Tekst Adżelika Piechowiak
Magazyn KOCIE SORAWY - Nr 90 KWIECIEŃ 2010
Od trzech lat przygotowuję wywiady dla Kocich spraw. Ostatnio jednak do redakcji napływa coraz więcej pytań dotyczących moich miauczących domowników. Postanowiłam sprostać wyzwaniu i coś o nich opowiedzieć. Żeby jednak nie przedstawić kotów w zbyt różowy, bezkrytyczny i ociekający lukrem sposób, uzupełnię swoje przemyślenia o męski punkt widzenia. Mój narzeczony Michał Lesień zdecydowanie inaczej postrzega to rozpieszczone towarzystwo w postaci Fiony, Klaksona i Bazyla.
Andżelika Piechowiak: Zacznijmy od początku, gdybyś mnie nie poznał, nigdy byś się nie dowiedział, co znaczy przyjemność wynikająca z obcowania z kotem...
Michał Lesień: Można powiedzieć, że dostałem was obie w pakiecie. Fionę zobaczyłem pierwszy raz w Gdańsku, gdzie przywiozłaś ją na plan serialu „Lokatorzy". Przechadzała się dumnie po blacie hotelowej recepcji i choć nie czuła się komfortowo, o czym świadczyły lekko przykurczone łapy, to jak na rosyjską niebieską arystokrację przystało, zachowywała godność. Trzeba było złożyć głęboki ukłon i najlepiej przyklęknąć, żeby zyskać szacunek tej wysoce urodzonej damy. Pierwszy raz głaskałem wtedy rasowego kota. Nigdy wcześniej nie miałem żadnego czworonoga, a koty traktowałem obojętne.
A. P.: Chciałbyś. Do kota nie można podejść w sposób obojętny. Przyznaj się, jak większość mężczyzn myślałeś pewnie, że koty są „be". Pies słucha, a kot ma gdzieś ton samca alfa i jego chęć przewodzenia stadu. Sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Dlatego jeśli już ktoś dostaje szajby na punkcie wzruszających kocich ślepi, to musi to być ckliwa, niemądra kobietka, prawda?
M. L.: Psa nigdy nie chciałem mieć z lenistwa, przerażało mnie wstawanie o 6 rano na spacer. Koty kojarzyły mi się natomiast z piwnicznymi zwierzakami, które nie przepadają za ludzkim towarzystwem. Nie pomagał też utarty stereotyp starszej zbzikowanej pani, która biega po osiedlach i dokarmia je rybą i mięsem. Dziś wiem, że to bzdura, ale wtedy wszyscy myśleli, że taka troska to niezłe przegięcie.
A. P.: Przegięciem jest zamykanie kotom okienek piwnicznych, trucie ich, wyrzucanie kociaków do koszy na śmieci w plastikowych workach. Ja podziwiam wszystkie starsze i młodsze panie, które z takim oddaniem poświęcają swój czas i dochody dla bezdomnych zwierzaków. Sama odwiedzam jedną z nich, dowożąc jej co miesiąc worki z karmą i uważam, że jest cudownym człowiekiem. Nie tak, jak na przykład, pewien egzaminator w ośrodku zdawania prawa jazdy, o którym usłyszałam od koleżanki. W trakcie egzaminu wybiegł jej na drogę kot. Zachowała się niezwykle przytomnie, zamiast w panice skręcić kierownicą, po prostu awaryjnie zahamowała. Kotu nic się nie stało, ale egzamin oblała, bo stworzyła zagrożenie na drodze. Brawa dla pana egzaminatora! Na szczęście ty na kota reagowałeś od początku dobrze. Szczerze mówiąc, gdyby nie jej akceptacja, nie wiem, jak by to między nami wyglądało. Ufałam, że zwierzę zawsze lepiej wyczuje dobrego człowieka.
M. L.: Domyślam się, że to był test. Dlatego od razu zacząłem ją przekupywać witaminkami.
A. P.: Z Gdańskiem i Fioną wiąże się też moja ulubiona anegdota z kotem w tle. Któregoś dnia okoliczności związane ze zmianą hotelu sprawiły, iż kocica musiała pojechać ze mną na plan. Poprosiłam kierowniczkę produkcji o znalezienie jakiegoś pomieszczenia, w którym zamknięty kot odnalazłby swój upragniony święty spokój. Po chwili wprowadziła mnie do ogromnego pokoju pełnego statystów i powiedziała: - „Bardzo państwa przepraszam, ale musicie stąd wyjść, usiąść na korytarzu i tam zaczekać, bo tu jest garderoba kota aktorki!" Myślę, że kolor mojej twarzy przybrał barwę strażackiego wozu... No cóż, rodowód zobowiązuje! A człowiek musi z tym żyć. Tobie niełatwo było chyba się przyzwyczaić. To kolosalna zmiana budzić się codziennie z włochatym ryjem nad głową i nie mówię tu o sobie, żeby była jasność...
M. L.: Z ryjem, który dodatkowo miauczy nad uchem, ma humory i non stop przynosi piłeczkę do aportowania. Jednak powoli oswajaliśmy się ze sobą. Jedno mnie tylko wkurzało, im my byliśmy bliżej, tym kot też pragnął być bliżej nas.
A. P.: Przyszedł moment, kiedy koty stały się również dla ciebie towarem pierwszej potrzeby. W końcu, nie wytykając palcami, kto wpadł na pomysł drugiego?
M. L.: Impuls na pewno wyszedł od ciebie. Pamiętam, jak uparłaś się na czarną koteczkę, o której marzysz do dziś, ale rozsądek powstrzymuje cię przed czwartym kotem.
Ja pomyślałem, że warto by przywrócić równowagę sił i mieć jakiegoś kociego kumpla dla siebie. Pojechaliśmy do rodziny mojego kolegi z teatru. Były u nich roczne koty znalezione na działkach, każdy inny, a wśród nich mała czarna koteczka, która jakoś niezbyt chciała z tobą wracać do domu, i Bazyl, beżowy, włochaty, niebieskooki, przypominający syberyjskiego kocur, który przywitał nas z ziemniakiem w zębach. Do tej pory to jego ulubiona zabawka, nawet najdroższa piłeczka nie jest tak interesująca. To jego, z całej gromadki, gospodarze chcieli sobie zatrzymać. Tymczasem kot sam „zapakował się" do naszego transportera i tym samym dokonał jedynie słusznego wyboru.
A. P.: Później dał się poznać jako niepoprawny pieszczoch i amator ciętych kwiatów. Wszystkie przycina na wysokości krawędzi wazonu i przynosi na moją poduszkę. Dżentelmen w pełnej krasie. Lubi też przeglądać się w lustrze i w ogóle kocha cały świat. Niby to sympatyczne, że reaguje na każdego z taką miłością, choć z drugiej strony człowiek, jako właściciel, chciałby czuć się bardziej wyróżniony.
M. L.: Mimo tylu zalet, Fiona jakoś na początku nie zapałała do niego wielką miłością. Sycząc, warcząc i pozostawiając kałuże śliny, obrażona uciekła do garderoby i zabarykadowała się na tam na dwa tygodnie. W końcu jednak zeszła na dół, wyczyściła jego komplet misek do czysta, następnie pozostawiła w jego kuwecie efekt błyskawicznego trawienia i rozpoczęła proces swojej dominacji. On od razu się podporządkował.
A. P.: I jak już osiągnęliśmy taką piękną równowagę, choć nie ukrywam, że po głowie ciągle chodziła mi jakaś czarna koteczka (widocznie mam zadatki na wiedźmę i brakuje mi atrybutu), pojechaliśmy na Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach i wróciliśmy z nadbagażem. Po spektaklu „Mężczyźni na skraju załamania nerwowego" ty faktycznie przeszedłeś lekkie załamanie, kiedy na obskurnym podwórku za hotelem w środku nocy kazałam ci szukać jakiegoś miauczącego przeraźliwie kotka, sama będąc bliska wczołgania się do piwnicy.
M. L.: A delikwent, który na chwilę akurat zamilkł, niemiłosiernie brudny i głodny, wielkości pięści, siedział na parapecie kuchennego okna - oficyny. Wiedziałem, że natychmiast zechcesz go adoptować. Jesteś w stanie zahamować na środku drogi, kiedy zobaczysz, że biegnie gdzieś w oddali koteczek i od razu krzyczysz, żebyśmy go brali. Kot, który siedzi na swoim podwórku, też się nadaje, bo skoro tak sam siedzi, pewnie jest opuszczony. W tym jednak przypadku nawet ja wiedziałem, że nie mamy dużego wyboru. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do naszej czynnej całą dobę kliniki i usłyszałem od weterynarza - nie lubię tego mówić, ale albo go państwo wezmą, albo zdechnie. Byłem przerażony, jesteśmy na festiwalu, noc, hotel, żadnego czynnego sklepu. Co tu z nim zrobić?
A. P.: Poszłam do jedynego miejsca, gdzie o tej godzinie można było dostać mleko - do nocnej dyskoteki. Barman popatrzył zdziwiony, ale nie zadawał pytań. Wszyscy zamawiali drinki, a ja poprosiłam o podgrzane mleczko...
M. L.: Hotel został postawiony na nogi. Pani sprzątająca pokoje przyniosła stare ręczniki i pudełko, do którego wsypaliśmy piasek z plaży, tworząc tymczasową kuwetę. Mały cały czas darł paszczę wniebogłosy, dlatego od razu dostał ksywę Klakson. Cwaniak chcąc zyskać nasze względy, nauczył się korzystać z kuwety w ciągu jednej nocy, choć wcześniej zasikał cały pokój.
A. P.: Ale okazało się, że dobre uczynki popłacają. Kiedy my, nie chcąc zostawić tej małej niedojdy zupełnie samej, siedzieliśmy z nim w pokoju, jakaś sprytna szajka obrobiła wszystkie pozostałe pokoje na naszym i sąsiednim piętrze. Jak pomyślę, ile bylibyśmy „w plecy"... Mimo takich kocich zasług (choć nieświadomych), ty cały czas powtarzałeś, że zawieziemy go do Warszawy, wyleczymy ze wszystkich świerzbów i innych ustrojów i znajdziemy dobry dom.
M. L.: Nie mieliśmy trzeciego kota w planach. Choć każdy, kto zobaczyłby, jak szukasz dla niego nowego domu, zorientowałby się natychmiast, że kot zostanie z nami do końca życia. Bazyl od razu się w nim zakochał. Fiona kolejny raz zamieniła się w bestię, ale okazało się, że Klakson, choć połowę od niej mniejszy, ma charakterek po zbóju. Nie daje sobą pomiatać, też umie na nią syknąć i stanąć w pozycji boksera na tylnych łapach.
A. P.: Bo to chłopak znad morza. Sama jestem ze Świnoujścia, to wiem co mówię. Dlatego rozumiemy się bez słów.
M. L.: Ja przez moment też byłem z małym na wojennej ścieżce. On od początku uwielbiał wdrapywać się na łóżko (choć ledwo sięgał do jego krawędzi) i wścibiać się pod pachę, by z potężnym ślinotokiem ugniatać nas łapami, jakby ssał mleko. Któregoś ranka wstałem, on wskoczył na łóżko, popatrzył na ciebie śpiącą i chamsko nalał na moją poduszkę. To był jakiś gigantyczny strumień, zobaczyłem twoje przerażenie, wielką kałużę i ogromne ślepia pełne zdziwienia, kiedy oboje zaczęliśmy krzyczeć. Pół łóżka wylądowało w kubłach na śmieci, trzy dni wietrzyliśmy i odkażaliśmy sypialnię. Wtedy chciałem go zamienić na dywanik łazienkowy.
A. P.: Bazyl też się tak popisywał. Właził do każdej dużej donicy, w której się mieścił, i robił swoje. Kiedyś go przyuważyliśmy. Wpadał już w błogi nastrój, pysk rozanielony, oczy zamknięte... Podbiegłeś, żeby go stamtąd wyciągnąć, podniosłeś w górę, a on nawet nie przerwał na chwilę swojej czynności.
M. L.: Nie wiedziałem, co zrobić, biec do kuwety i zalać całą podłogę, czy trzymać go i czekać, aż skończy. Wygrała druga opcja, a ten głąb jeszcze w trakcie mruczał i prawie zasnął. Trzeba było postawić zasieki w doniczkach, twoja zasługa, że wymyśliłaś kamienie, zamiast drutu kolczastego.
A. P.: Kamyczki go już tak nie kręcą, jak świeża pulchna ziemia. Ale poza małymi wpadkami, bywają urocze.
M. L.: Szczególnie, kiedy witają się rano. Bazyl ma w głowie jakiś zegar, mimo że nastawiam budzik każdego dnia na inną godzinę, on pięć minut przed sygnałem już jest na łóżku. Kładzie się, mruczy, czasem przytyka nos do nosa, nie sposób się wtedy nie obudzić, szczególnie kiedy chłopaczyna ziewnie. Trzeba go wygłaskać, zanim pojawi się mały z podobnymi życzeniami, a na końcu Fiona wstanie ze swojego stałego miejsca w rogu łóżka obok twoich nóg, przebiegnie nam po głowach i zaznaczy, że jest. Potem jest sprint na dół do kuchni, na śniadanie i to niecierpliwe poganiające mnie miauczenie na trzy głosy.
A. P.: I wtedy wstaje wkurzona pańcia, bo ktoś ją obudził w środku nocy i już nie jest tak fajnie... Ale nudziłoby nam się bez nich, prawda?
M. L.: Są jak przyjaciele. Językiem ciała można z nimi prowadzić całe dyskusje. Trudno stwierdzić, ile rozumieją, ale sygnały, które im przekazujemy, nie trafiają w pustkę. Może ludzi o słabych nerwach i charakterach wdeptałyby w ziemię, ale my się jeszcze nie dajemy, choć ciągle sprawdzają nasze granice wytrzymałości.
A. P.: Pewnie kiedyś czeka nas ta atrakcja, moja miłość do zwierząt rozprzestrzeniona jest na wszystkie czworonogi.
M. L.: To może żółw?
A. P.: Też fajnie, ale pozostanę przy dobermanie. Jest jeszcze jedna rzecz, co do której się nie zgadzamy.
Ja posądzam nasze koty o wszelkie lecznicze, magiczne i metafizyczne właściwości.
M. L.: Myślę, że to kwestia wyczulonych zmysłów plus intuicja i wrażliwość na zmiany pola elektrycznego. Raczej żadna ciemna strona mocy nie wchodzi tu w grę. Na pewno jednak poprawiają samopoczucie.
A. P.: Jak już się strasznie pokłócimy i żadne nie zamierza odezwać się pierwsze, to koty naprawiają sytuację, zrobią coś głupiego albo zasną w dziwacznej pozycji. Człowiek zaczyna się śmiać, rzuca jakiś komentarz i wszystko wraca do normy. Kiedy mam zły dzień, są jakoś bardziej cierpliwe, łagodne, wytrzymują więcej „wyciskanych" buziaczków. Najbardziej kocham ten ich spokój. Czasem widzę, jak się ze mnie śmieją, kiedy biegam po domu, coś krzyczę, wszystkim rzucam. One w swoim świecie mają pełną harmonię duszy i ciała.
M. L.: Każdy z nich powinien nosić przydomek „roshi", nauczyciela i mistrza zen. Codziennie udzielają lekcji, jak zapaść w medytację na długie godziny. W „Alicji w krainie czarów" jest kot z Cheshire, który znika, pozostawiając po sobie tylko uśmiech, czyli to, co najważniejsze. Dla mnie to symbol tego, co pozostanie po każdym z nich. Kiedy zwierzę odchodzi, w tej całej pustce można jedynie odnaleźć ciepły uśmiech w sercu, przywołując wspólne wspomnienia. Ostatnio też coraz częściej przypomina mi się jedno z banalnych hasełek umieszczanych na magnesach do lodówki: „Tam dom twój, gdzie kot twój". Coś w tym jest...
A. P.: Ja popieram Victora Hugo: „Bóg stworzył kota po to, żeby człowiek mógł głaskać tygrysa".
M. L.: Bazylowi daleko do dzikiej bestii, ale na głaskanie jest zawsze chętny. Właśnie przylazł, więc nie żałuj sobie!
Powrót do: Czytelnia
Wywiady z opiekunami kotów
- artykuły z
KOCICH SPRAW
Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak
rozmowa z Jarosławem Gugałą […]