Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

SZPITALIK DLA NAJBIEDNIEJSZYCH – wywiad z Krzysztofem Giemzą – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 161 – MARZEC 2016


Zdjęcie z archiwum Krzysztofa Giemzy


Z Krzysztofem Giemzą,
prezesem fundacji Zmieńmy Świat, założycielem szpitalika dla bezdomnych kotów, który działa od połowy grudnia 2015 roku, rozmawia Joanna Müller.

 Joanna Müller: Szpitalik dla bezdomnych kotów to wielkie przedsięwzięcie! Ile trwały przygotowania do jego otwarcia?
Krzysztof Giemza:
Remont i adaptacja starego pomieszczenia gospodarczego trwały cały rok. Niełatwo było nam zebrać potrzebne środki, a w dodatku wszystko robiłem sam – każdego wolnego dnia i po godzinach pracy.
Szpitalik i izolatka dla kotów były tutaj koniecznością, ponieważ o domach tymczasowych u nas w mieście można zapomnieć, a po drugie, szpitalik, gdzie wszystko mamy pod kontrolą i w zasięgu ręki, jest bezwzględnie najlepszym rozwiązaniem.

Czy w tworzeniu tego miejsca wspierał ktoś Pana poza pracownikami i wolontariuszami fundacji?
W naszej fundacji nie mamy pracowników – wszyscy jesteśmy wolontariuszami, działamy społecznie.
Wspierała nas spora rzesza osób z całej Polski. To dzięki nim, ich ofiarności, powstał szpitalik. Zrobiliśmy kilka wydarzeń na Facebooku, jedno na Siepomaga.pl, i tak powoli, sukcesywnie, w miarę napływu środków adaptowaliśmy i remontowaliśmy pomieszczenie.

Podobno przeznaczył Pan na ten cel nawet część swojego domu? Musi być Pan wielkim Kociarzem.
Tak, dla kotów, czyli na koci azyl, przeznaczyłem połowę domu. Ale mamy je praktycznie wszędzie, także
w części mieszkalnej. Są naszą pasją i miłością.
W moim życiu koty zawsze odgrywały bardzo ważną rolę i pamiętam ich obecność od dziecka. Wiele im
zawdzięczam, wiele się od nich nauczyłem. Były dla mnie wsparciem w najtrudniejszych chwilach życia.

Koty nigdy cię nie zawiodą. Są arcydziełem. Eckhart Tolle napisał: „Mieszkałem z wieloma mistrzami Zen. Wszyscy byli kotami”. Nic dodać, nic ująć.

Jak więc wygląda ten domowy, lecz profesjonalny szpitalik, i ile jest w nim pomieszczeń? Jak jest wyposażony i ile osób w nim pracuje?
Koci szpitalik to dziesięć oddzielonych od siebie boksów.
W czterech są klatki bytowe, gdzie trafiają koty dzikie albo te, które po przebytym zabiegu muszą mieć ograniczoną ruchowość. Pozostałe boksy są dla kotów, które nie boją się człowieka, czyli które prawdopodobnie miały kiedyś dom. Każdy boks jest dość obszerny. W każdym jest kuweta, legowiska, zabawki, miski z jedzeniem, drapaki. Przy zmianie pacjentów boksy są dezynfekowane wraz z całym wyposażeniem.
Szpitalik ogrzewamy piecem na drewno i brykiet.
Niestety ogrzewanie prądem jest dla nas zbyt kosztowne. Kiedyś może będzie to bardziej realne. Jedna strona jest całkowicie przeszklona, od południowej strony od wiosny do jesieni do boksów zagląda więc słońce. Pomieszczenie zostało wyciszone.
Szpitalikiem opiekujemy się we dwójkę, z moją żoną. Przychodzą też do nas wolontariusze, którzy zajmują się socjalizacją kotów, pomagają w pracach porządkowych. Koty w razie potrzeby dowożone są do współpracującej z nami lecznicy weterynaryjnej.

Do tego miejsca mogą ponoć trafiać koty z całej Polski. Które z nich mają pierwszeństwo?
Tak, przyjmiemy koty także z odległych miejsc. Jednak, jak dotychczas, największą w tym przeszkodą jest transport. Nie mamy możliwości, aby pojechać na drugi koniec Polski po zwierzę. Trzeba je do nas dostarczyć, oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu. Pewnie gdybyśmy mieli coś w rodzaju kociej karetki, co drugi dzień jechalibyśmy gdzieś. Tyle jest maili i telefonów… Ale cóż, realia są inne.

Niektóre ze zwierząt nie mają szans na opiekę u siebie na miejscu, bo albo gmina nie ma żadnego programu zapobiegania bezdomności, albo brak w pobliżu schroniska. Takie właśnie koty mają pierwszeństwo. Jednak zanim się ktoś do nas zwróci, wymagamy, aby skontaktował się z urzędem gminy, schroniskiem, lokalną organizacją prozwierzęcą. Jeżeli wszyscy odmówią, nie będą mogli udzielić pomocy, wtedy możemy pomóc my. Dodam, że każdy przypadek dokumentujemy.

Czy o pomoc mogą Was prosić także kompletne dzikusy?
Jak najbardziej. Każdego roku wiele wolnożyjących kotów przetrzymujemy m.in. po zabiegu sterylizacji, więc umiemy się z nimi obchodzić. Na przestrzeni lat przez naszą fundację przeszło z tysiąc różnych futrzaków. Niektóre z nich, choć na początku były kompletnymi dzikusami, w końcu u nas zostały. Zazwyczaj po tygodniu możemy określić, czy kot da się oswoić, czy też nie.

Ilu mniej więcej zwierzętom miesięcznie uda się tu pomóc?
Od kilku, do kilkunastu kotom. Nasz szpitalik pomieści obecnie 10 kotów (jeżeli któreś z nich będą rodzeństwem, znajdą się w jednym boksie, a tym samym zwolnią miejsce w innych). Wierzymy jednak,
że uda się kiedyś go powiększyć, na razie jednak i tak mamy dużo pracy, więc staramy się mierzyć siły na zamiary. To, co robimy, musimy też pogodzić z pracą zawodową i innymi obowiązkami.

Czy były już trudne przypadki? I w jaki sposób trafili do Was pierwsi pacjenci?
Najtrudniejszym przypadkiem od otwarcia naszego miejsca była Oliwia. Przyjechała do nas z Tuchowa, razem z bratem Kacperkiem. Zdiagnozowano u niej złamanie tylnej łapki i pęknięcie miednicy. Trafiła tu tuż przed Bożym Narodzeniem. Załatwiała się pod siebie, zupełnie nie mogła chodzić. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Oliwka biega już i szaleje jak typowy mały kociak. Kolejny kocurek, który do nas trafił także spoza Tarnowa, został znaleziony wyczerpany i odwodniony w silniku samochodu, innego zabrano z działek z podejrzeniem zatrucia toksyczną substancją.

Ale jeszcze zanim powstał szpitalik, mieliśmy już bardzo wiele trudnych przypadków. Każdy z nich to osobna niezwykła historia. Niestety wiele kotów trafiało do nas za późno i wszystko, co mogliśmy im zapewnić, to opieka, miłość, spokój i pełna miska do ostatnich dni.

Nie bał się Pan, że zapotrzebowanie może być zbyt duże, jak na możliwości fundacji? Często trzeba odmówić, choć sytuacja jest trudna…
Oczywiście, że się bałem i wciąż się boję, że nasze możliwości mogą okazać się niewystarczające. Choć trzeba czasem odmówić, to zawsze staramy się jakoś nakierunkować pomagających danemu kotu, udzielić mu przynajmniej doraźnej pomocy. Potrzeby są ogromne, bardzo wiele gmin w programach zapobiegania bezdomności nie uwzględnia tych zwierząt albo robi to w stopniu minimalnym. A wiele schronisk wręcz odmawia przyjmowania kotów. Z jakiegoś powodu te zwierzęta są dyskryminowane, jeśli chodzi o pomoc.

Szpitalik dla zwierząt to ogromne koszty. A przecież fundacja prowadzi też koci azyl. W jaki sposób gromadzicie środki na ten szczytny cel?
Działamy wyłącznie dzięki ludziom dobrej woli, czyli darowiznom osób prywatnych. Nie mamy żadnych dotacji, grantów, żadnych sponsorów. Nie finansuje nas urząd miasta ani inna instytucja. Wszystko, co robimy, jest możliwe tylko dzięki wpływom z jednego procenta i darowiznom. Także się nie reklamujemy,
bo nie mamy na to środków. A pewnie gdybyśmy je mieli, wolelibyśmy wydać te pieniądze na bezpośrednią pomoc, modernizację szpitalika lub azylu.
Zdarza się, że trudne chwile przychodzą i kilka razy w roku, kiedy zobowiązania rosną, a konto fundacji puste. Ale mimo przeciwności idziemy przed siebie. Dla kotów.

Powodzenia i dziękuję za rozmowę!