Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

GRUZJA PRZYJAZNA KOTOM – cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 150 – KWIECIEŃ 2015

Tekst i zdjęcia: Regina Skibińska, NAWSCHODZIE.BLOX.PL

Niewiele jest miejsc tak przyjaznych dla przybyszów, jak Gruzja. Piękny kraj, gościnni mieszkańcy, wino lejące się strumieniami. Okazuje się, że nie tylko turyści mają się tam dobrze. Miejscowe koty również są nieźle traktowane.


 – Pomożesz czy nie? – pytanie jest konkretne.
– Pomogę – odpowiadam i zaczynam szperać w portfelu.
Jest wieczór. Spaceruję samotnie ulicami tbiliskiej, pustawej o tej porze i nie najlepiej oświetlonej starówki. W pobliżu katedry Sioni z trudnością dostrzegam w mroku starszą panią otoczoną stadkiem kotów. Gdy tylko się zatrzymuję, pada pytanie o pomoc. Nie zdążam jednak wyjąć pieniędzy. Wąską uliczką wjeżdża samochód, pani chwyta za gwizdek i gwiżdże. Ale jak! Staję skołowana i nie rozumiem, co się dzieje, za to koty z całej ulicy wiedzą i zaczynają chować się po bramach.
Po chwili okazuje się, że właśnie o to starszej pani chodziło.
– Zajmuję się pilnowaniem bezdomnych kotów, żeby nie powpadały pod samochody – wyjaśnia mi i po chwili przy pomocy dwumetrowego kija zaczyna wyganiać liczną kociarnię spod zaparkowanych aut. Widać, że traktuje swoje zadanie bardzo serio i niejeden wąsaty futrzak zawdzięcza jej życie, bowiem ruch na ulicach w Gruzji jest szalony. Dzięki gwizdom oraz kijowi koty na czas uciekają spod i sprzed samochodów.
Staję obok i zaczynamy rozmawiać, a koty wyłażą z kątów i rozsiadają się dookoła, z apetytem wcinając suchy chleb.


– Nie stać mnie na kiełbasę – żali się staruszka, więc ponownie sięgam do portfela. Mam nadzieję, że dzięki wsparciu turystów koty dostają czasami mięso.
Mogłabym tak długo siedzieć z panią i z kotami, ale jestem umówiona ze znajomymi, więc żegnam się, zostawiając jeszcze na do widzenia parę lari.

Tbilisi pełne kotów
Stolica Gruzji to klimatyczne wielokulturowe miasto, ze starymi kamienicami, elegancką aleją Rustawelego, zabytkowymi kościołami, meczetem i synagogą, a także z banią, w której można zatroszczyć się o higienę i urodę. W połowie XIX w. o Tbilisi pisano w „Gazecie Kaukaskiej”, że jest jak „Janus, który jednym obliczem spogląda w kierunku Azji, a drugim w kierunku Europy”. I do dzisiaj coś w tym jest. Widać to zarówno po starej zabudowie, która łączy w sobie elementy europejskie z orientalnymi, jak i na ulicach, gdzie funkcjonuje wprawdzie sygnalizacja świetlna i znaki drogowe, ale ruch jest szalony i pełen fantazji.
Tbilisi w pełni prezentuje swój urok wtedy, gdy zwiedza się je powoli, snując się po tajemniczych zakamarkach, sącząc kawę bądź wino w kawiarni przy krzywej wieży zegarowej. Gdy siedzi się na ławce przy fontannie i w ciszy wieczornej słucha śpiewów do biegających z katedry albo obserwuje spacerujące po wąskich uliczkach leniwie koty.

Do fasad wiekowych rozpadających się domów przyklejone są ganki i arkadowe galerie, niekiedy obrośnięte winoroślą, na podwórkach suszy się bielizna, a w powietrzu unosi się zapach świeżego chleba albo woń szaszłyków. A nad miastem króluje „Matka-Gruzja”, jak potocznie zwany jest pomnik „Kartlis Deda”. W jednej ręce dzierży ona miecz przeganiający wrogów, a w drugiej wino dla przyjaciół.
W Tbilisi jest mnóstwo kotów, zarówno domowych, wychodzących, jak i bezdomnych. Wyglądają stosunkowo nieźle. Dobrze odżywione, błyszczące futerka, oczka nie są kaprawe. Mają gdzie spacerować i chodzić na łowy, bo stare Tbilisi pełne jest zakamarków i podejrzewam, że sporo tam gryzoni.
A ludzie też nie żałują jedzenia kocim współmieszkańcom. Na podwórkach kamienic i przed kościołami często widać miseczki, napełniane przez życzliwe osoby. Kotów nikt tu nie płoszy i nie przegania, więc ufnie podchodzą do nieznajomych i ochoczo podstawiają łebki pod ręce chętne do głaskania.

Kasyna, secesja i futrzaki
Nie tylko po wąskich uliczkach stolicy Gruzji spacerują zadowolone koty. W innych miastach jest podobnie. Choćby w nadmorskim Batumi, o którym swego czasu śpiewały Filipinki:
W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast
Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd
Ale miasto, o którym śpiewamy dziś
Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny.
(…)
Batumi to osobliwe miasto. Pełne rozmachu i bogactwa, niekoniecznie w najlepszym stylu. Wielkie luksusowe hotele, kolorowe kasyna, budynki kształtem i kolorystyką przypominające torty i ciastka z kremem, a zaraz obok klimatyczne uliczki z secesyjnymi kamienicami z balkonami obrośniętymi winoroślą, malownicze zadbane place czy aromatyczny targ, na którym można zaopatrzyć się w lokalne przysmaki oraz przyprawy. Za cukierkowymi gargamelowatymi fasadami kryją się tajemnicze podwórka. Stare bramy i drzwi kuszą, żeby za nie zajrzeć, a rankiem na kamienistej plaży można spotkać tylko biegaczy. Nie mogło tutaj zabraknąć kolejki linowej, która z okolic portu wwozi turystów na wzgórze nad miastem. Po Batumi można też przemieszczać się miejskim rowerem.
Przed domami wylegują się dorodne kocury, gościnnie łasząc się do turystów-kociarzy, a liczne rzeźby przy promenadzie pobudzają wyobraźnię do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: „Co autor miał na myśli?”. Na nadbrzeżu rybacy łowią ryby, fontanna w sobotnie wieczory tryska „czaczą”, czyli lokalną wódką, a młode pary fotografują się pod palmami.

Jeszcze 200 lat temu Batumi było prowincjonalną dziurą położoną wśród błota, zamieszkaną przez parę tysięcy osób, ustawicznie chorujących na malarię. W 1878 r. zostało przyłączone do Imperium Rosyjskiego. Od tego czasu nastąpił dynamiczny rozwój miasta. Osuszaniem błot zajął się Polak o nazwisku Żygulski. Nie były to działania bezinteresowne. Do Batumi poprowadzono ropociąg z Baku i z batumskiego portu ropa naftowa popłynęła w świat, dzięki czemu miasto się wzbogaciło. Kolejne lata świetności miasta przypadły na okres po II wojnie światowej, kiedy to Batumi stało się popularnym radzieckim uzdrowiskiem ze względu na dobre warunki klimatyczne. Przez cały rok jest tu ciepło, wilgotno i słonecznie.
W tamtych czasach powstał nadmorski park z palmami, cyprysami, magnoliami i bananowcami.
Powietrze nie pachnie tu spalinami, ale morską bryzą, a momentami rybami bądź cytrusami.
Po odzyskaniu przez Gruzję niepodległości władze postanowiły przeobrazić Batumi w nowoczesne miasto, przyciągające turystów.
W pobliżu portu i promenady na trawnikach i przed knajpkami napotykam co chwilę dorodne
zadowolone koty, które chętnie podchodzą na mizianie. Nie dopominają się jednak jedzenia. Widać, że w nadmorskim mieście mogą liczyć na ryby.
Chętnie za to wygrzewają futra na słońcu, czujnie obserwują otoczenie z murków i schodów oraz zagadują do przechodzących osób.

O sterylizacji można pomarzyć
Gruzja to taki kraj, gdzie kociarza serce nie boli na widok zabiedzonych kotów, jak to bywa w wielu miejscach na świecie, choćby w sąsiedniej Armenii.
Koty gruzińskie są urodziwe, puchate i zadbane. Na ulicach jest ich jednak zdecydowanie za dużo. W kraju, który boryka się z trudnościami ekonomicznymi i ogromnym bezrobociem, sterylizacja bezdomnych zwierząt nie jest priorytetem. I zapewne długo jeszcze nie będzie.
Podobnie rzecz ma się z leczeniem zwierząt. Ludzie zaniedbują leczenie własne, więc tym bardziej nie leczą swoich pupili. Często zwyczajnie nie mają za co. Gabinety weterynaryjne też nie są tu częstym widokiem. Kot ma chore oko – to ma, jakoś musi z tym żyć. Kuleje na łapę – przejdzie samo, a jeśli nie, to i tak będzie musiał sobie jakoś radzić.
W ciepłe i bezdeszczowe dni bezdomne zwierzęta radzą sobie dobrze, ale zimy w Gruzji, poza wybrzeżem Morza Czarnego, bywają srogie. Wtedy kotom jest trudniej, bo ocieplane budki dla nich są rzadkością. Pewnie chowają się więc po pustostanach, piwnicach i klatkach schodowych, a temperatura kontroluje populację. Sama życzliwość ludzi to więc za mało, żeby kotom dobrze się żyło. Potrzebna jest także troskliwa opieka, również weterynaryjna.