Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

Z PAMIĘTNIKA KRAKOWSKIEJ KOTKI – Rozmowa z Luizą Kucharczyk – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 160 – LUTY 2016


W tym miesiącu robimy wyjątek od prezentowania kocich stron www i rozmawiamy z autorką ciekawej strony z serwisu społecznościowego Facebook. Prowadzi ją Luiza Kucharczyk, a bohaterką jej zdjęć i wpisów jest koteczka o imieniu Koszka. To swojego rodzaju „koci dzienniczek” opisujący życiowe zmagania Koszki i „jej ludzia”. Oprócz zabawnych zdjęć warto też przyjrzeć się bogatemu „kociemu językowi” stylizowanemu na gwarę krakowską, którym pisane są kolejne posty. Profil „Koszka The Cat” można znaleźć pod adresem:

www. facebook. com/KoszkaTheCat.

Z Luizą Kucharczyk rozmawia Ania Dąbrowska.

Ania Dąbrowska: Koszka to nie jedyny zwierzęcy mieszkaniec w Twoim domu. Jest jeszcze druga kotka i od czasu do czasu „ktoś na przechowanie”. Skąd u Ciebie to kocie towarzystwo?
Luiza Kucharczyk:
W moim życiu zawsze były obecne zwierzęta, od kur poczynając, na koniach kończąc, więc to właśnie ich brak najgorzej znosiłam po wyprowadzce na studia. Mieszkając początkowo w Niemczech, nie zdecydowałam się na żadne zwierzę, bo jako lekkoduch miałam świadomość, że nie wiadomo, gdzie jeszcze zaniesie mnie los. Po przyjeździe do Krakowa zrozumiałam, że dłużej tego nie zniosę. Zaczęłam szukać fundacji, w których mogłabym mieć kontakt ze zwierzętami, a jednocześnie być pożyteczna.
W ten sposób poznałam przyjaciółkę, która miała wszystko, o czym sama marzyłam – konie, psy i koty. Każdy odratowany i po przejściach. Można było wreszcie mieć ciastko i zjeść ciastko!
Dzięki Ani właśnie, bo tak przyjaciółka ma na imię, zaczęła się moja przygoda z domem tymczasowym dla kotów. Pewnego dnia wykradłyśmy ze stajni pod Krakowem kotkę z kociakami.
Nie chcę wnikać w szczegóły kradzieży, natomiast to było coś, co musiałyśmy zrobić, żeby te koty w ogóle mogły przeżyć. Po milionie wizyt u weterynarza mama z dwójką kociąt została u Ani, a dwa pozostałe trafiły do mnie na tak zwany tymczas. Mieszkałam wtedy w małej kawalerce, więc cała kocia rodzina nie wchodziła w grę. Kiedy znaleźliśmy kocurkom dom, oddawaliśmy je ze łzami w oczach. Potem na tymczas dojechała mama z młodą koteczką, których oddanie już poważnie nadszarpnęło nasze nerwy.

A chwilę później znalazła się u nas Hasanka – miała może ze cztery tygodnie i była pierzastą kulką nieszczęścia, która jak tylko mnie zobaczyła, to zaczęła prychać. Od razu mnie tym ujęła.
Telefon do Tomka (mojego narzeczonego), czy zgadza się na kolejnego kota do odchowania, szybka decyzja… Hasanka przyjechała i po kilku dniach już wiedzieliśmy, że nie ma szans, żeby ją oddać. To był jeszcze czas, kiedy mieliśmy przez pewien czas pod opieką owczarka, psa Tomka, który wspaniale się Hasanką zajmował, a ona z kolei tak go pokochała, że nie można było oderwać od nich wzroku.
Potem organizacja domów tymczasowych przystopowała, bo kot, pies i dwoje ludzi na 32 m² to już liczba wystarczająca.

Kocie Sprawy: A później pojawiła się Koszka, która miała być tylko na chwilę, prawda?
Fundacja Stawiamy na Łapy w 2014 roku wyłapała z okolicznych działek kilkadziesiąt kotów. Wszystkie chore, zakichane, zaświerzbione. Szpitalik fundacyjny i kociarnia pękały w szwach.
Rozpoczęły się apele o domy tymczasowe dla kociaków, a że my byliśmy już po przeprowadzce do nowego mieszkania, to po namyśle napisałam do Agnieszki Szwed (prezeska fundacji), że możemy być jednym z nich. Mieliśmy tylko warunek – kot musiał być zdrowy, bo w tym czasie mieszkała u mnie chwilowo kotka mojej siostry, która przez kłopoty zdrowotne miała nieaktualne szczepienia. Wszystko zostało ustalone. Miała przyjechać do nas około czteromiesięczna Koszka, która co prawda była dzika, ale najzdrowsza
z całego towarzystwa.
Koszka pojawiła się pod naszym dachem we wrześniu 2014. Zszokowana, przerażona, zamknięta w sobie, chuda jak patyczak, z najpiękniejszymi mądrymi oczami, jakie widziałam u kota. Miałam dwa zadania: postarać się Koszkę oswoić oraz napisać czasami na fanpage’u fundacji, co słychać u kotki, żeby zwiększyć szansę na jej adopcję. Pomyślałam sobie, że jak będę tak wrzucać posty bez ładu i składu, będzie to bez sensu i zniknie w odmętach Facebooka. Założę jej więc blog, którego będzie sama pisać, będą jej zdjęcia i wszystko znajdzie się w jednym miejscu.
Tak to się zaczęło.

Jak wyglądały Wasze pierwsze wspólne chwile? Trudno oswoić dzikusa?
Tak się złożyło, że Koszka przyjechała do nas, kiedy przez tydzień byłam na zwolnieniu lekarskim,
więc mogłam poświęcić jej bardzo dużo czasu.
Miałam ogromne obawy, że nie uda mi się jej oswoić, bo tak dzikiego i przerażonego kota nie widziałam już naprawdę dawno. Nie było rady – żeby ją złapać, musiałam zakładać rękawiczki narciarskie i rzucać na nią ręcznik, a i tak przez te rękawiczki ugryzła mnie kilka razy do krwi. Gdy już ją trzymałam, robiłam z niej tortillę przy pomocy ręcznika, po czym torpedowałam miłością.
Czytałam jej na głos książki, prowadziłam przy niej długie rozmowy telefoniczne, opowiadałam jej różne historie, filmy… reasumując: jakby zobaczył to ktoś z zewnątrz, to by zwariował.
Chciałam przekonać w ten sposób Koszkę, że nic złego z mojej strony jej nie spotka, przyzwyczaić ją do mojego głosu.

Pękła po tygodniu. Tego dnia przebudziła się na moich kolanach w tortilli z ręcznika, wyciągnęła się i nagle zaczęła mruczeć. Popatrzyła na mnie z takim błogim wyrazem pyszczka, że aż się rozpłakałam. Od tamtej pory było już tylko lepiej. Zdjęcie profilowe na jej blogu to pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłam po jej przybyciu do naszego domu.
I tak oto Koszka stała się gwiazdą Internetu!
Koszka pisała, w jaki sposób uczy się żyć z ludźmi, że wszystko jest dziwne i ona nic z tego nie rozumie, ale że w sumie to tutaj jest lepiej, niż na działkach, no i że szuka „swojego najukochańszego na śfiecie domulku”.

Pierwszy post przyniósł niespodziewaną dla mnie reakcję bardzo wielu osób. Z każdym kolejnym coraz więcej internautów Koszkę czytało, lubiło i komentowało. Przyciągający był też zapewne styl, w jaki Koszka pisała, bo robienie tylu błędów ortograficznych wymaga ode mnie naprawdę nie lada skupienia. Jest trochę gwary krakowskiej, trochę akcentów, które podsłuchałam u mamy w Istebnej, trochę języka kociego z Internetu. Wszelki misz masz językowy. Po napisaniu każdego postu muszę złapać za jakąś książkę, żeby przypomnieć sobie poprawną polszczyznę.
Tak więc blog się pisał, Koszka była coraz bardziej słodka i kochana, a czytelników przybywało. Stało się jednak coś, czego nie przewidziałam – prawdziwym marzeniem czytelników bloga nie było to, żeby Kosia znalazła dom, ale żeby została u nas i dalej pisała swój „pamięczulek”. Kiedy po świętach Bożego Narodzenia podjęliśmy decyzję, że już za bardzo się wszyscy zżyliśmy, żeby kotkę oddać, i poinformowaliśmy o tym na stronie, to wszyscy zaczęli pisać, że właśnie o tym marzyli, nawet dorośli faceci przyznali się, że się popłakali… Pojawiła się też masa próśb, żeby Koszka nie przestawała pisać swojego pamiętniczka. Także ciągle piszę o przygodach Kosi, ale skoro już stworzyłam taką machinę, nie waham się jej używać do promocji fundacji Stawiamy na Łapy, która robi tak wiele dobrego.

Chciałabym jeszcze wrócić do języka, którym „pisze” Koszka. Muszę przyznać, że masz niebywały słuch językowy, umiesz odtworzyć melodię gwary, sprawnie podszyć się językowo pod różne grupy. To jest bardzo ciekawe. Czasem czytam Twoje wpisy po kilka razy i zawsze jestem zachwycona. Jak Ty to robisz?
Pisanie bloga Koszki sprawia mi nie lada frajdę. Mam swoje ulubione słowa, których używa Kosia. Od zawsze wyłapywałam perełki językowe, w domu uwielbialiśmy tworzyć własne wyrażenia, które dla wszystkich spoza naszej rodziny były często niezrozumiałe, a z tego się nie wyrasta. Jakoś naturalnie chłonę słowa wywodzące się z gwary lub po prostu charakterystyczne dla innego regionu lub grupy społecznej. Zaczynam ich używać, a Koszka się ode mnie uczy. Zdarza się, że moja mama umierając ze śmiechu pyta: „Coś ty powiedziała? Gdzie się tak mówi?”. No jak to gdzie, u mnie w domu!

Współpracujesz z fundacją Stawiamy na Łapy. Jak dokładnie wygląda Twoja praca i jak można Wam pomóc?
Ostatnio dorobiłam się statusu prawdziwego wolontariusza, bo do tej pory działałam na zasadzie reagowania na potrzeby fundacji. A to zbiórka pieniężna, a to agitacja do działania, ale o wszystkim decydowałam sama. Teraz pomagam też w kociarni, zajmując się codziennymi sprawami, jak sprzątanie i karmienie.
A jak można pomóc? W każdy sposób! Nie trzeba być z Krakowa, co udowodniło już wielu moich wspaniałych znajomych i nieznajomych. Można wpłacać pieniądze, dołączać do wydarzeń organizowanych przez fundację, aktywnie się w nich udzielać, dostarczać fanty na kwesty albo je kupować, a jeśli ktoś chciałby się zaangażować w codzienną pomoc, na pewno znajdzie się dla niego miejsce. Telefonicznie, mailowo lub poprzez stronę internetową i facebookową fundacji można dopytać o wszystkie szczegóły. Można też pisać bezpośrednio do mnie. Przekażę wszystko na wyższy szczebel.

Dziękuję za rozmowę!