Zwierzaki Zaczarowanego Ogrodu - Opowieści o kocurach - TATUŚ CZ.2

Tekst Maria Kaniewska
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 89 MARZEC 2010

cz.2
Szarusia i Rusłan, jak przystało na dzieci w wieku szkolnym, wróciły już do Warszawy. Ale Zaczarowany Ogród wciąż tętni życiem - w kociej i jeżowej stołówce tłok, gile łuskają nasiona klonu, krety usypują wszędzie kopce. Czwórka tubylców znowu może czuć się gospodarzami.
W chłodniejsze dni Paćka, Mama, Melisa i Miluś najchętniej spały „na zakładkę" i okazywały sobie dużo czułości. Każde z nich kładło się spać solidnie umyte - co cztery szorstkie języczki, to nie jeden. Tylko Rusłan uważał się widocznie za bardziej ucywilizowanego: jak się myć, to w umywalce... W cieplejsze dni całe towarzystwo odbywało ciągle jeszcze sjesty w ogrodzie. Największym powodzeniem cieszyła się sterta zgrabionych, suchych już liści, gdzie cała buro-popielato-czarno-biała gromadka układała się do snu w najrozmaitszych pozach i konfiguracjach. Miluś, który na swoje imię zasłużył sobie wyjątkowo życzliwym stosunkiem do całego świata, był wyraźnym faworytem wszystkich kocic. Nie było jednak wśród nich żadnej rywalizacji o jego względy ani zazdrości, po prostu każda czuła się w obowiązku pieścić i myć swego pupila bez końca.
Tatuś pojawiał się tylko na krótko, żeby się posilić. Pozwalał się głaskać, a nawet stawał czasami na dwóch łapkach, żeby ułatwić nam dostęp do swojego pokiereszowanego grzbietu i łebka. Czarny Bandyta nie dawał mu spokoju, ale mimo wszystko siły były chyba wyrównane, bo walki odbywały się codziennie z jednakową zawziętością i z jednakowym skutkiem. Może tylko uszy Czarnego Bandyty stawały się coraz bardziej zdeformowane, niemniej jego rozmiary i groźny wzrok zawsze nasuwały obawy, czy aby szala zwycięstwa nie przechyli się któregoś dnia na jego stronę. Obydwa kocury pojawiały się nie wiadomo skąd i oddalały się w nieznanym kierunku.
I oto pewnego dnia Tatuś przyszedł wieczorem, skacząc na trzech łapkach. Nie widać było jednak żadnej ranki ani obrzęku. Zjadł spokojnie kolację i zanim zdążyliśmy mu się przyjrzeć, odszedł niezauważony. Po prostu zniknął, a my musieliśmy wrócić do Warszawy, mając nadzieję, że następnym razem zastaniemy go w dobrym zdrowiu. Kiedy jednak przyjechaliśmy za kilka dni, Tatuś pojawił się znowu na trzech łapkach i był już wyraźnie zbolały. Zjadł kolację, ale nie zniknął, jak zawsze, tylko zapłakał żałośnie, po czym wszedł do kuchni i kierując się prosto do kociego koszyczka wysłanego miękkim szalikiem, ułożył się w nim, jak gdyby spał tam od zawsze.
Uznaliśmy to za wyraźny sygnał, że nieszczęsny kocina prosi o pomoc, widzieliśmy jednak piętrzące się przed nami same trudności: dziki kot, który nigdy nawet nie dał się wziąć na ręce, w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma żadnego weterynarza, a jeśli nawet byśmy kogoś znaleźli, nie mamy transportera, szelek, nic, żeby cierpiące zwierzę przewieźć bezpiecznie samochodem. Mając za sobą wiele przykrych doświadczeń w podróżowaniu z różnymi kotami, byliśmy pełni najgorszych obaw. Trzeba było jednak działać, i to szybko - łapka była wyraźnie spuchnięta. Postanowiliśmy zaryzykować przewiezienie kota w tym samym otwartym, płaskim koszyku, w którym Tatuś koił swoje żale. Rodzina w Warszawie włączyła się do pomocy, odnajdując w internecie adres najbliższego lekarza. Na szczęście zgodził się nas przyjąć, mimo że był to przedświąteczny wieczór.
Jechaliśmy z duszą na ramieniu, ale Tatuś kompletnie nas zaskoczył: przez całą drogę, dobrze ponad dwadzieścia kilometrów, leżał zupełnie spokojnie w koszyku, zabezpieczony tylko kocykiem. Bez protestu też dał się zbadać, co również przyjęliśmy z zaskoczeniem i wielką ulgą. Niestety, diagnoza była niepomyślna: złamanie kości udowej, obrzęk i wysoka gorączka. Lekarz sugerował, że najprawdopodobniej potrącił go samochód. Stwierdził też wiele śladów po obrażeniach odniesionych w czasie bójek. W tej lecznicy nie było jednak warunków, żeby przeprowadzić tak skomplikowaną operację - trzeba było nazajutrz jechać do Warszawy. I tu znowu pomogły życzliwe osoby, dając nam adres chirurga, który „czyni cuda". Nękały nas jednak kolejne niepokoje, wątpliwości i trudności. Trzeba było przetrzymać naszego chorego w domku przez całą noc - nie mogliśmy ryzykować, że ucieknie i już nie wróci. Ponadto czekała nas podróż, której trudów nawet sobie wówczas nie wyobrażaliśmy: musieliśmy między innymi objechać cmentarz Północny, a ponieważ był to akurat 1 listopada, na pokonanie niecałych 70 kilometrów straciliśmy trzy godziny! Kot nie dawał znaków życia, ale ilekroć wsuwałam rękę pod kocyk, odpowiadał przyjaznym „gruchaniem". Niepojęte!
Prześwietlenie wykazało wielokrotne złamanie kości udowej, która była wręcz pogruchotana. Podczas półtoragodzinnej operacji wstawiono śrubę i na drugi dzień mogliśmy już Tatusia odebrać. Zapytałam, bez większej nadziei, czy może skorzystał z kuwety, na co lekarz odpowiedział: „Oczywiście. To bardzo mądry i wartościowy kot".
Teraz pojawił się problem rekonwalescencji. Mamy w domu trzy koty, a pamiętaliśmy, że Tatuś i Rusłan nie przepadali za sobą. Wszyscy znajomi też już mają koty. W końcu córka obiecała się nim zaopiekować, zastrzegając, że na krótko. Tymczasem Tatuś niemal natychmiast podbił wszystkie serca. Okazało się, że z kuwetą nie ma najmniejszych problemów, że to najłagodniejszy pieszczoch pod słońcem, że chodzi za swoją nową panią krok w krok - nawet kiedy podlewa kwiatki na balkonie, ale bynajmniej tam nie zostaje, bo... troszeczkę się boi. O żadnym polowaniu na ptaki nie było mowy!
Kiedy przyjechaliśmy tam z pierwszą wizytą, upłynęło już trochę czasu. Tatuś nie spuszczał ze mnie oka, jak gdyby mnie sobie przypominał, ale nie bardzo pamiętał, w jakich to było okolicznościach. Po dobrych kilku miesiącach pewna starsza pani, która straciła ukochanego pieska, zapragnęła Tatusia przygarnąć. No bo skoro zyskał dom tylko na czas rekonwalescencji... Ale „państwo" ostro zaprotestowali. „Nasz kot?! Kot po przejściach?! Mowy nie ma, dość już przeżył!" Nie trzeba chyba dodawać, że Tatuś najczęściej wygrywa w wyścigu „kto pierwszy kładzie się na poduszce", że na odgłos otwieranej lodówki już kilka dni po operacji zgrabnie zeskakiwał z wysokiej antresoli, że w najczulszych pozach śpi na kolanach, że jest troszeczkę zazdrosny, kiedy przyjeżdżają w odwiedziny jakieś kotki...
I to jest największe zaskoczenie - chodzący własnymi drogami niezależny samotnik z Zaczarowanego Ogrodu okazał się kotem łagodnym, spokojnym, wiernym i niewymagającym. Swoim zachowaniem bezustannie potwierdza, że ciepły i kochający dom ceni sobie wyżej niż nieograniczoną wolność i swobodę. Nigdy nie okazał, że za nimi tęskni, jak gdyby czuł się po ludzku odpowiedzialny za spokój i komfort psychiczny wszystkich, którzy zechcieli mu pomóc.

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl