Jeżowe lato

Tekst Barbara Kubicka
 KOCIE SPRAWY - Nr 83 WRZESIEŃ
 

Dokładnie rok temu, opisując, jak minęły nam letnie miesiące opowiedziałam, między innymi, historyjkę o wizycie młodego jeża w naszym ogródku. Jak poczęstowałam go kocim żarciem z puszki okraszonym mielonym mięsem wołowym i jak bardzo jeżusiowi to smakowało i jak przez pewien czas co wieczór zostawiałam tackę dla jeża w naszym ogródku. A na końcu historyjki było takie oto zdanie: „Chyba nasz ogródek był tylko krótkim przystankiem na drodze wędrówki młodego jeża".

W tym roku już pod koniec maja okazało się, że jednak wcale nie. Hurra! Na naszym osiedlu mieszkają jeże! Już po pierwszej tegorocznej wizycie całkiem sporego jeża (może to ten sam, co w zeszłym roku, tylko urósł?) poszukałam w książkach i w Internecie informacji o jeżach. Okazało się, że z wyjątkiem tego, że zapadają w sen zimowy, niewiele ich cykl życiowy różni się od kociego. I że są pod ścisłą ochroną.
No to zabrałam się za tę ścisłą ochronę. Ponieważ jak zwykle całe lato spędziłam w pracy, biorąc różne urlopowe zastępstwa w celu zarobienia jak największej ilości pieniędzy, które potem będę mogła wydawać na dogadzanie swoim zwierzakom, mój letni dzień wyglądał mniej więcej tak: budzikowi ambitnie nastawionemu na godzinę dziewiątą rano rzadko kiedy udawała się misja budzenia mnie o tej porze. Wstawałam raczej bliżej godziny dziesiątej. Łazienka, prysznic, kuchnia, kocie śniadanie, kawa, pobieżne ogarnięcie chałupki, rzut oka na ogródek i już trzeba szykować się do pracy, bo zbliża się godzina dwunasta. Kończyłam o 22.15 i zanim dotarłam metrem ze stacji Świętokrzyska na te swoje Kabaty, robiła się 22.45. Co drugi dzień zamiast skręcić w lewo do siebie - skręcałam w prawo do mojego sklepiku osiedlowego, czyli do Tesco, nieodmiennie błogosławiąc w duchu pomysł stworzenia wielkich powierzchni handlowych czynnych dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Umarlibyśmy z głodu, ja i moje stado bez naszego Tesco. Jak skręcałam w lewo - byłam w domu o 22.50, jak musiałam skręcić w prawo - o 23.50. Niezależnie od pory i pogody tuż przed wejściem do naszego domu czekała na mnie wygłodniała Melisia - pamiętają Państwo ten felieton pt. „Melisiu, co ty wyprawiasz" - wydrukowany w marcowym numerze Kocich Spraw - nic się nie zmieniło, z wyjątkiem tego, że do Melki dołączył wiosną młody, dosyć chudy i strachliwy czarny kotek. Już nie jest ani chudy, ani strachliwy, razem z Melką odprowadzają mnie pod drzwi wejściowe naszej klatki i usadowiwszy się w jej pobliżu, czekają na swoją kolację. Wchodzę do mieszkania. Tam już czekają na mnie kolejne umierające z głodu koty. Szybko przebieram się w domowe szmatki, rozpakowuję zakupy i serwuję kolację, zastawiając całą podłogę w kuchni kolorowymi plastikowymi miseczkami. Koty „domowe" jedzą. Teraz wyciągam dwie czyste tacki i nakładam solidne porcje dla Melisi i jej czarnego koleżki. Wynoszę na podwórko przed naszą klatkę wejściową. Mela i Kumpel, bo tak ochrzciłam czarnego kotka, jedzą, aż im się uszy trzęsą. Wracam do mieszkania i na kolejny talerzyk nakładam sporą porcję kociej puszki i mielonego mięsa wołowego - to porcja dla jeża, którą stawiam na podmurówce w ogródku obok dużej donicy z dalią. I tak co wieczór.

Na początku lata długo trzeba było czekać na jeża, nawet do godziny trzeciej nad ranem. Ale już pod koniec czerwca to jeż czekał na mnie. Nie sposób nie zgodzić się z tezą, że świadczy to o wysokim IQ tego zwierzęcia. Jak tylko wchodziłam do mieszkania, zapalałam światło, otwierałam drzwi balkonowe, on już posapywał, niecierpliwie kręcąc się po trawniku. Pod tym względem mój jeż tym różni się od moich kotów, że zamiast futerka ma kolce. Żwawo podchodził do miseczki, jadł, posapywał i w ogóle nie zwracał uwagi na koty, które też po kilku dniach, a raczej nocach, przestały zwracać na niego uwagę, tym bardziej, że zawsze już były najedzone. Jednej nocy widziałam jednego dużego jeża przy miseczce, a dwa mniejsze baraszkujące na trawniku. Czyli tego lata miałam dodatkowo na utrzymaniu minimum trzy jeże.

Do naszego stada dołączyły też dwie malutkie koteczki - siostrzyczki, a było to tak: pani Grażyna ma parterowe mieszkanie i dużego rudego kota. Kot wychodzi na spacery przez balkonowe drzwi, które pozostają uchylone, dopóki kot nie wróci. Pewnego majowego dnia bezdomna, choć z całą pewnością kiedyś domowa kotka wślizgnęła się za nim do środka, schowała się w garderobie i urodziła trzy kociaki. Pani Grażyna zaczęła więc szukać domów dla tych kociaków i tak, przebywszy ponad kilometr trafiła do mnie. Gdybym owego dnia nie jechała do pracy dopiero na szesnastą - nigdy byśmy się nie spotkały, ale widać - tak miało być. Umówiłyśmy się, że jak tylko kociaki nauczą się same jeść, to jednego przygarnę. I pamiętnego dnia 29 czerwca poszłam po jednego kociaka, a wróciłam z dwoma. Tak cudacznie umaszczonych kotów jeszcze nie widziałam, choć oczywiście nie kolory ich futerek miały znaczenie. Raczej fakt, że dwa kociaki, rodzeństwo, lepiej się chowają. To akurat teraz też się sprawdziło w stu procentach. Pierwszą dobę dziewczynki spędziły za kanapą, płacząc i narzekając. Drugą dobę poświęciły na zwiedzanie nowego mieszkania. A trzeciego dnia wieczorem, kiedy już załapały, że jestem najważniejszym i najmądrzejszym członkiem stada, odważyły się wyjść za mną do ogródka. Po raz pierwszy ich łapki stąpały po zielonej trawie, noski łowiły setki nowych zapachów, strzygły uszkami, poznając nowe odgłosy - słowem był to bardzo interesujący wieczór. I co chwila zerkały na mnie, a widząc, że spokojnie siedzę na swoim zielonym krzesełku, nabierały przekonania, że wszystko jest w porządku. Nie minął kwadrans, kiedy do ogródka wmaszerował jeż. Siostrunie spojrzały na jeża, spojrzały na mnie spokojnie siedzącą na krzesełku i uznały, że w dalszym ciągu wszystko jest w porządku.

Jak widzicie, my tutaj na warszawskich Kabatach żyjemy w zgodzie i w pokoju, przybywających do naszego ogródka gości witamy przysłowiowym chlebem i solą i cieszymy się nawzajem ze swego towarzystwa. Po bardzo długich i wnikliwych obserwacjach moich nowych koteczek wreszcie wymyśliłam dla nich imiona. Wiadomo, że dobre imię to połowa sukcesu. Czacza i Samba. Pasuje jak ulał. A długie wieczory w ukwieconym ogródku nazwałam „Jeżowe lato". Pasuje jak ulał! Bo takie właśnie było. I chyba nikogo nie zdziwi, że jednej nocy śniło mi się, że wracam po pracy do domu, a na kanapie siedzi jeż. Skoro jedzą razem...

Re.Pl



Zapraszamy do odwiedzenia nowopowstałego portalu internetowego   www.re.pl
który działa pod hasłem - Odkryj Polskę na nowo.


Magazyn KOCIE SPRAWY został zaproszony do tego portalu jako partner, do tworzenia działu Koty w serwisie Pasje. 

Zapraszamy do odwiedzenia naszego forum KOTY w tym portalu


Wydawnictwo Elawet Sp. z o.o.
Projekt i Wykonanie: MediaConsulting.pl