Podsuwam Tomkowi pomysł: Może spróbujesz to narysować? Taką kocią ekipę w podróży? Chciałabym zobaczyć, jaki powstanie rysunek, jak przedstawi ten pomysł. Chce pracować tylko i wyłącznie ołówkiem - tak jest mu najłatwiej. Ołówek jest bezpieczny - daje się ścierać i co ważne, nie brudzi. Zdecydowanym ruchem na dużej kartce umieszcza centralnie coś, co przypomina rejsowy autokar z nieskończoną liczbą okien. Mamy plan sytuacji. Patrzę, jaka będzie kolejna decyzja. Tomek wraca do listy. Znowu studiujemy ją wielokrotnie i rodzą się kolejne pytania: kto obok kogo może siedzieć i najważniejsze zadanie - kto ma najodpowiedniejsze cechy, żeby zostać kierowcą? Na podstawie wcześniej zgromadzonych informacji chłopiec typuje grupę kandydatów. Niektórych odrzuca natychmiast, bo ktoś jest zbyt młody albo ma impulsywny charakter. Wiesiek jest najstarszy, ale za stary - taki stary dziadek to już źle widzi, a Stasiek? - Stasiek to wariat zaraz przekroczy prędkość, albo się z kimś pobije i „rządziciel" jest... Rozważania trwają... Faworytem zostaje Emil. To rzeczywiście mój najłagodniejszy, bardzo grzeczny i spokojny kot. Dobry typ - uważam, że naprawdę idealny kandydat - jeśli już „pojechaliśmy" tak daleko... Wklejamy postać Emila za kierownicą. Akcja się rozkręca, ale niestety, czas naszych pierwszych zajęć właśnie dobiega końca... Zabawa z kocim autobusem dość długo skupiła jego uwagę. Wiem, że Tomek ma ogromne trudności z realizacją zadań, wychodzi z zajęć, reaguje agresją. Chłopiec robi się niespokojny - bardzo obawia się o rezultaty swojej dotychczasowej pracy, musimy przerwać prace. Przeraża go jednak możliwość zagubienia rysunku i poszczególnych jego elementów, najmniejszy fragment nie może zginąć. To także jest bardzo typowe dla niektórych dzieci z zespołem Aspergera. Próbuję ratować sytuację. Rysunek wkładamy do koperty i każdą wyciętą kocią mordkę do kolejnej koperty. Wszystko komisyjnie liczymy i opisujemy: Imię i nazwisko autora, zawartość z zaznaczeniem liczby kotów. Na końcu zaklejamy i robimy flamastrem „stemple". Ostateczną pewność daje jednak umieszczenie koperty w szafie zamykanej na klucz. Teraz Tomek czuje się pewnie. Powaga sytuacji udziela się także mnie i przeraża mnie myśl, że coś mogłoby się stać z tym rysunkiem. Wiem, jak bardzo dla niego jest już ważny. Z relacji matki wynika, że w takich sytuacjach, gdzie doszło do zniszczenia, zagubienia czegoś ważnego, pojawiała się nawet wysoka gorączka. Każde dziecko jest inne... Żegnamy się. Listę pasażerów zabiera jednak ze sobą - chce sobie jeszcze wszystko przemyśleć. Wychodzi z zajęć zadowolony, pomimo że niechętnie akceptuje nowe osoby w swoim otoczeniu. W moim odczuciu napięcie rozładowało się i obawy na koniec zostały odsunięte. Podśpiewuje sobie głośno: Juanita-titatita!...Juanita-tita-tita! ...Stasiek - Rozrabiasiek! Cieszę się, że koty, rozmowy o nich, stały się dla nas doskonałą płaszczyzną do porozumienia. Wiem, że następne zajęcia będą już swobodne i przyniosą radość. To ważne - jakikolwiek przymus w tej sytuacji jest naszym wrogiem. Kontakt z inną osobą, zadanie do wykonania, poprawa manualnej sprawności, pokonywanie trudności nie są już tak dotkliwie odczuwane, kiedy tworzy się nam ta niezwykła historia kociej podróży... Koci świat... i sprawy dzieją się same...
Drugie spotkanie
Na kolejne spotkanie Tomek wpada jak bomba, rozemocjonowany. Musimy się wyciszyć,
uporządkować. Zaczynamy poważnie od sprawdzenia naszej tajnej koperty. Powoli liczymy, sprawdzamy wszystko - zgadza się. Bardzo trudno usiąść na krześle, żeby nie bujało się jak galopujący koń. W końcu się udaje. Teraz spokojnie wracamy na plan. Emil za kierownicą. Dobry, przemyślany początek. Tomek snuje swoją fantastyczną opowieść. Na rysunku pojawia się coraz więcej szczegółów i kolejnych bohaterów. Śnieżyna i jej dwie córki siedzą razem, jak damy z wielkimi amuletami na szyjach. To podobno specjalne amulety chroniące w podróży. Najwięcej uwagi poświęca jednak Agentowi. Kot Agent Tomek umieszczony w luku bagażowym bierze udział w jakiejś tajnej misji. Zostaje zaopatrzony w różne gadżety: walizka z kosmiczną wyrzutnią i jakimś dodatkowym napędem, specjalne nadajniki i tajna broń, o której może wiedzieć tylko Tomek i kot Agent Tomek... Sytuacja coraz bardziej się komplikuje. Pasażerowie
zapełniają autobus. A na dachu pojawia się koń. Rodzina chłopca ma własnego konia, więc
postanawia, że bardzo chciałby, aby jego koń także znalazł się w tym znamienitym towarzystwie i wziął udział w pokazie. I koń rozsiada się na dachu autobusu. Żartujemy, że to nasz pan „Końduktor". Tomek wciąż dodaje nowe szczegóły. Opowieść rozrasta się i coraz bardziej komplikuje. Fantazja miesza się z rzeczywistością. A jednak myśli o wszystkich. Pamięta o wygodnym miejscu dla Kurczaka - bo przecież jest inwalidą wojennym, a dzieci muszą być blisko matek. Wzruszające... Rzucam sugestię: A co będzie, jeśli Emil przekroczy prędkość i policja zatrzyma koci autobus do kontroli? Wyobrażasz to sobie? Policjant pewnie zemdleje
z wrażenia! Będzie nieźle zaskoczony! Tomek po prostu pokłada się ze śmiechu. Udaje minę
policjanta i teatralnie pada na podłogę - niby zemdlony... W końcu to był niecodzienny widok i kot za kierownicą wychyla się z prowokacyjnym pytaniem: Czy pan coś do mnie miauuu!! Na dachu „Końduktor" i 16 rozbrykanych, rozśpiewanych jak wycieczka szkolna kotów w środku... Agent Tomek w kominiarce w luku bagażowym zamknięty w super walizce. Podsumowanie zastanej przez policjanta sytuacji to komedia i kino akcji... I wtedy na trasie pojawiają się potwory. Mamy horror! Atakują nasz autobus... Podchodzą coraz bliżej i bliżej z dziwnymi narzędziami. To, że potwory się pojawią, było sprawą przesądzoną. Dzieci z zespołem Aspergera bardzo często rysują potwory, dziwne wielookie hybrydy z groźnymi zębami. Czasem przypominają dinozaury, mureny lub postacie kosmitów z filmów. I nawet w najcudowniejszych obrazkach z uśmiechniętym słońcem i tęczą - chociaż nam wyda się to dziwne, ale tam też lubią się pojawić... Pamiętam, jak inny chłopiec z tą dysfunkcją na zajęciach, podczas których ozdabialiśmy świąteczne pierniki, popatrzył z dezaprobatą na aniołki, gwiazdki, choinki i bałwanki... usiadł zasmucony, podparł rękami głowę i zapytał mnie z nieskrywanym wyrzutem:
DLACZEGO nie upiekłaś dla mnie piernikowych potworów?! Na następne zajęcia specjalnie dla Bartka miałam zestaw własnoręcznie wyciętych Dino-potworów. Artysta odżył, w oczach zabłysła radość... a ozdobione lukrem i cukrowymi koralikami potwory... Były to najsłodsze potwory, jakie w życiu widziałam! I u nas w autobusie zrobiło się nagle groźnie... ale Agent natychmiast wzywa przez swój ukryty nadajnik policję. Policjanci przybywają zewsząd. Nadlatuje policyjny helikopter, przypływa motorówka i policjant na motorze. Prawdziwy ekstra ścigacz. Nie ma wątpliwości. Na naszych oczach rozgrywa się odwieczna walka dobra ze złem...
Wszystko staje się jakby okablowane i wielowątkowe. Trudne. Jest jak jakaś Odyseja. Kocia Odyseja... Zmienność nastrojów, agresja, różne niezrozumiałe dla otoczenia zachowania, obsesje, nadwrażliwość sensoryczna, wyalienowane światy, często wyspecjalizowana jednokierunkowo wiedza, inteligencja, nieprzeciętna pamięć sprawiają, że praca z dziećmi takimi jak Tomek jest niezwykłym doświadczeniem. Dla nas koty stały się kluczem do kontaktu, porozumienia, wdrażania terapii zajęciowej. Czasem, kiedy jest naprawdę ciężko, każde nowe zadanie, materiał, obecność innych osób budzi opór, kiedy zwyczajne argumenty obnażają swoją bezradność... Wyciągam rękę i mówię: Chodź... Opowiem ci, jak moje koty... i wszystko się uspokaja, rozjaśnia i życie staje się lepsze... i znowu sprawy dzieją się same!