Tekst Adżelika Piechowiak
magazyn KOCIE SPRAWY, Nr 91 MAJ 2010
Andżelika Piechowiak: Niektórzy twierdzą, że posiadanie zwierzęcia to pomysł w stylu - „nie miała baba kłopotu, kupiła sobie..." - w tym przypadku kota. Czy uważasz, że czworonóg to taki straszny kłopot i ambaras?
Andrzej Niemirski: Zanim pojawiła się w moim życiu obecna kocica, miałem do czynienia z dwoma kocurami. Mieszkały w domu moich rodziców i obydwa miały na imię Gacek.
Po wyprowadzce, w czasie studiów nie miałem czasu na kota, a kiedy 25 lat temu związałem się ze swoją przyszłą żoną, zostałem przy okazji właścicielem jej psa. To było olbrzymie bydlę, nieznana wtedy w Polsce rasa - owczarek środkowoazjatycki, wielbłądziarz.
Słuchał się mnie bardzo, traktował jak swego jedynego, ukochanego pana. Kiedy urodziła się nam córka, zaczęły się problemy. Miał wtedy 12 lat. Bardzo bronił swojego miejsca jedzenia, kiedy Natalia zaczęła raczkować, warczał na nią groźnie i mogła się zdarzyć tragedia. Był tak wielki, że wystarczyłoby jedno kłapnięcie zębami, by połknął małą w całości. Musiał odejść. Tragiczne wspomnienia. Potem długo nie mieliśmy żadnego zwierzęcia. Aż tu nagle - i właśnie dochodzimy do punktu kulminacyjnego opowieści - 15 lat temu jechałem do miejscowości Radość i zobaczyłem na drodze jeża. A że jestem czuły na los zwierząt i bałem się, że ktoś może go przejechać, zatrzymałem się, wysiadłem i wtedy okazało się, że to nie jeż, tylko malutki kotek. Wyszedł z rowu, gdzie pozostało jego rodzeństwo. Niestety, im nie udało się przeżyć. Ktoś je tam wrzucił, chcąc utopić. Wziąłem to maleństwo z bardzo malutkim ogonkiem, takie tycie, tycie, i... już po chwili wiedziałem, że jest moje. Całe to było czarne, dlatego nazywaliśmy ją Sadza. Nawet ślepia ma jak węgiel.
Dzieci zupełnie zwariowały ze szczęścia. Ja zawsze
kochałem koty, moja żona też.
Sadza od początku patrzyła na was z taką samą miłością?
Oczywiście, że tak! To jest przylepa, tak zwany kot do zalizania. Powiem więcej, ona od początku znalazła we mnie wspaniałą mamkę. Przychodziła, kładła się na piersi i ssała mnie!
Znam to z autopsji, też przygarnęłam bardzo uczuciową kocią znajdę. Tylko mojemu zwyczaj ssania nie minął do tej pory...
Sadzy też nie. Oduczyłem ją tylko ugniatania pazurami, bo strasznie przy tym drapała.
Ale ślini się nadal?
No niestety...
Jak typowa samica wybrała sobie ciebie na najważniejszego domownika?
Oczywiście, ale innych też obdarza uczuciami. Czasem śpi z moją córką Natalią, potem nad ranem, kiedy syn Tomek idzie do szkoły, kręci się wokół niego, żeby coś zjeść, póżniej przychodzi do nas. Ma stały rozkład miejsc pobytu. Wiadomo, że o 13.00 jest w tym miejscu, a po 15.00 w tamtym.
Nie chcieliście sprawić jej jakiegoś towarzysza życia?
Teraz jest już wysterylizowana, ale 7 lat temu, kiedy jak co roku wyjechaliśmy na działkę na skraju Puszczy Kampinoskiej, gdzie moi teściowie spędzają czas od wiosny do jesieni, Sadza znalazła tam sobie rudego bohatera. Prowadzali się, była wielka „love", ale kiedy już zaszła w ciążę, natychmiast go straszliwie pogoniła. Zbudowaliśmy jej legowisko z kartonu, wyłożyliśmy czymś miękkim, żeby mogła urodzić w domu. Kiedy zaczął się poród, nie mogłem od niej odejść nawet na chwilę, bo od razu wyskakiwała i szła za mną z całym łożyskiem. W ciągu 6 godzin urodziła 7 kociąt, wreszcie pomyślałem, że jak od niej nie odejdę, to będą się rodzić w nieskończoność. Wszystkie były czarne: 6 kocurów i jedna kotka. Wszystkie poszły w dobre ręce i wdały się w matkę. Ona nie jest typowym dachowcem, chuda, wysoka, długie łapy, wydłużony pyszczek, jak u kotów egipskich, ma jakąś rasową domieszkę.
Czuć w niej arystokrację?
Jest taka trochę „wybierająca sobie towarzystwo", ale jednocześnie nie jest to kotka, która się na kogoś rzuca. Uwielbia, żeby ją głaskać, można to robić godzinami. Jedyna jej córka trafiła do kolegi, Wojtka Asińskiego, który nazwał ją Taxi, bo zasuwała po mieszkaniu, zabierając ze sobą wszystko po drodze. Z kolei u mojego przyjaciela, w tym samym bloku, jest jej brat, największy rozrabiaka z całego stada, nazywa się Supełek. Nawet żałowaliśmy, że nie zostawiliśmy sobie jednego kociaka, ale Sadza jest na tyle absorbująca, że wypełnia każdą lukę.
Podobno koty to egoiści, niezależne istoty, które nie tęsknią i nie tworzą więzi?
Kiedy wracamy do domu, to najpierw wita nas kot, który następnie prezentuje, jak potrafi drapać próg. Non stop mruczy z zadowolenia, a właściwie warczy jak traktor. Muszę ją na noc wyganiać z sypialni, bo lubię mieć spokój i ciszę. Z upodobaniem natomiast, kiedy tylko zdrzemnę się po południu, przychodzi, włazi mi na głowę i mruczy. Bywa męcząca, ale moja żona i ja jesteśmy zodiakalnymi tygrysami, więc jako kotowaci jakoś się z nią dogadujemy.
W końcu uratowałeś jej życie!
Raz na drodze, a drugi raz rok później. Sadza pojechała z nami do Gowidlinka, do mojego przyjaciela, męża Danusi Stenki, wyszła i znalazła się w polu rażenia wilczycy, która uwielbiała polować na koty. Wyrwałem Sadzę wprost z psiego pyska. Trzeci raz nastąpił niedawno. Sadza nagle przestała jeść. Okazało się, że zostały zaatakowane nerki. Mamy świetną, zaprzyjaźnioną panią weterynarz z Grodziska Mazowieckiego, z którą jesteśmy w stałym kontakcie. Pod jej nadzorem sami robimy kotu dializy. Chcemy ją ratować, jest przecież nierozerwalnie związana z naszą rodziną.
Nawet wśród członków rodziny zdarzają się jednak niesnaski...
Denerwuje mnie, kiedy nie daje się wygonić z kanapy czy fotela, na którym akurat chcę usiąść. Udaje, że nie wie, o co chodzi, leży rozwalona, wkurza się tylko, mruczy, warczy, podgryza, a nawet drapie. Nienawidzę też, jak poluje rano na nogi. Nie można wystawić stopy spod kołdry, bo zaczyna się atak. Ją z kolei drażni, kiedy Tomek gra na organkach i na gitarze. Nie cierpi tych dźwięków, widocznie nie jest melomanką. Chowa się wtedy w najgłębszy kąt. Źle reaguje też na konie. Uwielbiamy jeździć konno, mamy obok działki stado arabów. Sadza, niestety, strasznie na nie warczy, mruczy, a nawet piszczy, traktuje je trochę jak bardzo duże psy. Sadza to cudowna kocica, choć zrobi wszystko, żeby dostać jeść. Choćbym nie miał czasu i chęci, nie mam wyjścia, muszę jej coś zaserwować. Kiedy piszczenie i mruczenie nie pomaga, posuwa się nawet do gryzienia po łydkach.
Krzyczysz na nią czasem?
Po co? To i tak nic nie da.
A zdarza wam się prowadzić długie, nocne Polaków rozmowy?
Nie są długie, bo ona aż tyle nie pije...
Jest coś, czego jej zazdrościsz, tak jak ja swoim kotom lenistwa i długich godzin snu...
Ja też kocham spać. To największa miłość mojego życia, dlatego nienawidzę „snów przerywanych"... Również z tego powodu zostałem aktorem - słyszałem, że oni późno wstają, ale to się, niestety, w ogóle nie sprawdza. Sadza w nocy jest praktycznie niewidoczna. Czarny olbrzym, ważący 8 kilo, długi jak pantera, pół metra bez ogona, nagle znika. Można się potknąć o śpiącego kota. Jeszcze moja żona wymyśliła czarne prześcieradło, kładę się do łóżka, a tu nagle prześcieradło ożywa.
Wierzysz w lecznicze skłonności kotów?
Tak, bo kotem można się „nacierać". Kiedy Sadza leży,
ty podchodzisz, ocierasz się o nią głową i ból głowy przechodzi, przynajmniej u mnie to działa. Co prawda zostaje mnóstwo sierści na twarzy, ale wystarczy się potem szybko wytrzeć i po problemie.
Koty są inteligentne?
Pierwszy dowód - rzuć psu kawałek patyka, natychmiast pobiegnie jak szalony, a teraz rzuć to samo kotu, spojrzy na ciebie jak na wariata... Drugi dowód - jak się podaje pastylkę kotu i psu? Temu ostatniemu pakujesz ją do kawałka kiełbasy, dajesz, a on połyka, a kot?... Kiedy już wszystkie firanki są podrapane, a ty jesteś cały we krwi, rezygnujesz i dajesz mu zastrzyk.
Czy rozpieszczasz Sadzę?
Chyba nie. Natomiast moja córka robi coś, czego nie toleruję. Potrafi zjeść śniadanie z kotem z jednego talerza. Kiedy Sadza liże mnie po głowie swoim szorstkim językiem, to mówię: poszła do siebie!... Czy ja liżę ją po głowie, kiedy śpi w swoim legowisku?
Wierzysz w to, co mówi się o czarnych kotach?
Na pewno nie wierzę, że czarny kot przynosi pecha. Nam przynosi szczęście. Ja w ogóle nie jestem przesądny. Mój teść, chociaż w piątek 13. nie rusza się z domu, to czarny kot mu nie przeszkadza. Kiedy wyjeżdżamy, to zanosimy kocicę do teściów, a ona jest cała szczęśliwa, bo strasznie ją rozpieszczają.
Dlaczego ludzie nie lubią kotów?
Bo są durni, nie znają się i najprawdopodobniej nigdy nie mieli kota. Ci, którzy mieli, zawsze będą je kochać, chyba że mieli jakiegoś dziwnego, który szalał, bo był od maleńkiego źle traktowany. Pamiętasz wiersz Szymborskiej o kocie? Najpiękniejszy wiersz, jaki w ogóle powstał. „Będzie się szło na bardzo obrażonych łapach, i żadnych pisków, żadnych śmiechów, na początek". Na początek...
A za co twój kot najczęściej się obraża?
Zaczął się obrażać, jak rozpoczęliśmy dializy. Nie znosi tego. Po zabiegu chowa się i przez godzinę nie wyściubia nosa. Wychodzi, kiedy usłyszy, że otwieram lodówkę. W „13. posterunku" grałem inspektora Kota. Wszyscy policjanci to oglądali. Pół roku temu, kiedy jechałem do Poznania, zostałem zatrzymany przez policję za nieznaczne przekroczenie prędkości. Podszedł policjant, spojrzał i krzyknął do kolegi: „O, inspektor Kot, chodź zobacz, Wojtek!" Dostali jedno ze zdjęć (które moja żona nazywa drogowymi), z aktorami na tle posterunku, z dedykacją, chwilę porozmawialiśmy, a na końcu policjant objął mnie ramieniem i chcąc być miły, powiedział: „Wie pan, panie Andrzeju, a u nas na posterunku w Koninie też jest policjant Kot i taki sam debil jak Pan!".
Za czym byś najbardziej tęsknił, gdyby zabrakło Sadzy?
Po prostu za nią...
Dziękuję za rozmowę.