Tekst Barbara Kubicka
Dokładnie rok temu, opisując, jak minęły nam letnie miesiące opowiedziałam, między innymi, historyjkę o wizycie młodego jeża w naszym ogródku. Jak poczęstowałam go kocim żarciem z puszki okraszonym mielonym mięsem wołowym i jak bardzo jeżusiowi to smakowało i jak przez pewien czas co wieczór zostawiałam tackę dla jeża w naszym ogródku. A na końcu historyjki było takie oto zdanie: „Chyba nasz ogródek był tylko krótkim przystankiem na drodze wędrówki młodego jeża".
W tym roku już pod koniec maja okazało się, że jednak wcale nie. Hurra! Na naszym osiedlu mieszkają jeże! Już po pierwszej tegorocznej wizycie całkiem sporego jeża (może to ten sam, co w zeszłym roku, tylko urósł?) poszukałam w książkach i w Internecie informacji o jeżach. Okazało się, że z wyjątkiem tego, że zapadają w sen zimowy, niewiele ich cykl życiowy różni się od kociego. I że są pod ścisłą ochroną.
No to zabrałam się za tę ścisłą ochronę. Ponieważ jak zwykle całe lato spędziłam w pracy, biorąc różne urlopowe zastępstwa w celu zarobienia jak największej ilości pieniędzy, które potem będę mogła wydawać na dogadzanie swoim zwierzakom, mój letni dzień wyglądał mniej więcej tak: budzikowi ambitnie nastawionemu na godzinę dziewiątą rano rzadko kiedy udawała się misja budzenia mnie o tej porze. Wstawałam raczej bliżej godziny dziesiątej. Łazienka, prysznic, kuchnia, kocie śniadanie, kawa, pobieżne ogarnięcie chałupki, rzut oka na ogródek i już trzeba szykować się do pracy, bo zbliża się godzina dwunasta. Kończyłam o 22.15 i zanim dotarłam metrem ze stacji Świętokrzyska na te swoje Kabaty, robiła się 22.45. Co drugi dzień zamiast skręcić w lewo do siebie - skręcałam w prawo do mojego sklepiku osiedlowego, czyli do Tesco, nieodmiennie błogosławiąc w duchu pomysł stworzenia wielkich powierzchni handlowych czynnych dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Umarlibyśmy z głodu, ja i moje stado bez naszego Tesco. Jak skręcałam w lewo - byłam w domu o 22.50, jak musiałam skręcić w prawo - o 23.50. Niezależnie od pory i pogody tuż przed wejściem do naszego domu czekała na mnie wygłodniała Melisia - pamiętają Państwo ten felieton pt. „Melisiu, co ty wyprawiasz" - wydrukowany w marcowym numerze Kocich Spraw - nic się nie zmieniło, z wyjątkiem tego, że do Melki dołączył wiosną młody, dosyć chudy i strachliwy czarny kotek. Już nie jest ani chudy, ani strachliwy, razem z Melką odprowadzają mnie pod drzwi wejściowe naszej klatki i usadowiwszy się w jej pobliżu, czekają na swoją kolację.
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 83 wrzesień 2009