Tekst Anna Kopeć-Twardowska
Magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 89 MARZEC 2010
Przychodzi do nas niespodziewanie lub wybieramy go starannie spośród wielu innych. Spotykamy go na swojej drodze, a bywa, że on nas spotyka... I tak do końca nie jesteśmy pewni, czy to my wybieramy Kota - czy Kot wybiera nas.
Marcello - jeden z potomków mojej kotki Matyldy, pomimo dorosłego już wieku, ciągle pozostawał w gnieździe rodzinnym. I być może odpowiadałaby mu pozycja maminsynka, gdyby przystała na to jego mama, ale ta wyraźnie dawała mu do zrozumienia, że dzieciństwo już się skończyło. Nie był więc rozpieszczany przez swoją mamusię w nieskończoność. Jego rodzeństwo dawno już miało nowych opiekunów, nowe otoczenie i nowe imiona, a on pozostawał ciągle na wydaniu...
Ja natomiast, nauczona doświadczeniem, również nie planowałam zatrzymać męskiego kociego osobnika. Dlatego nadal poszukiwałam dla niego domu.
Pierwsza hurraoptymistyczna amatorka jego wdzięku, podrapana i wyczerpana bezsennością, pokornie poddała się po upływie niespełna tygodnia.
Kolejni śmiałkowie już po kwadransie obcowania z uroczym młodzieniaszkiem dyskretnie naciągali mankiety na zagrożone dłonie... wycofując się chyłkiem z niewinnej zabawy... Muszę nadmienić, że Marcello był najładniejszym kotkiem w tym miocie, toteż chętnych na jego przejęcie nie brakowało... Jednak on miał swoje plany!
Z czasem nabierał coraz większego doświadczenia w odpieraniu zakusów zawłaszczeniowych.
Na widok potencjalnego opiekuna potrafił tak skutecznie ukryć się w domowych zakamarkach, że można było zwątpić w jego istnienie.
Wypracował też szczególny rodzaj intuicji... kiedy umawiałam następną wizytę, Marcello z kilkudniowym wyprzedzeniem zaczynał ostentacyjnie kichać, sapać i matowieć...
Trafiał więc do doktora, a zalecana kuracja oddalała widmo wydania.
Na krótko. Do następnego podejścia...
Nawracające kłopoty zdrowotne zaprzyjaźniony lekarz postanowił wyleczyć inhalacjami!
Wiadomo, że taka terapia pochłania znacznie więcej czasu.
No cóż, nie mogłam przecież oddać Chorego Kotka, choćby w najlepsze ręce...
A jakiż cierpliwy był i zdeterminowany podczas całej tej kuracji! Buchające z inhalatora pary wchłaniał swoim maleńkim noskiem jak najprzyjemniejsze zapachy!
Wkrótce mój Marcelek stał się ulubieńcem całej lecznicy!
Mój...? Tak! Już wiedziałam, że Mój!
A On wydawał się wdzięczny, ufny i spełniony.
Potulnie siedział w koszyczku i przymrużając po kociemu oczyska, mruczał: Szkoda tylko, że nie zrozumiałaś od razu, że Marcello po prostu nie chce odejść.