Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

JAK SPROSTAĆ ŻYCIU – cała rozmowa z Agnieszką Kowalską

KOCIE SPRAWY NR 187 MAJ 2018

O pewnym kocim królu, o prowadzeniu fundacji i ratowaniu zwierząt Dorocie Nowak-Baranowskiej opowiada Agnieszka Kowalska, malarka, poetka, żona śp. aktora Maćka Kozłowskiego, którego imieniem nazwała swoją fundację „Pan i Pani Pies”.

 Dorota Nowak-Baranowska: Skąd zrodził się pomysł na założenie fundacji prozwierzęcej? Nie jest to zazwyczaj inicjatywa, która pojawia się z dnia na dzień.
Agnieszka Kowalska:
Założyłam fundację, bo nie miałam innego wyjścia. Kupiliśmy z Maćkiem dom pod Szydłowcem i po roku mieliśmy już siedem psów... Pierwszy pojawił się w dniu, kiedy przyjechaliśmy obejrzeć miejsce. Po naszej drodze chodziła mała suczka z zaciśniętym na szyi wnykiem... Zamiast rozmowy o cenie domu była więc wizyta u weterynarza, który pod znieczuleniem usunął druty. Zamiast podziwiać przyrodę, obdzwoniliśmy całą Warszawę w poszukiwaniu chętnych do adopcji. Zamiast zostać na weekend, wracaliśmy w nocy, żeby ją zawieźć dobrym ludziom. Suczka jest u nich do dzisiaj i nawet zagrała w serialu... Tak to się zaczęło. W warszawskim mieszkaniu przebywał dodatkowo kot Bibas, a w stajni na wsi dwa konie.
A potem zostałam sama ze wszystkimi zwierzętami i kolejką następnych do uratowania... Nic nie wskazywało na to, że to się kiedykolwiek uspokoi.. Fundacja była więc konieczna, jeśli miałam dalej działać na taką skalę.

Na stronie pani fundacji jest napisane, że razem z mężem Maciejem Kozłowskim ocaliliście przed bezdomnością kilkadziesiąt zwierząt, głównie psów. Jak udawało się to technicznie i logistycznie, zanim powstała fundacja?
Maciek miał mnóstwo znajomych, tych prawdziwych, nie internetowych, w co dzisiaj trudno uwierzyć. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do niego do Warszawy, zabrał mnie na jakąś gwarną imprezę i powiedział: przedstawię ci teraz moich znajomych, a mam ich około dwóch tysięcy... Żartował, ale nie do końca. Znajomości bardzo się przydawały, kiedy szukał miejsca dla uratowanych psów. Brał telefon i przelatywał po spisie numerów, aż trafił na właściwą osobę. To były dawne czasy, bardziej „w realu”.
Teraz, przy takiej liczbie adopcji, jaką osiągnęliśmy w fundacji, czyli ponad pięćset zwierzaków przez trzy lata działalności, nie wyobrażam sobie działania bez internetu. Ale także pamięć o Maćku nieustannie przyciąga zainteresowanych adopcją.

 Jestem ciekawa, jak wygląda pani codzienność, taki „jeden dzień z życia fundacji”. Wstaje pani rano i…?
Wstaję, wstaję, życie mnie do tego zmusiło. Całe lata udawało mi się nie wstawać, aż tu nagle takie zmiany na starość... Do dzieci tak nie wstawałam, jak do tych zwierząt. Ale wcześnie chodzę spać. Jedni chodzą z kurami, inni z psami. U mnie tych ostatnich jest dziewięć. Moja codzienność to telefony – od świtu do nocy. Żeby wszystkie wykonać, muszę selekcjonować je na najważniejsze, te, które mogą poczekać i te, które można sobie podarować. Tracą na tym przyjaciele, znajomi, rodzina. Najgorzej jest dla mnie w urodziny albo święta, bo wtedy dzwonią jeszcze osoby z życzeniami. A po całym dniu trajkotania na temat warunków adopcji, kosztów transportu, postępowania z nowym zwierzakiem, szukania hotelu, pertraktowania w sprawie pomocy finansowej albo terminu zabiegów weterynaryjnych mam ochotę zatkać uszy i obejrzeć głupią komedię w telewizji. Czas spędzony w stajni albo na spacerze ze zwierzętami byłby błogosławieństwem, ale niestety i te czynności wykonuję ze słuchawką w uchu.
Mój dzień zaczynam od podłączenia się do słuchawki. Ze słuchawką idę po drzewo, rozpalam w kominku, wypuszczam konie na wybieg, idę z psami na długi spacer. Rysuję z nią i sprzątam, noszę wiadra z wodą dla koni, zamiatam stajnię. Jest do obgadania 50 wątków – każdy z nich ma cztery łapy i imię, które się nie może powtórzyć, każdy jest ogłoszony na kilku portalach i w każdym ogłoszeniu jest podany mój telefon. Zwierzęta są w hotelach w całej Polsce, ale głównie na Śląsku, w Krakowie i Lublinie. Tu na miejscu pod Szydłowcem, niedaleko mnie, jest hotel, gdzie trafiają te świeżo uratowane. Musi je przebadać weterynarz, poznajemy ich charakter, potrzeby, ograniczenia, i w zależności od tego kwalifikujemy do właściwego miejsca pobytu. Trzeba je wszystkie obfotografować, zapewnić szczepienia, czasem inne zabiegi. To wszystko moje zadanie. Osobny wątek to sprawy sądowe, interwencyjne – gromadzenie dowodów, zarzutów, adwokaci, urzędy, pisma sądowe, wizyty w gminie... A wieczorem zamiast tej wymarzonej komedii w telewizji – maile, wiadomości, faktury... Jesteśmy do wszystkiego we dwie, czasem jest nas pięć. Niewiele, jak na takie imperium zwierzęcej niedoli.

Wiem, że w fundacji ma pani konie i psy. A czy koty także? Jaką rolę odgrywały i odgrywają one w pani życiu?
W moim życiu najważniejszy był jeden kot, który wystarczał za całą armię innych kotów, a mowa o Bibasie – kocie Maćka. Bibas był półdzikim, gigantycznym, rozpieszczonym i nieznającym kompromisu kocim królem. Tylko Maciek mógł go brać na ręce, a każda wyprawa do weterynarza wymagała posiadania rękawic bokserskich i hełmu.
Bibas nie dawał za wygraną nigdy i nigdzie. Wchodził do łóżka, ale nie daj Boże, gdyby ktoś we śnie sprzedał mu kuksańca. Ryzyko utraty palca było poważne. Maciek bywał pogryziony, podrapany i ranny, ale Bibas niewątpliwie go kochał, bo Maciek mu uratował życie. Zabrał półżywe kociątko wyrzucone do śmieci i nie wiedział, jakiego trolla wpuścił do domu... (śmiech) Inna rzecz, że nigdy niczego od kota nie wymagał.

Proszę opowiedzieć nam historię z życia fundacji z kotem w roli głównej.
Będzie to historia mrożąca krew w żyłach. Mnóstwo osób zainteresowanych adopcją psa pyta o jego stosunek do kotów. Nie zawsze jesteśmy w stanie to sprawdzić, ale pamiętam przypadek, kiedy jednogłośnie ostrzegaliśmy przed posiadaniem kota rodzinę pragnącą przygarnąć owczarkę Jumę. W wyniku nieporozumienia Juma pojechała ponad 200 km do domu... z kotem. Polowanie na kota trwało kilka miesięcy, łącznie ze skokiem z bardzo wysokiego tarasu na piętrze w wykonaniu najpierw kota (który spadł na cztery łapy), a potem psa chcącego go dorwać – pies już tak zgrabnie nie wylądował i skręcił nogę. Kot zdążył się schować. Mimo wielu przeszkód nie zrezygnowano z prób pogodzenia zwierząt i o dziwo… udało się! Miłość czyni cuda, a w tym wypadku była to miłość opiekunów do obydwu zwierząt. Jak widać, wszystko jest możliwe, jeśli się bardzo tego pragnie.

Jest pani malarką, portrecistką. Czy na swoich obrazach uwiecznia pani również zwierzęta?
Jak najbardziej. To mój ulubiony temat. Maluję koty, psy, konie, byki i krowy, ptaki, jaszczurki, ważki i węże. Ostatnio tworzę sporo portretów psów i koni. To wdzięczny temat, wdzięczniejszy czasem niż człowiek. Moja sztuka przekłada się na mój stosunek do świata – zdecydowanie wolę zwierzęta niż ludzi.

Czy przed założeniem fundacji angażowała się pani też w inicjatywy na rzecz ratowania zwierząt?
Tak, zdobywałam doświadczenie jako wolontariusz i to było doświadczenie bezcenne. Bez niego w ogóle nie wiedziałabym, jak się za to wszystko zabrać. Co nie znaczy, że wystarczająco się przygotowałam. Do dzisiaj płacę za swoje błędy, naiwność, brak asertywności. Oczywiście nie w stosunku do zwierząt, lecz – jak zawsze – w relacjach z ludźmi.

Wspomniała pani, że Bibas był ważną częścią państwa życia. Mogłaby pani nam o tym opowiedzieć?
Bibas to kot-historia, koci rozbójnik. Był z nami do chwili, kiedy – w jego ocenie – liczba psów w domu przekroczyła granicę dobrego smaku. Początkowo miałam tylko moją przepoczciwą, starszą sunię – Miętę, którą ten okrutnik non-stop straszył, dosiadał i drapał. Mięta znosiła to wszystko z anielską cierpliwością. Ale przyszedł kres panowania Bibasa. Pojawiła się duża, wyżłowata Fedra, potem Morus, Piker i kolejne zwierzęta zabrane „na chwilę”. Obrażony Bibas wyjechał do Krakowa do mojej mamy. Mieszkał u niej jeszcze długo po śmierci Maćka, dożył 19 lat. Zawsze kiedy byliśmy w Krakowie, Bibas kładł się obok swojego pana i spał w jego objęciach. Ale moją mamę też bardzo kochał. Kochał i terroryzował.

Jakie są pani plany na najbliższą przyszłość?
Mam ten komfort, że już niczego nie muszę planować. Maćka ulubione powiedzenie, że „życiu należy sprostać” oznacza, że nie ma co planować, „trzeba ogarniać rzeczywistość i nadążać za nią”. Istotą działalności dobroczynnej jest brak planowania. Codziennie może zadzwonić telefon w sprawie kolejnej adopcji, kolejnego porzuconego czworonoga. I faktycznie, dzwoni codziennie... Jednym z moich marzeń jest Polska bez łańcuchów, kociąt i szczeniaków wyrzucanych do lasu w kartonach. Polska bez hyclowskich „schronisk”, gdzie zarabia się krocie na zwierzęcej bezdomności. Wbrew pozorom to jest najgorsze. Nie wiem, dlaczego w państwie tak obecnie uczulonym na korupcję nikt się jeszcze nie zabrał za ten proceder. Tak więc planów nie mam, ale marzenia tak. Marzę o jednym dniu bez kociego i psiego dramatu. Na razie to niestety nieziszczalne.

Życzę więc pani, oraz KOCIM SPRAWOM, aby przynajmniej to ostatnie pragnienie kiedyś się spełniło.
Dziękuję za rozmowę!


Powrót do: Czytelnia


 Wywiady z opiekunami kotów 
- artykuły z
KOCICH SPRAW




Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak, Joanna Müller

KS 4(35)2005 – rozmowa z Korą Jackowską

   PRZYCHODZI LEW DO CZŁOWIEKA
rozmowa z Korą Jackowską […]

PAN Z ŁASICZKĄ – wywiad z Danielem Bloomem

    Rozmowa z Danielem Bloomem  […]