Zwierzaki Zaczarowanego Ogrodu - Radości i smutki

Tekst Maria Kaniewska
KOCIE SPRAWY - Nr 83 WRZESIEŃ
 

Wakacje w ogrodzie pełnym zakamarków i tajemnic pod czułą opieką mamy i babci przynosiły nowe doświadczenia. Zabawy przeplatały się z nauką przygotowującą do dorosłego życia.
Kotki nie były wolne bynajmniej od niebezpieczeństw i to w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Pewnego razu, kiedy w najlepsze bawiły się we wspinaczkę po młodym drzewku, zauważyłam nagle, że nasz kocurek-jedynaczek wisi nieruchomo. Okazało się, że zaklinował się w rozwidleniu pnia tak, że nie miał już siły podciągnąć tylnych łapek. Tutaj jego mama byłaby bezradna, zresztą teraz często pozwalała im na zupełnie samodzielne zabawy. Chyba właśnie w taki sposób wiele kotów traci życie w uchylnych oknach.

Kiedy maluchy zaczęły jeść samodzielnie, największym problemem było... chronienie ich przed żarłocznością babci. Mama zresztą też chętnie wyjadała smaczniejsze na pewno od jej karmy „juniorki", nie robiła tego jednak w sposób tak zachłanny i bezceremonialny jak Paćka. Może zresztą była w tym jakaś metoda, jakaś szkoła przetrwania, przydatna w sytuacjach, kiedy nie zawsze jest dostępna pełna miseczka. Małe jadły na ogół zgodnie, a my wspominaliśmy, jak to wśród dzieci Mrozi wcześnie zarysowały się wyraźne indywidualności. Kiedyś zaobserwowaliśmy, jak jeden z dwumiesięcznych kotków przycisnął łapką łebek braciszka, żeby nie dopuścić go do jakiegoś smacznego kąska. Dopiero wtedy, kiedy sam się najadł, łaskawie zezwolił na uczestnictwo w obiedzie. A kiedy Mrozia przyniosła dzieciom półżywą sikorkę, porwał ją i groźnie warcząc (co nas u takiego maleńkiego kłębuszka tylko rozśmieszyło, ale dla rodzeństwa było wyraźnym sygnałem ostrzegawczym), zaanektował ją dla siebie. Reszta kotków otoczyła go kręgiem i pokornie, a może nawet z szacunkiem, czekając na swoją kolej, przypatrywała się bez protestu. Nasz znajomy, któremu obiecaliśmy jednego z małych, kiedy opowiedzieliśmy mu tę historię, poprosił, żeby przywieźć mu właśnie Waleczne Serce.

Wszyscy wiedzą, że kocia mama przynosi swoim dzieciom upolowaną zdobycz, ale dopiero długa obserwacja pozwala docenić, jak wiele instynktowej roztropności i troski kryje się w takim działaniu. Za pierwszym razem kotka przynosi nieżywą mysz. Można by uznać, że całkiem niepotrzebnie, bo małe obwąchują ją bez zbytniego zainteresowania, po czym wracają do swoich, kocich spraw. Bywało, że mysz leżała obok nich na posłaniu albo na podłodze, a my musieliśmy być czujni, żeby na nią nie nadepnąć. Następny etap to myszka jeszcze trochę ruszająca się. O, to już coś innego. Nawet jakby pachniała inaczej! Najdzielniejszy chwyta ją i wynosi w bezpieczne miejsce jak własną zdobycz. Kolejne etapy to myszki bardzo ruchliwe, łatwo umykające, ale też szczególnie dla małych myśliwych atrakcyjne. Mimo iż na ogół udawało im się uciec, zdecydowanie zaostrzały apetyty. (W pewnym sensie robiliśmy małym kotkom krzywdę, zakłócając tok edukacji, bo nie pozwalaliśmy na męczenie myszek, tylko wynosiliśmy je w drugi koniec ogrodu.) No, ale samodzielne polowania jeszcze się nie udawały - wszystko jedno, czy to była mucha, czy motyl, czy ważka. O myszce nie było na razie co marzyć, ale mama dbała, żeby dzieci nie zapomniały, jak myszka pachnie, i podsycała ich zainteresowanie ciągle nowymi zdobyczami.

Niestety, nie wszystkie zdobycze byliśmy w stanie zaakceptować. Pewnego razu mama przyniosła dzieciom na wpół żywą młodą wiewiórkę. Dla dorosłego kota wiewiórka stanowi wyjątkową atrakcję, mieliśmy nie raz okazję to obserwować. Kiedy pewnego razu znaleźliśmy nieżywe stworzonko (najwyraźniej w czasie szalonej gonitwy spadła z drzewa albo ze stromego dachu), nasza Mela porwała je natychmiast, groźnie warcząc. Kocięta były jednak chyba jeszcze za małe, żeby docenić poświęcenie swojej mamy, i zupełnie zignorowały nową zdobycz. Dla nas było to jednak traumatyczne przeżycie, musieliśmy bowiem skrócić cierpienia nieszczęsnej wiewiórki. Prawdziwym szokiem był więc widok kocicy, która po półgodzinie pojawiła się... z nową wiewiórką. Historia się powtórzyła, a kiedy zobaczyliśmy trzecie wiewiórcze dziecko zwisające z pyszczka „dobrej mamy", mieliśmy ochotę srogo ją ukarać. Trudno w to uwierzyć, ale tego dnia życie straciły cztery młode wiewiórki, i to zupełnie daremnie, bo kotki nie podzielały entuzjazmu swojej mamy.

Wiewiórki mieszkają u nas od zawsze. Często obserwujemy karkołomne gonitwy wokół pni dużych drzew - rude płomienie śmigają tak szybko, że nie da się tego w żaden sposób fotografować. Efektem wielu moich prób były liczne zdjęcia pnia drzewa... bez śladu wiewiórki. Są też oczywiście skoki, zdawałoby się bez najmniejszej szansy powodzenia: z grubego konara na cieniutką, chwiejną witkę brzozy, lot w powietrzu i szczęśliwe lądowanie na następnej cienkiej gałązce, żeby w końcu dotrzeć do celu na kolejnym drzewie. Gdzie mieszkają? Nie wiadomo. Przez wiele lat najczęściej odwiedzały jedną z sosen. Byliśmy na sto procent pewni, że gdzieś tam musi być dziupla z przytulnym mieszkankiem ocieplonym na zimę, ale kiedy pewnego razu wichura obaliła tę sosnę, nie było tam najmniejszego śladu jakiegokolwiek gniazda czy dziupli.

Mimo swego niewątpliwego uroku wiewiórka prowadzi w ogrodzie gospodarkę rabunkową, pozostawiając różnorodne ślady swojej działalności. Do działalności pożytecznej należy jedynie... sadzenie lasu. Wszystkie dęby, orzechy włoskie i leszczyny w naszym ogrodzie to zapomniane wiewiórcze zapasy. Natomiast w sadzie wiewiórki bezceremonialnie objadają zawiązki śliw i mirabelek, zaspokajając głód „na bieżąco".

Zarówno wiewiórki, jak i sójki są sprawcami niejednego ptasiego dramatu. Te urodziwe potwory dobierają się do gniazd, gustując w jajkach (wiewiórki) i pisklętach (sójki). I tu jesteśmy bezradni. Na szczęście niektóre ptaki są w stanie przepłoszyć większego od siebie wroga.

Nasze kotki były na razie nieświadome obecności innych zwierząt w ogrodzie, mając ważniejsze sprawy na głowie. Miały na przykład swoją kuwetę, a właściwie wielką miednicę z piaskiem, i choć na dwór był jeden skok, chętnie z tego piasku korzystały. Początki były dla tych zdolniejszych trudne, bo kiedy już maluch przykucał i z natchnioną miną zaczynał robić to, co należało, reszta rodzeństwa urządzała na niego polowanie, radośnie brykając i przewracając go w najmniej stosownym momencie.

Kiedy wieczorem całe towarzystwo wracało na noc do domu, zaczynała się najdziksza z zabaw, w której mama brała udział z takim samym zapałem jak młodzież. Zaczynało się to od szalonego galopu przez całą długość tapczanu, po czym każdy z kolejki biegaczy musiał obowiązkowo wpaść głową w dziurę w miejscu, gdzie tapczan nie dochodził do ściany. Nie chodziło o to, żeby tam wskoczyć z honorem - nie, głowa była już na dole, a ogonek sterczał jeszcze na powierzchni. Kiedy słychać było uderzenie o podłogę, następny ogonek sygnalizował, że kolejny sportowiec podąża śladem pierwszego. Ten, który zdołał już złapać równowagę i stanąć na czterech łapkach na podłodze, zawracał biegiem, żeby ustawić się na końcu kolejki. Słychać było tylko kolejne twarde uderzenia łebków: łup! łup! a potem tupot łapek po podłodze. Taka zabawa trwała co najmniej pół godziny, i to każdego wieczora. Mama mieściła się doskonale w otworze i wcale nie była gorsza w wyścigu. Paćka przyglądała się temu obojętnie, najczęściej pochłonięta toaletą, której zawsze poświęcała wyjątkowo dużo czasu.

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl