Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

POZWÓL ODEJŚĆ – RZECZ O UMIERANIU, EUTANAZJI I UPORCZYWEJ TERAPII – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 169 LISTOPAD 2016

Tekst: ANONIMOWA WOLONTARIUSZKA
– „KOTY Z GÓRALSKIEJ – WROCŁAW”


Patrzenie na śmierć rozłożoną na raty nigdy łatwe nie jest. Przynajmniej dla tych, którzy mają w sobie choć odrobinę empatii. Są jednak osoby, dla których zdecydowanie większą trudnością jest podjęcie tej ostatecznej decyzji i pozwoienie zwierzęciu na odejście w sposób humanitarny, szybki i bezbolesny. Stąd ten tekst, choć pisać mogę tylko o własnych doświadczeniach.
Zacznijmy od konkretnych przykładów. Będą dwa. Myślę, że znaczące.

Siva
Kotka rutynowo łapana do sterylizacji. Dzika dzicz. Przepiękna. Srebrny lis. Pierwszy raz zobaczyłam ją późną wiosną w klatce bytowej u koleżanki na strychu. Same zęby i pazury. Spojrzała na mnie w taki sposób, że potylica swędziała mnie jeszcze tydzień. M. śmiał się, że kot pewnie mnie wybrał. Kotka kiepsko oddychała: charczała, nie domykała pyszczka. Przeleczyliśmy ją i wypuściliśmy w miejscu jej bytowania. Późną jesienią była w tak złym stanie, że sama zapakowała się do wystawionego transportera. Do mnie trafiła w połowie stycznia. M. śmiał się jeszcze bardziej. Długie diagnozowanie, szukanie przyczyny choroby. Kot rzęził jak Lord Vader, miał chyba zapalenie wszystkiego i okazał się jedną wielką wadą wrodzoną: nieprawidłowa budowa czaszki i zbyt wąskie kanały nosowe. Brak odpowiedniej wentylacji powodował ciągłe stany zapalne. W dodatku mar skość wątroby i łojotokowe zapalenie skóry. Chętni na kocicę szybko się wykruszyli, wiadomo było, że Siva zostanie u nas. Diagnoza i rokowania kiepskie: może pożyje jeszcze najwyżej z pół roku. Trudno, „tymczasowanie” dorosłych i chorych kotów zawsze wiąże się z takim ryzykiem. Ale zagryzam zęby i staram się stanąć na wysokości zadania.
Siva była u mnie ponad pięć i pół roku. Pod koniec doszedł problem z kamieniami w pęcherzu (brak możliwości zmiany diety), cukrzyca. Ostatecznie pokonał ją nowotwór trzustki.
To wszystko nie stało się nagle. Siva sypała się po kolei, z matematyczną wręcz precyzją, ale wdrażane leczenie przynosiło dobre efekty. Przyszedł jednak ten moment, kiedy kot, zmęczony już próbami wyregulowania poziomu cukru we krwi (nie było to łatwe, bo Siva była na sterydach, a brak sterydów wiązał się z tym, że kot się dusi), ciągłym domowym pobieraniem krwi, zastrzykami i zachęcaniem do jedzenia… po prostu zawisł nad miską i już nie mógł dalej walczyć.

Gruby
Kastrat, wiek ok. 12 lat z dużym plusem. Towarzyszył każdej łapance kotów na zabiegi.
Namolny, domagający się uwagi, wyjadający wszystkie przynęty. W końcu zabraliśmy go z ulicy, bo wyglądał coraz gorzej. Chwilę później jego nerki odmówiły posłuszeństwa. Standardowa procedura: diagnozujemy, leczymy, znowu badamy. I tak w kółko Macieju. Kocur wreszcie doszedł do siebie, mocznica wyhamowała, choć wyniki dalekie były od ideału. Miał apetyt, bawił się, dobrze funkcjonował. Wiadomo jednak było, że jak się rozsypie, nie będzie już czego zbierać.

Rozsypał się. Po trzech tygodniach płukania kreatynina podskoczyła z 700 do blisko 1000 jednostek (zwykle miał ok. 300 i zachowywał się jak kociak). Stając na rzęsach, wciąż jeszcze byłam w stanie przekonać Grubego do jedzenia. Ale on sam był już coraz słabszy.
Dlaczego o tym piszę? Bo trochę rozumiem tych, którzy chcą ratować zwierzaka za wszelką cenę. Tylko do tego „rozumienia” należy dodać sporo przypisów.

Nadzieja
Jesteśmy tak skonstruowani, że nadzieję mamy do końca. Czekamy na cud, wierzymy w medycynę weterynaryjną, wierzymy w niekonwencjonalne metody leczenia i chwytamy się wszystkiego. Przecież kot spojrzał na mnie przytomnie. Przecież zwymiotował dopiero po trzech godzinach po jedzeniu. Przecież milion innych, drobnych wskazówek. Z nich budujemy sobie ogólny obraz, że jeszcze będzie dobrze. Ciąga się kota po lecznicach, kombinuje, wciąż szuka się tej diagnozy, która utwierdzi nas w słuszności naszej nadziei. Ale lepiej nie jest. Zwierzę zaczyna cierpieć.

Wypieranie/zaprzeczanie
Te dwa pojęcia mocno łączą się z nadzie ją. Że przecież to się nie może tak skończyć. Że jeśli wkładam tyle wysiłku w opiekę, to musi się udać.
To czysto ludzki mechanizm. W takim stopniu zapętlamy się w kolejnych próbach, że przestajemy widzieć, co faktycznie dzieje się z naszym podopiecz nym. Wszystko i za wszelką cenę. A tak na prawdę robimy to tylko dla siebie.

Decyzyjność
Właściwie jej brak. Mając nadzieję, nie wierząc kolejny raz w potwierdzone złe rokowania, odwlekamy decyzję o ostatnim zastrzyku. Nie chcemy tego zrobić, bo wiąże się to z dużą odpowiedzialnością. To wtedy najbardziej się czuje, że jest się całkowicie i absolutnie odpowiedzialnym za życie zwierzęcia. Że trzyma się to życie w swoich rękach. Niektórzy nie są w stanie tego udźwignąć.
Pamiętam doskonale rozmowę o Grubym. Niedziela. Gruby, już z fatalnymi wynikami, pierwszy raz wymiotuje, nie chce już jeść. Dzwonię do pani weterynarz prowadzącej kota i mówię, jak jest. Pytam, czy już. Bardzo nie chcę usłyszeć „tak”. Nie chcę jak diabli, ale słyszę. Przyjeżdża M. Siedzimy z Grubym na kolanach, kot mruczy.
Jak w katalepsji, w końcu się jednak zbieramy.
Nie ma sensu tego odwlekać. W lecznicy, do której trafiamy, lekarka patrzy na wyniki i zaczyna rozmowę. Proponuje transfuzję, ale trzeba jechać gdzie indziej. Więc pytam, ile zyskam. Tydzień? Dwa? Żeby wrócić do punktu wyjścia? Proszę o bezwzględną szczerość i ją dostaję: rokowania żadne. Jestem z kotem do końca. Wieczorem kładziemy kamień na miejscu, gdzie leży Gruby.
Z Sivą było dużo gorzej. Właściwie ze mną było dużo gorzej: nerwy napięte do granic niewytrzymałości, niemal histeria. M. tylko patrzył, zajmował się kotem. Powiedział w końcu: „puśćją, bo się obie zamęczycie”. Chociaż było to jak kopniak w twarz, posłuchałam. Miał rację. Szybki telefon, ostatnia konsultacja, jedziemy. W lecznicy „Jeju, to znowu pani…” i moje „niestety tak”. Położyliśmy kolejny kamień.

Tych kamieni jest już wiele. Dużo za dużo.
Za chwilę będzie kolejny, bo piszę ten tekst z onkologiczną Perfidią na kolanach. Nowotwór rośnie z prędkością światła. Gdyby była to łapa, już byłoby po amputacji. Ale to żuchwa. Zamiast kości jest papa, zęby wiszą w miękkiej tkance.

W czwartek kotka jeszcze mogła ziewnąć, dziś sprawia jej to problem. Przed nią nie miesiące, ale tygodnie. Lub nawet dni.
Patrzę na nią i wiem, że teraz wszystko musi się kręcić wokół niej. Nie zdecyduję się na żadne zabiegi chirurgiczne, bo trzykrotnie już usłyszałam, że nie rokuje. Konsultacje onkologiczne będą, ale po to tylko, żeby zapewnić kotu jak najlepsze warunki i paliatywną pomoc.

Jeśli chodzi o mnie samą, mam dwa wyjścia.
Mogę siąść, ryczeć jak bóbr i mieć nadzieję na cud. Mogę też spiąć się ostatkiem sił i jeszcze zawalczyć o jej przyzwoitą formę i koniec życia bez bólu. Bramka nr 2. Przerabiałam to już tyle razy, a wciąż czuję się jak świeżak.
Tak, wielokrotnie wspominałam, że jestem przeciwnikiem uporczywej terapii. Uważam, że w takich działaniach zwierzę po prostu zostaje gdzieś zgubione. A przecież to się robi dla niego.
Jaki sens ma kolejny tydzień życia w bólu, karmienia sondą, męczenia kolejnymi badaniami? Tu nie chodzi o pieniądze, nie chodzi o nasz czas. Dla zwierząt ważna jest jakość życia, nie jego długość!

Bo co będzie miał zwierzak z kolejnej doby leżenia plackiem na swoim posłaniu i czekania na kolejny zastrzyk, który otumani go na tyle, że bólu nie poczuje? Nic. Kompletnie i literalnie NIC.
Korzystamy teraz z Perfidią z tego, że ból jeszcze nie przyszedł; rozpieszczam kota. Ale też widzę już po niej, że się zaczyna. Nieodwołalnie i nie odwracalnie. Wiem też, że będę przechodzić przez takie historie jeszcze wiele razy.
Puszczę ją, choć – jak to się ładnie określa – pęknie mi serce. Jeśli nie będę w stanie tego zrobić, dostanę kolejnego „kopniaka” i się zbiorę. Nie dla siebie. Dla niej. Bo humanitarna i bezbolesna śmierć ukochanego zwierzęcia to ta największa pomoc, jaką możemy zapewnić naszym podopiecznym.