Tekst Barbara Kubicka
Przygarnięcie małych kociaków z późnojesiennego miotu nieodmiennie zwiastuje katastrofę w spokojnym i ustabilizowanym życiu naszego stada. Tak było, kiedy jesienią 2007 roku trafiły do nas Lutek i Majówka, jesienią 2008 - Karo i Kier, oraz kiedy ostatniej jesieni podrzucono nam do ogródka Frezję i Bratka, które wcale tak się wtedy nie nazywały i prawdę mówiąc ledwie żyły, bo były zmarznięte, głodne i trapiły je różne paskudne pasożyty takie jak pchły i świerzb. Losy tych jesiennych podrzutków były podobne. Najpierw codzienne, trwające w nieskończoność wizyty w naszej zaprzyjaźnionej klinice, gdzie Weronika i Marcin, sięgając po najnowsze zdobycze medycyny dla zwierząt, doprowadzali, powoli acz uporczywie, kociaki do stanu określanego jako stabilnie zdrowy. W domu najlepsze kąski podsuwane maluchom pod noski pomagały odzyskać wigor i dobre samopoczucie, wynikające z posiadania pełnych brzuszków. Na ogół po tygodniu takich zabiegów małym kotkom już nie wystarczało spanie całymi dniami z uczuciem błogości, z powodu ustępujących chorób oraz pysznego jedzonka w nieograniczonych ilościach. Czas na podbój świata!
I tu właśnie zaczyna się katastrofa, ponieważ w międzyczasie nadchodziła zima, ogródek nieczynny, na zewnątrz zimno, wiatrzysko wieje, pada śnieg lub deszcz - słowem pogoda podbojowi świata nie sprzyja, ba, nie sprzyja nawet jego zwiedzaniu. I do odkrycia i podbicia jakiegoś nowego terytorium przedsiębiorczym, żądnym nowych wrażeń kotkom cóż w końcu zostaje? Niestety - tylko nasze niewielkie mieszkanie. I o ile dorosłe koty na ogół są na swoich miejscach i zachowują się przewidywalnie, to jeśli chodzi o małe koty - nigdy nic nie wiadomo. Usilnie reklamowany przeze mnie maluchom koszyczek - z nadzieją, że cała para pójdzie w zabawki - dosyć szybko przestaje być atrakcją. Nadchodzi czas bardziej ambitnych zadań. Wspinamy się po firankach, wskakujemy na co się da, na razie łapki małe i krótkie, ale z każdym dniem będzie szło nam lepiej, w szaleńczych gonitwach z końca na koniec mieszkania omal nie rozbijamy sobie głowy o ściany. A potem poszukamy sobie takiego zakamarka do spania, że nikt nas tam nie znajdzie. Najlepiej w jakiejś szafie lub szafce, do której wślizgniemy się przez leciutko uchylone drzwiczki i zakopiemy się po uszki w ręcznikach, swetrach, czy co tam będzie. Po udanej drzemce odwiedzamy kuwetę, rozsypując przy okazji żwirek po całej łazience. Potem obowiązkowa gimnastyka i ostrzenie pazurków - nic nie nadaje się do tego celu tak świetnie jak kanapa i fotele w salonie. Teraz do kuchni na małe co nieco. Niewinna sprzeczka przy miseczkach i nie wiadomo jak to się stało, że cała woda ze sporej miski wylana na podłogę.
Więcej przeczytaj w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 89 marzec 2010