Tekst Anna Kopeć-Twardowska
KOCIE SPRAWY - Nr 83 WRZESIEŃ 2009
Sympatie animalistyczne dzielą ludzi na różne grupy. Są fascynaci owadów, rybek i ptaków, zwolennicy żółwi, żab, myszy i szopów praczy, a także słoni, hipopotamów, delfinów i ...dinozaurów. Są nawet wyznawcy zwierząt mitycznych! Jednak największe gremia stanowią miłośnicy koni, psów i kotów.
Natomiast entuzjaści koni dzielą się na psiarzy i kociarzy, z czego nieuchronnie wynika, że najliczniejsze lobby stanowią dwie grupy: Psiarze i Kociarze. Bywa, że Kociarz to i Psiarz, a Psiarz to też Kociarz. I można by pokusić się o analizę osobowości pro-kocio-psiej, jak również pro-psio-kociej, jednak nie zmieni to faktu, że kot to nie pies.
Uświadamia mi to nieustannie mój sąsiad Rysiek. Ilekroć spotykamy się na klatce schodowej, patrzy na mnie wymownie i z naciskiem powtarza: Jedno wiem - kot to nie pies!
Ja natomiast wiem, jaką transformację musiał przejść, zanim zaakceptował osobowość kota.
Kilka lat temu uległ prośbie swojego siedmioletniego synka i wziął ode mnie małego kocurka. Nie byłam wówczas całkowicie przekonana, czy jest to odpowiedni dom dla wypieleszonego potomka mojej kotki Matyldy, chociaż właśnie poszukiwałam dla niego domu. Rysiek, odkąd pamiętam, był zwolennikiem psów. Jeszcze widzę jego rudego kundelka, bezkarnie buszującego po przydomowych rabatach, ale posłusznie przybiegającego na wezwanie właściciela. Później były dwa młode bokserki, hałaśliwie wyciągające Ryśka na spacer... ale już po kilku miesiącach karnie paradowały przy nodze. Ja byłam zawsze kociarą. Sąsiad Rysiek często żartował z moich kocich zamiłowań... a teraz?
Przyzwyczajony do podporządkowania i posłuszeństwa swoich podopiecznych, do podaj łapę, przynieś gazetę, popilnuj dziecka... nie wspominając o bardziej radykalnych komendach: waruj! daj glos! aportuj! - teraz musiał zmierzyć się z zupełnie innym wyzwaniem... Oto wpatrywały się w niego zielone oczy niepokornego wolnego ducha, nowego członka rodziny-Kota.
Czaruś, bo tak został nazwany, za nic miał absurdalne oczekiwania wobec jego nieskrępowanej natury. Do nogi!
- z politowaniem obserwował uwłaczające kociej godności wysiłki wymuszające posłuszeństwo. Przeciągłym ziewnięciem demonstrował brak zainteresowania patykiem, a widok Pana, bezkrytycznie czołgającego się ze sztuczną kością w zębach, oceniał jako żenujący.
Ze swadą natomiast atakował ciągnący się za Panem pasek od szlafroka lub nieoczekiwanie stroszył sierść na zwinięte w kłębek skarpety, dostrzegając w nich tajemniczego przeciwnika.
Sąsiad R., demonstrując ślady kocich pazurków na swoich dłoniach - rzucał w przelocie gorzkie słowa prawdy: - Jedno jest pewne, kot to nie pies!
Minęło trochę czasu, zanim nauczył się, co oznacza merdanie kociego ogona, przytulanie bez przyzwolenia lub zaniedbywanie higieny kociej kuwetki... Doznał też łaski kociej wdzięczności i przymilności.
Z czasem potrafił zachwycać się nieprzewidywalnością i ekwilibrystycznymi zdolnościami swojego... pupilka (?). Z dumą opisywał „opadanie" Czarusia z jakiegoś wysokiego mebla na stół lub popisowe skoki: firana - żyrandol - firana, które to wyczyny odstraszały mniej wyrozumiałych gości.
Kiedy przy kolejnym spotkaniu opowiadał mi o zamiłowaniu Czarusia do zabawy światełkiem ogniskowanym okularami podczas wieczornej lektury - uświadomiłam sobie, że oto jestem świadkiem przeobrażania się typowego Psiarza w Kociarza.
Ten były prześmiewca i twardziel - połknął kociego bakcyla! Pogodził się ze swoją pozycją, stał się też jakby trochę łagodniejszy, bardziej tolerancyjny... ale... jednak... naszą przyjacielską, pełną aprobaty wymianę zachwytów skomentował swoją niezłomną prawdą... Tak, tak. Tą co zwykle. Zrozumiałam wtedy, że osobowość może być pro-psia lub pro-kocia, ale prawdziwy Psiarz to nie do końca Kociarz.