Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

ZJAWY Z LA RECOLETA - cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 132 – Październik 2013

Tekst i zdjęcia: Ania Dąbrowska

Buenos Aires to Paryż południa. Na niektórych uliczkach można się nawet poczuć jak w Europie. Jednak w przeciwieństwie do starych europejskich miast, Baires – bo tak na swoją stolicę mówią jej mieszkańcy – to metropolia zbudowana z architektonicznym rozmachem. Szerokimi ulicami pędzą sznury samochodów, na chodnikach stragany z pamiątkami, a ludzie wynurzają się tłumnie z podziemi metra i rozchodzą we wszystkie strony. Nawet na najsłynniejszym cmentarzu Buenos Aires, La Recoleta, nie ma spokoju.

Po ponad trzynastu godzinach lotu z australijskiego Sydney, nasz samolot miękko siada na pasie do lądowania. Po raz drugi jest dla nas dwudziesty pierwszy marca wieczorem. Niestety nie oznacza to, że czas się zatrzymał. Do miasta oddalonego od lotniska o ponad trzydzieści kilometrów jedziemy taksówką. Za oknami samochodu ukazuje się dość nieprzyjemny miejski nocny krajobraz – wielkie, ponure bloki, jak z koszmarnego snu o betonowych osiedlach świata.
Na szczęście mieszkanie naszej gospodyni Claudii usytuowane jest w miłej, zielonej okolicy.
U progu wita nas pani domu i niemłody już golden retriver o imieniu Nacho. Jesteśmy w Argentynie!
W Baires znajduje się wiele miejsc, które chcę odwiedzić.
O tej podróży marzyłam przez prawie dziesięć lat, zainspirowana postacią Evy Peron, argentyńskiej pierwszej damy, znanej z działalności charytatywnej na rzecz ubogich, walki o prawa kobiet oraz prawa ludzi pracy. Wszyscy kochali Evitę (tak zwracał się do niej naród), nawet się do niej modlono, a jej podobizny zdobiły ściany prywatnych mieszkań, wisząc obok portretów świętych.

 Z powodu zainteresowania jej postacią, pierwsze kroki w Buenos kieruję na cmentarz La Recoleta, w dzielnicy Recoleta. Tam, po ponad dwudziestu latach od śmierci Evity, pochowano tę duchową przewodniczkę narodu. Pięć metrów pod ziemią, aby już zawsze miała spokój.

Cmentarz Recoleta jest tłumnie odwiedzany przez turystów, ale nie tylko ze względu na grób Peron. Również z uwagi na niezwykłą architekturę nagrobków, pomniki oraz rzeźby, jakie zdobią wiele z nich. W połowie dnia na cmentarzu jest już pełno ludzi. Chodzą w grupach z przewodnikiem, chodzą w pojedynkę. Grobowce na cmentarzu są jak domy – wielkie, z drzwiami z kryształowo polerowanego szkła. To co odróżnia je np. od polskich nagrobków, to fakt, że przez drzwi wyraźnie widać... trumny. Niektóre krypty mają rozbite szyby i widać, że trumna uległa rozpadowi, a spróchniałe drewno odsłania mroczne wnętrze.

Odwracam szybko wzrok. I cóż widzę teraz przed sobą? A raczej – kogo? Przede mną we własnej osobie stoi kot! Popielaty, spokojny kot, którego futerko błyszczy w blasku wczesnopopołudniowego słońca.
W ogóle się nas nie boi. Cierpliwie pozuje do zdjęć. Po krótkiej sesji dziękujemy mu po hiszpańsku i odchodzimy, skręcając w boczną alejkę. Szary kocur idzie jednak za nami. Kroczy dumnie, powoli, ale uparcie.
Raz po raz oglądamy się za siebie, ciekawi, czy nadal za nami podąża. Nagle… znika. Nie ma go! Gdzie mógł wsiąknąć? A może to nie był prawdziwy kot? Może był kocim duchem,
który objawia się w słoneczne dni? Musimy to sprawdzić. Zawracamy. Kocia tajemnica rozwiązuje się po chwili – nasz mały przyjaciel wdrapał się na niski, opuszczony nagrobek i chłepce wodę z kamiennej donicy. Jest jednak prawdziwy, żywy, z krwi i kości.
Wracamy do głównej alejki. A tam czeka już na nas kolejny kocur. Potem następny. Po chwili jeszcze jeden. Mała kocia armia!

Jak się okazuje, cmentarz Recoleta słynny jest nie tylko z powodu architektonicznej wymyślności grobowców czy wielkich nazwisk –
 prezydentów, naukowców czy pisarzy – widniejących na tabliczkach, ale także z tego, że mieszkają na nim właśnie koty – można o tym nawet przeczytać na oficjalnej stronie internetowej cmentarza. Futrzaki gromadzą się głównie przy ogromnej, wspartej na wysokich kolumnach bramie wejściowej – tu dokarmiają je okoliczni mieszkańcy i pracownicy nekropolii. Czasem uda się im wyprosić jakiś smakołyk u turysty. Przyciągają uwagę zagranicznych gości. Czasem wokół któregoś gromadzi się większa grupa osób. Przyszła zwiedzać cmentarz, a podziwia kota. A kot, jak to kot – trochę się powdzięczy, zamknie oczy albo odwróci się tyłem.

Przychodząc tutaj, nie miałam pojęcia, że spotkam tych małych przyjaciół. Jestem tym faktem tak zaskoczona, że prawie zapominam, po co tak naprawdę tu przyszłam. Odszukanie grobu Evy Peron zajmuje mi aż trzydzieści minut. Błądzę po alejkach, w których natrafiam na kolejne koty. Każdy z nich jest inny. Każdy delikatnie na miękkich łapach stąpa wśród grobów, jakby nie chciał obudzić nikogo z wiecznego snu, tak jakby sam był z innego świata. Quo vadis, kocie?