Te paskudne małe koty

Tekst Barbara Kubicka
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 89 MARZEC 2010

Przygarnięcie małych kociaków z późnojesiennego miotu nieodmiennie zwiastuje katastrofę w spokojnym i ustabilizowanym życiu naszego stada. Tak było, kiedy jesienią 2007 roku trafiły do nas Lutek i Majówka, jesienią 2008 - Karo i Kier, oraz kiedy ostatniej jesieni podrzucono nam do ogródka Frezję i Bratka, które wcale tak się wtedy nie nazywały i prawdę mówiąc ledwie żyły, bo były zmarznięte, głodne i trapiły je różne paskudne pasożyty takie jak pchły i świerzb. Losy tych jesiennych podrzutków były podobne. Najpierw codzienne, trwające w nieskończoność wizyty w naszej zaprzyjaźnionej klinice, gdzie Weronika i Marcin, sięgając po najnowsze zdobycze medycyny dla zwierząt, doprowadzali, powoli acz uporczywie, kociaki do stanu określanego jako stabilnie zdrowy. W domu najlepsze kąski podsuwane maluchom pod noski pomagały odzyskać wigor i dobre samopoczucie, wynikające z posiadania pełnych brzuszków. Na ogół po tygodniu takich zabiegów małym kotkom już nie wystarczało spanie całymi dniami z uczuciem błogości, z powodu ustępujących chorób oraz pysznego jedzonka w nieograniczonych ilościach. Czas na podbój świata!

I tu właśnie zaczyna się katastrofa, ponieważ w międzyczasie nadchodziła zima, ogródek nieczynny, na zewnątrz zimno, wiatrzysko wieje, pada śnieg lub deszcz - słowem pogoda podbojowi świata nie sprzyja, ba, nie sprzyja nawet jego zwiedzaniu. I do odkrycia i podbicia jakiegoś nowego terytorium przedsiębiorczym, żądnym nowych wrażeń kotkom cóż w końcu zostaje? Niestety - tylko nasze niewielkie mieszkanie. I o ile dorosłe koty na ogół są na swoich miejscach i zachowują się przewidywalnie, to jeśli chodzi o małe koty - nigdy nic nie wiadomo. Usilnie reklamowany przeze mnie maluchom koszyczek - z nadzieją, że cała para pójdzie w zabawki - dosyć szybko przestaje być atrakcją. Nadchodzi czas bardziej ambitnych zadań. Wspinamy się po firankach, wskakujemy na co się da, na razie łapki małe i krótkie, ale z każdym dniem będzie szło nam lepiej, w szaleńczych gonitwach z końca na koniec mieszkania omal nie rozbijamy sobie głowy o ściany. A potem poszukamy sobie takiego zakamarka do spania, że nikt nas tam nie znajdzie. Najlepiej w jakiejś szafie lub szafce, do której wślizgniemy się przez leciutko uchylone drzwiczki i zakopiemy się po uszki w ręcznikach, swetrach, czy co tam będzie. Po udanej drzemce odwiedzamy kuwetę, rozsypując przy okazji żwirek po całej łazience. Potem obowiązkowa gimnastyka i ostrzenie pazurków - nic nie nadaje się do tego celu tak świetnie jak kanapa i fotele w salonie. Teraz do kuchni na małe co nieco. Niewinna sprzeczka przy miseczkach i nie wiadomo jak to się stało, że cała woda ze sporej miski wylana na podłogę. Jednak nie mam o to pretensji. Moje zwierzęta nie są przecież pluszowymi zabawkami. Są o niebo fajniejsze. Godzinami mogę patrzeć na ich gry zręcznościowe i zabawy.

Młode koty są bardzo ciekawskie i wszędzie ich pełno. Z uwagą obserwują wszystko, co dzieje się w mieszkaniu, nawet tak dla nas prozaiczne czynności jak mała przepierka w łazience lub szykowanie sobie posiłku w kuchni, dla nich są nadzwyczaj interesującymi wydarzeniami, które należy dokładnie zdokumentować. To znaczy wszędzie wsadzić nos lub łapkę. Jestem do tych dokumentacji przyzwyczajona i wiem, że żadne „a psik" nie skłoni kociaków do odstąpienia od swoich behawioralnych badań. Cała sztuka polega wtedy na tym, że trzeba uważać, żeby nie odciąć kotu łapki razem z kawałkiem właśnie krojonego sera. Jak na razie wszystkie moje koty mają po cztery łapy, więc chyba jestem w tym dobra. Jednak to, co dla rasowego miłośnika kotów jest normalne, nie wszystkim takie się wydaje.

Jakiś czas temu odwiedził mnie mój brat Marek. On i jego rodzina również uważają, że jak w domu nie ma zwierząt, to czegoś mu brak. Toteż zawsze mają jakiegoś zwierzaka i zawsze jest nim duży pies. Bardzo się ucieszyłam z wizyty mojego brata, bo on i jego rodzina mieszkają w Toruniu, są zapracowani podobnie jak ja, więc widujemy się raczej rzadko. Usadziłam więc Marka na honorowym miejscu przy stole i zabrałam się za szykowanie herbaty i kanapek. Na kuchenne blaty natychmiast wskoczyło kilka kotów uszczęśliwionych, że coś się dzieje i bardzo ciekawych, co. Z honorowego miejsca przy stole widać prawie całą kuchnię. Krzątam się więc po tej kuchni, szumi woda w czajniku, krojąc chleb wesoło gadam z bratem, ale będzie fajna kolacja. Nakrywam stół, podaję jedzonko, a brat - taki głodny przed chwilą - po żadną kanapkę nie sięga. O co chodzi? - pytam - wolisz coś na gorąco?, Czy one tak po wszystkim łażą? - pyta mój brat, wpatrując się jak zahipnotyzowany w siedzące na kuchennych blatach koty.
- Tak - odpowiadam beztrosko i sięgam po cukierniczkę. Ech, jakiś dziwak z tego mojego brata - nawet herbaty nie tknął. Ale czas wracać do teraźniejszości.

Za nami bardzo śnieżna, bardzo mroźna i bardzo dłuuuga zima. Całe stado zniosło ją nadzwyczaj dobrze, choć dużo czasu koty zmuszone były spędzać w domu, stłoczone na niewielkiej jego powierzchni, bo nasz ogródek i okoliczne trawniki przysypał śnieg, tworząc miejscami zaspy metrowej niemal wysokości. Ale nie zauważyłam, aby wybuchały jakieś konflikty. W naszym stadzie panuje bowiem od dawna ustalona i przestrzegana hierarchia. Starsze koty w mig uświadamiają nowo przybyłym maluchom, gdzie jest ich miejsce. Na ogół do wszystkiego na końcu. A maluchy instynktownie stosują się do zasad, a oprócz tego szybko uczą się poprzez podpatrywanie i naśladowanie zachowań innych kotów. Toteż z wychowywaniem kolejnych pokoleń nie mam wielkiego kłopotu, bo stado samo się wychowuje. Tej zimy najmłodsze kociaki, Frezja i Bratek, robiły trochę zamieszania, uprawiając zapasy na dywanach i biegi z przeszkodami po meblach, ale u małych kotów jest to normalne zachowanie. Latem robiłyby to samo, tyle że na trawnikach i na drzewach.

A przed nami, już tuż, tuż wiosna. Jeszcze jej nie ma, jeszcze nie przyszła, ale kotki już jej wypatrują, siedząc na ogrodowych murkach. Noskami łowią podmuchy cieplejszego z każdym dniem wiatru i coraz więcej czasu spędzają w plenerze. Frezja i Bratek będą zdobywać nowe kocie sprawności. Przy okazji, jak co roku, ucierpią niektóre małe sadzonki kwiatów w ogródku. Ale czy z tego powodu mam wpadać w zły humor? Oczywiście, że nie. Posadzi się na ich miejsce nowe. No to skąd tytuł tego felietonu? Paskudne... żartowałam!

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl