Tekst Anna Bańkowska
KOCIE SPRAWY - Nr 88 LUTY 2010
Wyspa, którą musiał mieć na myśli Gałczyński, pisząc: „A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź...", gdzie lato trwa przez cały rok, gdzie - nie przekraczając granic Unii Europejskiej - można zapomnieć o październikowym śniegu i nawet w listopadzie pławić się w morzu... Wyspa, o której słowami Agnieszki Osieckiej śpiewała Maryla Rodowicz „... i na wyspach bananowych bananówkę pić", to z pewnością jedna z siedmiu Wysp Kanaryjskich.
Największą z nich - przypominającą kształtem głęboką kokilkę z rączką - jest Teneryfa. Od czasów, kiedy dla Polaków stanowiła szczyt szpanu, minęło wiele lat, i teraz - jeśli zrezygnuje się z usług kosztownych biur podróży - można spędzić tu miesiąc taniej i w znacznie lepszych warunkach niż np. w Jastarni. Oczywiście, dotyczy to tylko kosztów wynajęcia mieszkania, bo różnych pokus tu bez liku.
Oto Los Gigantes, małe miasteczko u stóp ogromnych klifów, o które przez cały czas tłuką oceaniczne fale. Jest tu przystań dla jachtów i stateczków wycieczkowych. Na pokładzie stylowego żaglowca można wypłynąć na ocean, w miejsca, gdzie pokazują się skorumpowane przez tutejszych szyprów delfiny i wieloryby. Podczas dwugodzinnej wycieczki serwowany jest symboliczny lunch, za to sangria - tutejszy alkoholizowany kompot - leje się szerokim strumieniem. Przy niewielkiej marinie usadowiły się knajpki - od eleganckich, z białymi obrusami, do typowych barów, gdzie pod parasolem można napić się piwa czy sangrii. Chociaż w miasteczku nie brak restauracji, tylko w tych portowych serwują miejscowy przysmak - sardynki na gorąco - z grilla albo smażone.
Zwykle w takich tawernach kręcą się stada kotów - na wyspach greckich czy we Włoszech to normalny widok - tu jednak tylko od czasu do czasu przemyka pojedynczy futrzak, ale raczej nie jest to kot bezpański. Raz w jednej z knajpek spotkaliśmy nawet prawdziwego arystokratę z obróżką na szyi. Pytanie, gdzie się podziały koty portowe, nie dawało mi spokoju, dopóki nie odwiedziłam lokalnego supermarketu. Tu wreszcie poznałam odpowiedź: otóż koty z bananowej wyspy, zamiast pędzić leniwy, bananowy żywot w oparach bananówki (czy sangrii), zajęły się biznesem. Nie muszą już żebrać o rybi ogon w tawernach. Założyły przetwórnię i produkują sardynki w puszkach, do czego przecież mają wrodzoną smykałkę. No bo komu innemu wpadłoby na myśl, żeby firmę nazwać MIAU? Interes musi wymagać mnóstwa siły roboczej - w okolicznych nadmorskich miejscowościach, takich jak Costa Adeje czy Playa America, także kotów jak na lekarstwo, wszystkie pracują! Taką sardynkę trzeba przecież najpierw złapać, potem hm... zdekapitować, zalać oliwą..., zapuszkować. W sam raz zadanie dla kota, który przy okazji sam się wyżywi - ktoś musi zjadać te łby i ogony, a poza tym jakie to ekologiczne!
Może i nasze polskie lenie warto by zapędzić wreszcie do jakiejś roboty?


