Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

MACIERZYŃSTWO WŚRÓD 16 KOCICH ŁAPEK - cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 164 CZERWIEC 2016

Tekst i zdjęcia:

Zuzanna Wasiukiewicz-Balkowska,
GRUPA NEKO (WWW.GRUPANEKO.WROCLAW.PL)


Koci Tata

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Temat rzeka.
Oczywiście mówię tu o Naszym Kocim Tacie. Mało jest mężczyzn, którzy nazywają się dumnie Kocimi Ojcami. Takich, którzy mają jednego kota, jeszcze się znajdzie, dwa – też, ale ojciec czwó
rki kotów! Poza Naszym Kocim Tatą innego nie znam.
Marzeniem mojego męża od zawsze było posiadanie kota. Wychował się w domu, w którym zwierząt nie było. Były tylko takie przychodzące. Z tego młodzieńczego okresu najbardziej znana mi jest historia Kojaka, dużego czarno-białego kota regularnie stołującego się w ogrodzie moich teściów, o ogrodach sąsiadów nie wspominając. Z opowiadań wiem, że był to typ kota, który z rybą w zębach przemaszerowywał przed pyskiem owczarka sąsiadów, nic sobie z tego nie
robiąc.
Ot, kot odważniak.
Sentyment do kotów drzemał od zawsze w Naszym Kocim Tacie. Jego wielkie prokocie serce pomieściło miłość dla czterech naszych sierściuchów: Vigusia, Tibra, Leenki i Tusi. Myślę, że największym zrozumieniem i odwagą wykazał się przy adopcji Tusi. Ja byłam już w zaawansowanej ciąży i umyśliłam sobie, że pragnę mieć kolejnego – czwartego kota. Zawsze chciałam mieć trikolorka, więc gdy zobaczyłam Tuśkę... chyba nie muszę tłumaczyć. Nie było żadnych kłótni, nagabywań, tylko obietnica, że na razie 16 łapek to liczba wystarczająca.
Zaangażowanie, z jakim Nasz Koci Tata oddaje się kotom, jest godne podziwu. Zawsze ma czas, żeby każdego kota obdarować głaskami. Dzielnie sprząta najbardziej nieciekawe zawartości kocich kuwet, jeździ do weta, a co najważniejsze – będąc bardzo zapracowanym, znajduje jeszcze czas na to, żeby pracą własnych rąk wyczarować coś dla naszych kotałek (domek z kartonów, półki…).
Teraz przed nami kolejny etap – narodziny dziecka.
Jak każdy przyszły rodzic i posiadacz kotów mój mąż też spotykał się przez ostatnie miesiące z pytaniem:
„Co wy zrobicie z kotami? Przecież będziecie mieli dziecko!” Dzięki naszym rozmowom dzielnie stawiał
czoło takim zarzutom, a cięte riposty (w których mój mąż jest mistrzem) nie pozostawiały złudzeń, że koty
były, są i będą w naszym domu.
Nasz Koci Tata ma złote serce i zawsze ogromną cierpliwość do naszych kotałek. To niebywałe, ile w mężczyźnie drzemie pokładów wrażliwości.

Zwierzęta w moim domu
Od dziecka pamiętam zwierzaki w rodzinnym domu.
Pierwsza była bura kotka o imieniu Kubusia (bo na początku miała być Kubą). Pojawiła się jeszcze przed moimi narodzinami. Gdy przyszłam na świat, Kubusia wykazała się matczynym instynktem i pilnowała mnie w łóżeczku. Przeżyła z nami 11 lat. To była prawdziwa dama, trochę zdystansowana – mizianie
odbywało się tylko wtedy, kiedy ona tego chciała.
W międzyczasie, gdy miałam 8 lat, pojawiła się Sunia, pies-znajda. Została z nami przez kolejne kilkanaście lat. To było zwierzątko, które nauczyło mnie wszystkiego. Przede wszystkim odpowiedzialności i bycia obowiązkową. Do mnie należały poranne i popołudniowe spacery, czesanie, mycie misek. A gdy byłam już starsza, również wizyty u weterynarza.
Wspaniała szkoła życia dla młodego człowieka, która zaprocentowała empatią zarówno w stosunku do zwierząt, jak i ludzi. Po Suni był rok żałoby, bez zwierzątek w domu. I pojawiła się Mrówa. Schroniskowa, wycofana psina, w której moja mama zakochała się od pierwszego wejrzenia. Mrówa do tej pory mieszka w rodzinnym domu. Jest już bardzo wiekową panią (17 lat) i mimo wielu starczych dolegliwości, nadal zachowuje pogodę ducha. To pies, który całym swoim psim serduchem odwdzięczył się za cudowne, spokojne życie.

W końcu przyszła kolej na to, by wymienić nasze koty. Vigo – przedstawiciel kociej arystokracji. Z zachowania, nie z urodzenia. Typowy przykład kota Bonifacego: „śpię, leżę, burczę, gdy się mnie budzi, reszcie udzielam rad lub nagan, pierwszy domagam się zapełnienia miski”. Kocia bida przygarnięta ze szkółki jeździeckiej. Kot, który na samym początku swojej bytności w naszym domu przeszedł bardzo intensywne leczenie zaburzeń neurologicznych spowodowanych głęboką awitaminozą. Najbardziej zapchlony kot świata. Kolejny to Grubcio (trochę z naszej winy, nie dopilnowaliśmy go trochę po kastracji, więc jest na wiecznej diecie). Wierny kompan w łóżkowym wylegiwaniu. Nasze najstarsze „kocie dziecko”. Tibro – szef stada. Zawsze wszystko musi mieć na oku. Wierny kompan Tuśki do zabawy. Kot o ogromnej cierpliwości i niezwykle pogodnym charakterze. Pierwszy miziak. Zawsze ma dużo do powiedzenia. Przygarnięty z wrocławskiego schroniska.

Jakby to powiedział Jackson Galaxy – kot nadrzewny. To dla niego mój mąż zbudował „kocią autostradę”.
Tibro najbardziej ze wszystkich naszych kotów kocha kartony. Będzie najlepszą kocią nianią dla naszego dziecka. To on jako pierwszy kładł się na moim brzuchu, gdy zaszłam w ciążę.
Kolejny kot to Leenka. Niezwykle delikatna i urocza kocia dziewczyna. Przygarnięta jako kocie niemowlę przez moją teściową. Odchowana na butelce. Do tej pory pozostał jej odruch ciumkania i ugniatania, jako efekt wczesnej utraty matki (najlepiej jest ciumkać kocią Mamę pod pachą około 4 rano). Po nastaniu w naszym domu Tuśki, Leenka poczuła instynkt macierzyński.
Jest na każde jej miuknięcie. Co najważniejsze, to największa kocia miłość mojego męża, z wzajemnością.
Tuśka z kolei to prawdziwe kocie dziecko. Mistrzyni demolki, biegu bez orientacji. Ma niespożytą energię, ADHD, jest wszędobylska. Przygarnięta od dziewczyn z Neko. Tricolorka z niezwykłą pręgą na pyszczku, nazywaną „łańcuszkiem od monokla”.
Tuśka nikogo ani niczego się nie boi. Wszystkie koty są przez nią zaczepiane i zapraszane do zabawy. Podobnie jak Karmel, kocha wodę. Najlepiej przebywać w zlewie, gdy Mama albo Tata myją naczynia, fajnie jest też sprawdzać, z czym to Mama robi Tacie kanapkę do pracy. Pierwszy inspektor w dziecięcym pokoju.
Wszystko trzeba sprawdzić. Kot, który całym sobą przygotowuje nas na trudy macierzyństwa, pokazując, że najważniejsze to mieć oczy naokoło
głowy.

Narodziny
Łucja jest już na świecie! Wczoraj wróciliśmy do domu i za nami pierwsza kryzysowa noc. Bąbelek nie chciał nam spać. Efekt był taki, że Łucja płakała, ja płakałam, a Tata chodził na palcach, żeby nie stać się przyczyną kolejnego nieszczęścia. W końcu położyłam sobie Łucję na piersi i przespałyśmy 4 bite godziny.
Po długim przymusowym odpoczynku życie nabrało zawrotnego tempa. Czy czuję się zmęczona? Oczywiście, ale jeszcze bardziej motywują mnie pokonane trudności. Łucja śpi najedzona, a to znaczy, że dobrze się spisałam. A koty...?
Każdy zareagował inaczej. Ku naszemu zdumieniu do Łucji najbardziej garnie się Tuśka. Były obwąchiwanka, włażenie do łóżeczka, a nad ranem próba położenia się na Pańci obok Łucji. A co, ja mam się nie zmieścić? Następny w kolejce jest Vigo, który podchodzi, wącha i obserwuje, co znowu ta Kocia Matka wymyśliła. Przyszła do domu z jakimś „obcym”, pachnącym mlekiem i wyglądającym jak człowiek w skali mikro. Dziwne rzeczy robi ta Nasza Matka.
Tibro i Leenka jeszcze na dystans. Leenka jest chyba najbardziej przerażona z całej czwórki. Przemieszcza się po mieszkaniu jak duch.
Pragnę w tym miejscu podkreślić jedną istotną rzecz.
Żaden, ale to żaden kot nie wykazał agresji w stosunku do dziecka! Koty, tak jak my, potrzebują czasu na ogarnięcie nowej rzeczywistości. Nam jest trudno, a co dopiero im.
Miejmy nadzieję, że teraz przed nami trudny, ale ogromnie satysfakcjonujący czas wczesnego macierzyństwa.
Jestem pełna pozytywnych myśli, choć wiem, że wysiłek przede mną wielki.

Piszę na szybko. Między jednym a drugim karmieniem.

Ot, rzeczywistość matki karmiącej.