Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

JAK SPROSTAĆ ŻYCIU – rozmowa z Agnieszką Kowalską

O pewnym kocim królu, o prowadzeniu fundacji i ratowaniu zwierząt Dorocie Nowak-Baranowskiej opowiada Agnieszka Kowalska, malarka, poetka, żona śp. aktora Maćka Kozłowskiego, którego imieniem nazwała swoją fundację „Pan i Pani Pies”.

 Dorota Nowak-Baranowska: Skąd zrodził się pomysł na założenie fundacji prozwierzęcej? Nie jest to zazwyczaj inicjatywa, która pojawia się z dnia na dzień.
Agnieszka Kowalska:
Założyłam fundację, bo nie miałam innego wyjścia. Kupiliśmy z Maćkiem dom pod Szydłowcem i po roku mieliśmy już siedem psów... Pierwszy pojawił się w dniu, kiedy przyjechaliśmy obejrzeć miejsce. Po naszej drodze chodziła mała suczka z zaciśniętym na szyi wnykiem... Zamiast rozmowy o cenie domu była więc wizyta u weterynarza, który pod znieczuleniem usunął druty. Zamiast podziwiać przyrodę, obdzwoniliśmy całą Warszawę w poszukiwaniu chętnych do adopcji. Zamiast zostać na weekend, wracaliśmy w nocy, żeby ją zawieźć dobrym ludziom. Suczka jest u nich do dzisiaj i nawet zagrała w serialu... Tak to się zaczęło. W warszawskim mieszkaniu przebywał dodatkowo kot Bibas, a w stajni na wsi dwa konie.
A potem zostałam sama ze wszystkimi zwierzętami i kolejką następnych do uratowania... Nic nie wskazywało na to, że to się kiedykolwiek uspokoi.. Fundacja była więc konieczna, jeśli miałam dalej działać na taką skalę.

Na stronie pani fundacji jest napisane, że razem z mężem Maciejem Kozłowskim ocaliliście przed bezdomnością kilkadziesiąt zwierząt, głównie psów. Jak udawało się to technicznie i logistycznie, zanim powstała fundacja?
Maciek miał mnóstwo znajomych, tych prawdziwych, nie internetowych, w co dzisiaj trudno uwierzyć. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do niego do Warszawy, zabrał mnie na jakąś gwarną imprezę i powiedział: przedstawię ci teraz moich znajomych, a mam ich około dwóch tysięcy... Żartował, ale nie do końca. Znajomości bardzo się przydawały, kiedy szukał miejsca dla uratowanych psów. Brał telefon i przelatywał po spisie numerów, aż trafił na właściwą osobę. To były dawne czasy, bardziej „w realu”.
Teraz, przy takiej liczbie adopcji, jaką osiągnęliśmy w fundacji, czyli ponad pięćset zwierzaków przez trzy lata działalności, nie wyobrażam sobie działania bez internetu. Ale także pamięć o Maćku nieustannie przyciąga zainteresowanych adopcją.

Jestem ciekawa, jak wygląda pani codzienność, taki „jeden dzień z życia fundacji”. Wstaje pani rano i…?
Wstaję, wstaję, życie mnie do tego zmusiło. Całe lata udawało mi się nie wstawać, aż tu nagle takie zmiany na starość... Do dzieci tak nie wstawałam, jak do tych zwierząt. Ale wcześnie chodzę spać. Jedni chodzą z kurami, inni z psami. U mnie tych ostatnich jest dziewięć. Moja codzienność to telefony – od świtu do nocy. Żeby wszystkie wykonać, muszę selekcjonować je na najważniejsze, te, które mogą poczekać i te, które można sobie podarować. Tracą na tym przyjaciele, znajomi, rodzina. Najgorzej jest dla mnie w urodziny albo święta, bo wtedy dzwonią jeszcze osoby z życzeniami. A po całym dniu trajkotania na temat warunków adopcji, kosztów transportu, postępowania z nowym zwierzakiem, szukania hotelu, pertraktowania w sprawie pomocy finansowej albo terminu zabiegów weterynaryjnych mam ochotę zatkać uszy i obejrzeć głupią komedię w telewizji. Czas spędzony w stajni albo na spacerze ze zwierzętami byłby błogosławieństwem, ale niestety i te czynności wykonuję ze słuchawką w uchu.


Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY NR 187
MAJ 2018

Powrót do: Czytelnia


 Wywiady z opiekunami kotów 
- artykuły z
KOCICH SPRAW




Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak, Joanna Müller

KOT NA PLAKACIE – wywiad z Ryszardem Kają

  Rozmowa z Ryszardem Kają […]

KOCIE OKO – WYWIAD Z RED LIPSTICK MONSTER – Ewą Grzelakowską-Kostoglu

   Wywiad z Red Lipstick Monster - Ewą Grzelakowską-Kostoglu […]