Tekst Maria Kaniewska
Wakacje w ogrodzie pełnym zakamarków i tajemnic pod czułą opieką mamy i babci przynosiły nowe doświadczenia. Zabawy przeplatały się z nauką przygotowującą do dorosłego życia.
Kotki nie były wolne bynajmniej od niebezpieczeństw i to w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Pewnego razu, kiedy w najlepsze bawiły się we wspinaczkę po młodym drzewku, zauważyłam nagle, że nasz kocurek-jedynaczek wisi nieruchomo. Okazało się, że zaklinował się w rozwidleniu pnia tak, że nie miał już siły podciągnąć tylnych łapek. Tutaj jego mama byłaby bezradna, zresztą teraz często pozwalała im na zupełnie samodzielne zabawy. Chyba właśnie w taki sposób wiele kotów traci życie w uchylnych oknach.
Kiedy maluchy zaczęły jeść samodzielnie, największym problemem było... chronienie ich przed żarłocznością babci. Mama zresztą też chętnie wyjadała smaczniejsze na pewno od jej karmy „juniorki", nie robiła tego jednak w sposób tak zachłanny i bezceremonialny jak Paćka. Może zresztą była w tym jakaś metoda, jakaś szkoła przetrwania, przydatna w sytuacjach, kiedy nie zawsze jest dostępna pełna miseczka. Małe jadły na ogół zgodnie, a my wspominaliśmy, jak to wśród dzieci Mrozi wcześnie zarysowały się wyraźne indywidualności. Kiedyś zaobserwowaliśmy, jak jeden z dwumiesięcznych kotków przycisnął łapką łebek braciszka, żeby nie dopuścić go do jakiegoś smacznego kąska. Dopiero wtedy, kiedy sam się najadł, łaskawie zezwolił na uczestnictwo w obiedzie. A kiedy Mrozia przyniosła dzieciom półżywą sikorkę, porwał ją i groźnie warcząc (co nas u takiego maleńkiego kłębuszka tylko rozśmieszyło, ale dla rodzeństwa było wyraźnym sygnałem ostrzegawczym), zaanektował ją dla siebie. Reszta kotków otoczyła go kręgiem i pokornie, a może nawet z szacunkiem, czekając na swoją kolej, przypatrywała się bez protestu. Nasz znajomy, któremu obiecaliśmy jednego z małych, kiedy opowiedzieliśmy mu tę historię, poprosił, żeby przywieźć mu właśnie Waleczne Serce.
Wszyscy wiedzą, że kocia mama przynosi swoim dzieciom upolowaną zdobycz, ale dopiero długa obserwacja pozwala docenić, jak wiele instynktowej roztropności i troski kryje się w takim działaniu. Za pierwszym razem kotka przynosi nieżywą mysz. Można by uznać, że całkiem niepotrzebnie, bo małe obwąchują ją bez zbytniego zainteresowania, po czym wracają do swoich, kocich spraw. Bywało, że mysz leżała obok nich na posłaniu albo na podłodze, a my musieliśmy być czujni, żeby na nią nie nadepnąć. Następny etap to myszka jeszcze trochę ruszająca się. O, to już coś innego. Nawet jakby pachniała inaczej! Najdzielniejszy chwyta ją i wynosi w bezpieczne miejsce jak własną zdobycz. Kolejne etapy to myszki bardzo ruchliwe, łatwo umykające, ale też szczególnie dla małych myśliwych atrakcyjne. Mimo iż na ogół udawało im się uciec, zdecydowanie zaostrzały apetyty. (W pewnym sensie robiliśmy małym kotkom krzywdę, zakłócając tok edukacji, bo nie pozwalaliśmy na męczenie myszek, tylko wynosiliśmy je w drugi koniec ogrodu.) No, ale samodzielne polowania jeszcze się nie udawały - wszystko jedno, czy to była mucha, czy motyl, czy ważka. O myszce nie było na razie co marzyć, ale mama dbała, żeby dzieci nie zapomniały, jak myszka pachnie, i podsycała ich zainteresowanie ciągle nowymi zdobyczami.
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 83 wrzesień 2009