Tekst Adżelika Piechowiak
Andżelika Piechowiak: Wielu właścicieli kotów z lekkim wstydem i ubolewaniem przyznaje, że odkąd w ich domu pojawił się miauczący czworonóg ich życie kręci się wokół jego potrzeb i humorów. Pan odnosi podobne.
wrażenie?
Maciej Damięcki: Wisława Szymborska doskonale ujęła ten problem pisząc piękny wiersz o tym, czego nie robi się kotu. Kiedyś nienawidziłem tego zwierzęcia ze względu na alergię. Byłem tak mocno uczulony, że
wystarczyło, żeby kot przeszedł po parapecie z drugiej strony okna, a mnie już, zanim jeszcze zdążyłem go
zauważyć, atakował katar i chrypka. Gardło puchło, nie mogłem mówić, a nos przypominał kran. Trzeba było
trafu, że poznałem moją przyszłą żonę, która zawsze była ogromną kociarą.
I pojawił się nie lada problem, bo jak tu pogodzić te dwie miłości?
Koledzy zakładali się kto u niej wygra - kot, czy ja? Filip, dachowiec z przetrąconą łapą był wspaniały, więc
stanowił poważną konkurencję. Kiedy razem zamieszkaliśmy było ciężko. Wieczorami mówiło się
kotu - idź do drugiego pokoju, i on grzecznie stosował się do próśb. Potem od jednego z naszych przyjaciół
z naprzeciwka, ciągle podróżującego, wynajęliśmy mieszkanie - dla kota. Filip pogodził się z sytuacją,
wystarczyło mu wszystko wytłumaczyć, żeby zrozumiał, że tak musi być. Kiedy wychodziłem do pracy, Aśka siedziała z kotem. Kiedy doszło do tego, że mieliśmy się pobrać, nie było wyjścia. Ja wygrałem, kot przegrał, za co szczerze kota przepraszam.
Można by rzec - siła wyższa...
Baśka, mama mojej żony, zawsze mawiała, że ta moja alergia, to coś dziwnego i niezrozumiałego dla niej. Kiedy żona przekonywała ją, że na widok kota lecą mi łzy, ona powtarzała: „Przecież to aktor, może udawać". „Ale mamo, on puchnie!"- dodawała Aśka. „Bo to dobry aktor"- słyszała w odpowiedzi. Tak, czy siak, kot został oddany w dobre ręce, a myśmy się pobrali. Potem urodził się Mateusz i Matylda, a ja wyjechałem do Stanów. Kiedy w Polsce nie było pracy, zarabiało się jeżdżąc na tzw. „kontraktorkę" do Ameryki, czyli żeby budować domy. Przez dwa tygodnie, na początku
pobytu, musiałem zatrzymać się w mieszkaniu gdzie był kot. Pomyślałem - tragedia, tymczasem stało się coś zaskakującego. Może to sprawa odległości, przebycia Atlantyku, innego klimatu, ale nagle moja alergia znikła i kot przestał mi przeszkadzać. Pytałem później lekarzy, czy to w ogóle możliwe, powiedzieli: „Raczej nie, ale czasami się zdarza".
Żona musiała być wniebowzięta!
Zadzwoniłem do niej i mówię: „Alergia mi przeszła, bierz kota". Usłyszałem w odpowiedzi: „Jak wytrzeźwiejesz, to zadzwoń jeszcze raz". Zadzwoniłem drugi raz i mówię: „Bierz kota!" „Jeszcze nie wytrzeźwiałeś?" - zapytała zirytowana. Uwierzyła dopiero za trzecim razem. „Dobrze - powiedziała w końcu - biorę kota, ale jak znowu będziesz miał katar, to ciebie oddam w dobre ręce, a nie jego!"
I po powrocie do Polski zastał Pan dodatkowego domownika?
Oczywiście - miał na imię Budyń. Ten, z którym miałem do czynienia w Stanach, nazywał się Kisiel, więc żona wymyśliła naszemu podobną ksywę. Mimo, że nie było mnie pół roku w domu, rodzina zamiast ucieszyć się z mojego powrotu, bardziej martwiła się jak zareaguję na kota, zacznę płakać, kichać, czy może puchnąć. Tymczasem nic takiego się nie stało, a kot był fantastyczny, wspaniały i oczywiście najmądrzejszy na świecie. Aśka nauczyła go różnych sztuczek, umiał na przykład, podawać łapę, reagował też na hasło - kładź się. Rozumiał absolutnie wszystko, co się do niego mówi, choć nie zawsze chciał się do tego stosować. Potem w domu pojawił się pies i Budyń zaczął go wychowywać. Z czasem stali się najlepszymi kumplami. Cudownie się razem bawili, szczególnie w chowanego. Kot uciekał, a pies go gonił, kiedy kotu zaczynało się nudzić, wskakiwał gdzieś wyżej, albo chował się za płaszczami, wtedy zestresowany pies tracił orientację, co się stało z kotem? Budyń po chwili zirytowany jego niezaradnością, postanawiał nieco podgrzać atmosferę i nauczyć gnojka rozumu. Czekał, aż pies podchodził bliżej i szybkim ruchem łapy walił go po głowie, po czym szybko chował się z powrotem. Zabawa była przednia. Pies notorycznie chodził za kotem „w tramwaju", czyli z nosem w jego zadku we wszystkim go naśladował. Kiedy kot ostrzył pazury na nogach wielkiego drewnianego stołu, (tam mógł to robić, innych mebli nie ruszał), pies za wszelką cenę chciał robić to samo, chociaż nie bardzo wiedział jak. Wspinał się na te swoje krótkie nóżki, zjeżdżał oczywiście na mordę na podłogę, ale był szczęśliwy i szedł za kotem dalej. Kochali się strasznie. Kiedyś kot wyfrunął za gołębiem z balkonu. Mieszkaliśmy wtedy na trzecim piętrze. Matylda była sama w domu. Kiedy nie mogła znaleźć kota, zdzwoniła do Aśki z płaczem - „Mamo, nie ma kota!". „Może drzwi od balkonu było otwarte?"- zapytała żona. „Były". „To zobacz na dole, czy go nie ma". Matylda wróciła i stwierdziła - „Ciała nie ma..." Żona natychmiast przyjechała. Po chwili znalazły go całego połamanego, bo upadając zaczepił jeszcze o barierkę. Lekarz powiedział, że tego się nie operuje u kotów i albo trzeba go uśpić, albo samo się zrośnie. Przez jakiś czas kot potwornie cierpiał, siedział, telepał się, a pies był cały czas obok. Wylizywał go, jak to tylko koty wzajemnie potrafią. Właściwie to on najbardziej pomógł wrócić Budyniowido dawnej formy.
Jak długo mogli Państwo cieszyć się obecnością Budynia?
Był z nami prawie 18 lat.
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 95 i 96 wrzesień i październik 2010
Powrót do: Czytelnia
Wywiady z opiekunami kotów
- artykuły z
KOCICH SPRAW
Ze znanymi kociarzami rozmawiały:
Andżelika Piechowiak, Barbara Kubicka, Magdalena Bielicka, Katarzyna Pielak
Rozmowa z Romanem Czejarkiem […]