Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

KOTY Z GÓRALSKIEJ – Blog Aleksandry Klim i Lucyny Róg-Wolskiej – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 170-171 – GRUDZIEŃ 2016/STYCZEŃ 2017

z cyklu KOCIE BLOGI, CZYLI ROZMRUCZANY INTERNET

Blog to niezwykły, bo zdecydowanie inny od tych, które pokazujemy na łamach naszego miesięcznika. Nie ma tutaj wychuchanych kotków w pięknych pomieszczeniach, jest za to szczypta smutku i realne spojrzenie na trudny los kotów z pewnej wrocławskiej ulicy. Stronę „Koty z Góralskiej” (kotyzgoralskiej.wordpress.com) prowadzą Aleksandra Klim i Lucyna Róg-Wolska, które z oddaniem i determinacją pomagają zwierzętom. Są też obecne na FB

(www.facebook.com/Koty-z-Goralskiej-Wrocław-1593765870868632).

O pracy wolontariusza i pomocy kotom pochodzącym nie tylko z ulicy Góralskiej z Aleksandrą Klim rozmawia Ania Dąbrowska.

Ania Dąbrowska: Jak wygląda ulica Góralska?
Aleksandra Klim: To ścisłe centrum Wrocławia. Nie znaczy to jednak, że jest tam ładnie i przyjemnie.
Góralska jest ślepą ulicą, kończącą się nasypem kolejowym i działkami. Tuż obok znajdują się tereny nieczynnego Dworca Świebodzkiego, dwa budynki mieszkalne, kilka firm. Chaszcze, brud, śmieci po cotygodniowych targowiskach na Świebodzkim i nie tylko. Dziwne ścieżki, jeszcze dziwniejsi przechodnie. Kogoś tam napadnięto, komuś wbito nóż w brzuch. Lynch mógłby kręcić filmy.
Stara kanapa pełna zboża? Facet chodzący w zimie bez butów i gryzący drzewa? Normalka.

 W jaki sposób zaczęła się twoja działalność na Góralskiej?
Trafiłam tam przypadkiem. Jedna z wolontariuszek fundacji, w której kiedyś działałam, puściła w świat ogłoszenie o pięknym kocie w typie syjama, który mieszka na tamtejszych działkach. Kot faktycznie tam był – ani oswojony, ani zdrowy.
Zaczęła się zabawa w głuchy telefon. Rzeczona wolontariuszka przekazywała numer telefonu do koleżanki, koleżanka jeszcze jednej koleżance, a ta – pani dokarmiającej koty. Tak się adopcji nie robi. Akurat skończyłam jedną akcję, więc wzięłam się za Góralską.
Dziś tego kota już nie ma: robaczyca okazała się tak zaawansowana, że kot odszedł, choć do końca go ratowaliśmy. Były też inne koty i było ich dużo. A ja jedna… Z fundacją działać się nie dało – ja chciałam badać koty, bo rozprzestrzeniały się tam choroby zakaźne (FIV, FIP, FelV), a ona miała to w poważaniu, a wręcz uznała to za moją fanaberię. Odmówiono mi nawet finansowania sterylizacji. Głupie rozgrywki personalne, a cierpiały na tym koty.
Wzięłam jednak sprawy w swoje ręce, doszli też inni wolontariusze. Jest nas mało, ale to pozwala skupić się na rozwiązywaniu problemów.

Jakie są koty z ulicy Góralskiej? Pewnie przez sześć lat pracy miałaś okazję dobrze je poznać.
Nasze stado to: Czarek, Oko, Czarni Barbarzyńcy (kilka identycznych kocurów, już kastratów, które włażą nam pod ręce przy karmieniu i domagają się głaskania), Onufry, Afrodyta, Mańka, Klon, Bambaryła, Biały Ogon, Apolinary, Rudzizna, Uszkin, „Ja-Cię-Kiedyś-Gnojku-Capnę”… Część z nich ma FIV, który hula już na dobre w około czterech dzielnicach tej części miasta. W ubiegłym roku pojawiła się też białaczka.

Co robicie z takim chorym kotem?
Gdy widać, że z nim źle, to go łapiemy. Robimy testy – te lepsze, niepaskowe. Kiedy wynik FelV czy FIV jest dodatni, albo wykryty zostaje chłoniak pobiałaczkowy, można już tylko pomóc odejść zwierzęciu. Szybko, bezboleśnie, humanitarnie. Nie jest łatwo, ale ktoś to musi robić.

Ilu kotom udało ci się pomóc do tej pory?
W ciągu sześciu lat wyciągnęłam już jakieś 60 kotów.

W jaki sposób przeprowadzacie adopcje? Czy wszystkie koty znajdują domy?
Ponieważ jestem bardzo restrykcyjna i nieubłagana w kwestiach adopcji, wybieram tylko dobre domy, więc żaden z adopcji nie wrócił. Ile mogłam, „poupychałam” też po rodzinie i znajomych.
Opiekując się tym stadem i szukając domów, za wyznacznik przyjęliśmy opinie weterynarzy prowadzących koty. Jeśli trzeba zrobić drogie badania, to je robimy. Nie ma półśrodków. Potencjalny opiekun dostaje komplet informacji na temat kota i dopiero wtedy podejmuje decyzję.

Doświadczenie uczy, że znalezienie pieniędzy jest tylko kwestią czasu, choć zdarza się nam dokładać z prywatnych, niestety skromnych funduszy.
Ponieważ nie mamy właściwie żadnych domów tymczasowych poza naszymi własnymi, wiele ze zdrowych, oswojonych lub lubiących ludzi kotów musiało wrócić na działki i ulicę. Niestety.

Koty z Góralskiej to nie tylko ty, ale też inne życzliwe kotom osoby. Kto i w jaki sposób pomaga ci na co dzień
Jesteśmy we czwórkę: M. – łapacz i główny transportowiec; pani Danuta – karmicielka i opiekunka pozabiegowców; Lucy prowadząca stronę, czasem FB i nasz OLX; oraz ja człowiek-orkiestra. Pomaga nam fundacja Koci Zakątek, udostępniając swoje konto do wpłat, i gabinet weterynaryjny z ul. Jaracza we Wrocławiu (oby istniał wiecznie!). Okresowo pojawiają się też osoby, które pomagają z doskoku, najczęściej przy transporcie.
Egzaltowanym i histerycznym pomagaczkom już dawno podziękowaliśmy – cenimy sobie spokój, merytoryczność i konsekwencję. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać wszystkich problemów, które na Góralskiej się pojawiają. Robimy, ile możemy.

Powiedz nam coś, proszę, o swoich prywatnych zwierzętach.
Zwierzęta były w domu od zawsze i zawsze darzyło się je ogromnym szacunkiem. Pamiętam z dzieciństwa, jak dziadek któregoś dnia odmówił zabijania kur na rosół, „bo one tak patrzą”. I rosołu nie było.
Wychowałam się z psami, koty pojawiły się później. Przyszły same: z piwnic, podwórek. Zawsze
było ich sporo: u dziadków, u rodziców, teraz u mnie. Psy nadal uwielbiam, ale kompletnie nie mam już na nie warunków przy 14 kotach w domu…

Jak sobie radzisz z takim kocim stadem?
Bywa hardcorowo. Nie jest jednak tak, że nazbierałam sobie zwierząt i nad tym nie panuję. Pracuję w domu, więc jestem z nimi niemal non stop.
A oznacza to też ciągłą pracę ze zwierzakami. Koty nie są tak karne jak psy (zresztą, czy o karanie tu chodzi?), ale sporo rzeczy da się z nimi wypracować. Wszystkie znają kilka podstawowych komend, ta najostrzejsza i ostateczna nie nadaje się do publikacji. Są śmieszne – kiedy coś nawywijają, na przykład doniczka spektakularnie łupnie o podłogę, od razu rozpraszają się po mieszkaniu: jeden niby się myje, drugi właśnie się przeciąga, trzeci akurat czegoś szuka pod kanapą… Doniczka przecież spadła sama…

Nie ma wojen w tej watasze, krew się nie leje. To zgrana banda, ale kosztowało mnie to trochę wysiłku.
Druga strona tej opieki jest nieco mniej przyjemna. Utrzymuję stado sama, tymczasy zazwyczaj
też, co nie mało kosztuje. Nie narzekam jednak, nie czekam, aż mi spadnie z nieba. Po prostu szukam dodatkowego zlecenia, bo przecież nie dam kotom do jedzenia „śmieci” z dyskontów. W końcu te 14 kotów to była moja decyzja, więc konsekwencje też są moje.

Czy twój blog, czasem radosny, a czasem jednak słodko-gorzki, pomaga w pracy na rzecz kotów?
Blog i strona na FB powstały po to, żeby łatwiej było nam pozyskać środki na badania i leczenie. Czasem na wyprowadzenie jednego kota wydajemy sto złotych, czasem blisko tysiąc, nie ma reguły. Na blogu pojawiają się między innymi teksty, które, mam nadzieję, coś komuś mogą uświadomić, pokazać jakiś problem, podsunąć rozwiązanie.

Nasz miesięcznik jest dobrym miejscem, aby przekazać Czytelnikom jakąś myśl lub apel. Razem łatwiej pomagać kotom.
Ciągle mamy pod opieką koty z Góralskiej, które potrzebują domu „na wczoraj”. Są po zabiegach. Jedyną ich wadą jest to, że są dorosłe i po przejściach. Jeśli ktoś z czytających te słowa będzie chciał dać któremuś z naszych podopiecznych dobry dom na resztę życia, będziemy szczęśliwi. Gwarantujemy pełny przegląd weterynaryjny, łącznie z badaniami pod kątem chorób zakaźnych. Wśród takich kotów jest na przykład Maciek – koci ideał z wirusem FIV. Czeka na dom już dwa lata…

Bardzo dziękuję za rozmowę!