Rzymskie i marokańskie wakacje

Tekst Magdalena Borek
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 100 luty 2011

 Moje jesienne wakacje były wyjątkowo udane. Misiu, mój prawie siedemnastoletni już kot, został pod troskliwą opieką moich rodziców, a ja pojechałam cieszyć się urokiem Wiecznego Miasta, a miesiąc
później - afrykańskim słońcem w Maroku.


Jednym z punktów na liście rzeczy „koniecznie-doobejrzenia", obok Koloseum i Forum Romanum, było Largo di Torre Argentina. I to nie tylko dlatego, że są to kolejne antyczne ruiny, które uwielbiam. Wierni Czytelnicy KOCICH SPRAW na pewno pamiętają artykuł o kocim królestwie w środku Rzymu. Na stanowisku archeologicznym, trochę poniżej poziomu ulicy, zamieszkały kiedyś rzymskie mruczki. Później znaleźli się ludzie, którzy zapewnili im jedzenie, opiekę i... koci spokój. Postanowiłam odwiedzić ten nietypowy azyl.

Koty akurat miały sjestę. Patrząc z wysokości chodnika,
dostrzegłam tylko jednego czarnuszka wyciągniętego w cieniu kolumny. Trochę zawiedziona obfotografowałam go jak należy. Nagle - drugi kot! Trzeci! Zaczęłam iść wokół placu, licząc koty. I to one doprowadziły mnie do miejsca, którego początkowo nie zauważyłam - zejścia na dół. Tam było ich mnóstwo! Wdzięcznie pozowały na starych murach i fragmentach antycznych budowli. Większość była troszkę nieufna, ale zaraz sobie znalazłam chętnego na fachowe głaskanie. Był też jeden senior. Łysy na czubku głowy, leżał zwieszony leniwie - widać zmęczony już życiem. Małe koty mieszkają tam w specjalnych klatkach, w pomieszczeniu zaadaptowanym na biuro tego „kociego sanktuarium".

Zagadnęłam opiekunkę całej tej gromady. Opowiedziałam, że jestem z Polski, że dowiedziałam się o tym miejscu z pisma, które nazywa się KOCIE SPRAWY. Dziewczyna, chyba mile zaskoczona, zapytała, czy chciałabym się dowiedzieć więcej o Torre Argentina. Kiedy powiedziałam, że oczywiście, bardzo chętnie, wyjęła z szuflady tekst po polsku. Był to... właśnie, odbity na ksero w kilku kopiach, artykuł z KOCICH SPRAW, o którym jej opowiadałam! Co za niespodzianka! „Nasi" tu byli! Pokręciłam się jeszcze chwilę wśród kotów, porobiłam zdjęcia, kupiłam najdroższy z kubków w mojej kolekcji. Za to z logo „Gatti di Roma". Jestem
zadowolona - pieniądze poszły na zbożny cel: jeden z mruczków spał spokojnie na całym stosie zgrzewek Whiskasa.
O sielance kotów arabskich Czytelnicy naszego miesięcznika też już wiedzą. Te wszystkie historie oMahomecie, co kazał pociąć swą szatę, bo nie chciał budzić śpiącego na niej kotka... O tym, że muzułmanie bardziej szanują koty niż psy... I tak dalej. Opowiem więc o kocim Maroko widzianym moimi oczami. Przejechałam 4000 kilometrów - od zimnego, deszczowego miasteczka w górach, które przypominało bardziej Szklarską Porębę po sezonie niż Afrykę, po gaje palmowe i piaszczystą, gorącą Saharę. Codziennie na swej drodze spotykałam małe-pluszowe-mruczące, które nie reagowały na nasze polskie „kici-kici". Za to widać, że wszystkie koty świata lubią być porządnie wygłaskane. I te arabskie koty nie były wyjątkiem. Chyba tego głaskania trochę mają tam za mało... Nikt im żyć nie przeszkadza, ale też nikt ich specjalnie nie rozpieszcza.

Najwięcej było rudzielców. Także małych rudzielców: w wytwórni ceramiki, w beduińskim namiocie na pustyni,
w starej kazbie Ait Benhaddou. WMaroku raczej nikt nie słyszał o kocim „planowaniu rodziny", bo kociąt mają tam naprawdę dużo. Niestety, oprócz wesołych maluchów widziałam też leżącego w wąskiej uliczce marrakeskiej mediny... żywego jeszcze...? Nie wiem... Była też kocia mama leżąca z zaropiałymi dziećmi w starym kartonie... Nikt kotów nie męczy, ale i nikt ich nie ratuje.
Jednak zdecydowana większość spotkanych przeze mnie kotów spędzała czas, wylegując się w cieniu. Przy sklepach, domach, starych murach... Po arabsku gościnne idealnie pozowały do fotografii. W eleganckim hotelu w Marrakeszu, wystrojona w orientalne szaty, z henną na dłoniach wynosiłam w serwetkach z restauracji różne mięsiwa dla ogrodowych kotów. Nikt się nie dziwił, nikt nie patrzył krzywo. Koty też się nie dziwiły - chyba nie byłam pierwsza.
W Agadirze nawiązałam niesamowitą nić przyjaźni z pewnym okołopółrocznym szaruszkiem. Przyjaźni? A może on wiedział, jak działa na kociolubne kobiety, i nie wahał się tego wykorzystywać? Bardzo puchaty, zdecydowanie ładniejszy od innych kotów kręcących się po hotelu, odważnie i szybko zakolegował się ze mną. Podczas gdy inne koty łaskawie dawały się pogłaskać, on już po pierwszym spotkaniu zachowywał się tak, jakby był mój od zawsze. Na ciche nawet zawołanie przybiegał z drugiego końca basenu, spotykałam go zawsze, gdy przechodziłam z jednego budynku do drugiego, czekał na mnie przy schodach prowadzących do restauracji. Wówczas mówiłam mu, żeby zaczekał, aż będę wracać. I czekał. Przynosiłam mu wtedy jakąś wędlinę. Oczywiście inne koty też kręciły się wokół mnie i też musiały coś dostać. Zdarzyła się raz mała awantura: „mojemu" kotu zwędzono spod nosa smakowity kąsek. Tamte koty były większe i zabierały
wszystko szaruszkowi. Co zrobił? Kucałam, więc wskoczył mi na kolana i jadł z ręki! Tak nie spoufalił się ze mną nawet mój Misiu! W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać: A może ja go tu przywiozłam ze sobą z domu? Niestety, nadszedł moment, kiedy wyszłam z pokoju hotelowego po raz ostatni. Chciałam się pożegnać, lecz... jego nie było. Po raz pierwszy go nie było! Chyba wyczuł w swojej kociej mądrości, że już wyjeżdżam...
Szybko się jednak pocieszyłam. W domu czekał na mnie Misiu - wyjątkowo mało obrażony. Za to dobrze odżywiony i po kociemu zadowolony, że już wróciłam.

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl