Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

KOTY POD CEDRAMI LIBANU – cały tekst


KOCIE SPRAWY Nr 143 – WRZESIEŃ 2014

Tekst i zdjęcia:
Regina Skibińska, nawschodzie.blox.pl

Są wszędzie, lecz żyją obok człowieka, a nie z nim.
Przemykają po chodnikach, okupują śmietniki, wygrzewają się na murkach, witają gości w bramach klasztorów. Koty stanowią ważny element libańskiego pejzażu.

Liban nie jest mekką turystów. Wciśnięty między pogrążoną w wojnie Syrię a wrogi mu Izrael wydaje się stanowić ucieleśnienie bliskowschodnich niepokojów. Placówki dyplomatyczne odradzają wizyty w tym kraju, przewodniki turystyczne traktują go po macoszemu, a tym czasem jest to miejsce niezwykle gościnne, gdzie starożytne zabytki sąsiadują z chrześcijańskimi klasztorami i architekturą muzułmańską, a ze śródziemnomorskich plaż można podziwiać zaśnieżone szczyty górskie. Jeśli dodać do tego znakomitą kuchnię, przyjaznych mieszkańców i wszędobylskie koty, to mamy niemal uosobienie turystycznego raju.

 Życie to nie sielanka
Jak głosi legenda, Mahomet miał kotkę Muezzę. Któregoś razu kotka zdrzemnęła się mu na rękawie. Prorok nie chcąc jej zbudzić, uciął rękaw szaty i odprawił modły z odsłoniętym ramieniem.
Według innej opowieści Muezza wylizała Mahometowi rany po pogryzieniu przez wściekłe psy i od tego czasu prorok się z nią nie rozstawał.

Muzułmanie do dziś mają słabość do kotów. Nie oznacza to jednak, że w krajach, gdzie dominuje islam, koty mają życie jak u Pana Boga za piecem.
Owszem, nie są mordowane, przepędzane czy bite, ale przeważnie muszą sobie radzić samodzielnie.
Liban nie jest jednak krajem ściśle muzułmańskim, choć w powszechnej świadomości za taki uchodzi. Wyznawcy islamu stanowią dwie trzecie mieszkańców, a jedna trzecia to chrześcijanie.
Za to kotów wszędzie jest pełno i żyją swoim życiem, obok człowieka, ale niezależnie od niego.

Paryż Bliskiego Wschodu
Stołeczny Bejrut to miasto kontrastów. Zniszczony przez wojnę domową w latach 1975–1990 oraz ataki izraelskie odbudowuje się intensywnie. Nowoczesne centrum sąsiaduje z ponurymi blokowiskami i resztkami ruin, kościoły stoją obok meczetów, w klubach tętni nocne życie, a po nadbrzeżu spacerują muzułmanki z zasłoniętymi twarzami obok nastolatek w skąpych podkoszulkach i obcisłych dżinsach.
Ledwie wychodzę z hotelu, a spotykam pierwszego kota. Chudy rudzielec siedzi na śmietniku. Nie jest zainteresowany jego zawartością, zajmuje się obserwowaniem otoczenia. Widuję go potem codziennie w tym miejscu, pilnuje swojego stanowiska. Rudzielców jest chyba najwięcej. Prawie pomarańczowa kociczka w rui idzie za mną ulicą i intensywnie ociera się o moje nogi, głośno miaucząc. Kolejne dwa rudzielce wylegują się pod krzesłem pana, który siedzi w zapuszczonej części bejruckiego nadbrzeża i pilnuje nie wiadomo czego.
Ruch na ulicach jest intensywny. Kierowcy pędzą na złamanie karku, wyprzedzają na trzeciego, nie respektują świateł i nie patrzą na pieszych. Jak w tym wszystkim przetrwało tyle kotów? Te bystre zwierzęta dostosowały się do otaczających je niesprzyjających warunków. Zanim przebiegną przez ulicę, czujnie rozglądają się dookoła.
 W lewo, w prawo, znowu w lewo. Zapewne nie jeden futrzak zginął na libańskich ulicach, ale szczęśliwie nie byłam świadkiem takiego wydarzenia ani nie widziałam jego konsekwencji, za to nie raz obserwowałam koty zmyślnie przebiegające przez zatłoczone ulice.

W starożytnych ruinach
Najważniejszym libańskim zabytkiem są ruiny świątyń rzymskich w miejscowości Baalbek, położonej w niespokojnej obecnie Dolinie Bekaa.
Baalbek był miejscem kultu fenickiego boga Baala. Grecy nazwali je Heliopolis. Od połowy I w. p. n. e. stał się kolonią rzymską i miejscem kultu Jowisza, Wenus i Bachusa. To właśnie tym bogom poświęcone zostały tutejsze świątynie. Cesarze rzymscy przemierzali dwa tysiące kilometrów, żeby w Heliopolis oddać cześć bogom.
Przez ostatnie lata turyści przemierzali jeszcze większe odległości niż rzymscy cesarze, ciągnąc do świetnie zachowanych ruin, zajmujących obszar kilku hektarów. Ogromne kolumny ze świątyni Jowisza górują nad bogato zdobioną świątynią Bachusa, a bogactwo architektoniczne i rzeźbiarskie zadziwia do dziś.
Ze względu na bliskość – zaledwie kilkanaście kilometrów – pogrążonej w wojnie Syrii oraz
na reputację miejsca niebezpiecznego, do Baalbeku docierają dziś tylko najbardziej zdeterminowani turyści. Po wiekowych ruinach wędruję więc w ciszy i spokoju. Oprócz mnie jest tu zaledwie kilka osób oraz… czarno-biały kot, na którym ślady historii najwyraźniej nie robią żadnego wrażenia. Kot spaceruje po murku pamiętającym czasy Cezara, po czym kładzie się w trawie przy wiekowych sarkofagach, zwija się w kłębek i zasypia.

 Suk, czyli wielkie targowisko
Starożytny Sydon, zwany przez Libańczyków Saida, to typowe arabskie miasto. W centrum
znajduje się zadaszony targ – suk, na ulicach walają się sterty śmieci wyrzucane ze sklepów.
Suk nie jest duży, ale i tak błądzę po nim godzinami, gubiąc się w wąskich uliczkach i obserwując życie mieszkańców. Bo suk to miejsce, gdzie toczy się życie. Mężczyźni sprzedają rozmaite towary i załatwiają interesy, a w południe odpoczywają w cieniu drzew przy herbacie. Zakutane po uszy kobiety bez wieku chodzą objuczone siatkami i obwieszone maluchami, dzieciarnia gania brudna i zadowolona po placach i skwerach, wykorzystując każdą okazję do zabawy.
Mam wrażenie, że zakłócam prywatność mieszkańców. Targowisko nie tyle sąsiaduje, co wręcz połączone jest
z domami, a życie w dużej mierze toczy się na zewnątrz. Jednak jako że miasto zamieszkują tradycjonaliści muzułmańscy, w domach pozostają kobiety, chyba że mają coś do załatwienia w mieście. Przesiadywanie przed domami jest męską specjalnością.
To, co tutaj dziwi, to brak szczurów, które zwykle pojawiają się tam, gdzie rozkładają się śmieci.
W Sydonie gryzonie te przeniosły się na plażę, gdyż na suku rządzą koty. Nie mają jednak różowego życia. Jedzą to, co upolują i wygrzebią na śmietnikach. W dodatku gonią je dzieci i to niekoniecznie pokojowo. Azyl znajdują  w cieniu pod samochodami oraz na murkach w pobliżu meczetów.

Kocie królestwo
Niewielkie prowincjonalne miasteczko Dajral-Kamar w górach Szuf, niedaleko rezerwatu cedrów – drzew będących symbolem Libanu, słynie z malowniczego położenia, spokojnej atmosfery i miłej dla oka zabudowy. Wysiadam przy głównym placu, tuż obok największego zabytku – meczetu z XV wieku. I kto mnie wita? Biało-czarny, długowłosy,  z nieludzko brudnym futrem kot. Miasto położone jest na zboczu góry, dzięki czemu można się posnuć za kotami po krętych, wąskich i spadzistych kamiennych uliczkach i pozaglądać na podwórka. Wystarczyło oddalić się od centrum, a robi się swojsko.
Dajr al-Kamar to jedno z takich miasteczek, jakich na całym świecie pełno – kamienne, z czerwonymi dachami, z ludźmi, którzy wzajemnie się znają i czujnie obserwują każdego przybysza. Znajduje się tu prężnie działający instytut francuski, zamknięta od lat synagoga, kościół oraz kilka masywnych budynków z XVI i XVII wieku. Są także wyjątkowej urody koty, chyba we wszystkich możliwych kolorach. Wygrzewając się na kamieniach, dyskretnie usuwają się ludziom z oczu, obserwują ich czujnie spod samochodów, lekko i zwinnie wskakują na dachy, połyskując z daleka pomarańczowo-rudym futrem.
Koty okupują także starożytne Byblos – kolebkę pisma, wiekowe klasztory maronickie w Dolinie Kadisza, górski kurort Baszarri i wiele innych miejsc. To nieodłączni towarzysze podczas zwiedzania Libanu, którzy za jeden głask czy kawałek mięsa pokazują turystom sobie tylko znane zakątki tego pięknego kraju.

REGINA SKIBIŃSKA
dziennikarka, podróżniczka, wolontariuszka, miłośniczka Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz oczywiście kotów. Mieszka z przygarniętą Luftmyszą, Żbiczką i łobuzerskim Pumkiem. Prowadzi blog podróżniczy
http://nawschodzie.blox.pl/html.