Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

FREDDIE MERCURY – ARTYSTA I KOCIARZ – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 167 WRZESIEŃ 2016

Tekst:
Ania Dąbrowska

Potężny Boeing odrywa się od pasa startowego na lotnisku w Dar-es-Salaam, by równo po piętnastu minutach wylądować na Zanzibarze.
W tym miejscu kończę moją wielką, ale nie ostatnią przygodę z Afryką.

Pierwsze kroki kieruję do centrum miasta Stone Town, stolicy pachnącej przyprawami wyspy na Oceanie Indyjskim. To właśnie tutaj 5 września 1946 roku urodził się Farrokh Bulsara, znany światu jako Freddie Mercury, kontrowersyjny wokalista zespołu Queen, jeden z najbardziej utalentowanych piosenkarzy, a także wielki miłośnik kotów.

 Od przyjścia na świat Freddiego mija właśnie równo 70 lat, ale rajska wyspa, mimo że Mercury spogląda tu na każdym kroku z plakatów, pocztówek i okładek książek, które dostępne są praktycznie w każdym sklepie z pamiątkami, nie będzie obchodzić jubileuszu.
I przyczyną wcale nie jest orientacja seksualna czy pełne rock’n’rollowych wybryków życie artysty, ale fakt przynależności do innej niż islam religii.

Zanzibar to prawdziwie kocia wyspa. Koty są wszędzie. Musiały więc pojawiać się także w dzieciństwie
przyszłego wokalisty Queen. Może stąd wzięła się jego bezkompromisowa miłość do tych zwierząt? Pewne jest, że Mercury swoje dorosłe życie dzielił między umiłowanie do muzyki i koty, które całkiem sporą gromadą zamieszkiwały jego londyńską rezydencję Garden Lodge. Z pewnością kocie towarzystwo odpowiadało Mercuremu bardziej niż to ludzkie. Sam przecież miał w sobie wiele kocich cech, daleko idące poczucie niezależności, także artystycznej, a na scenie przemieniał się w gibką, wijącą się postać, która w dramatyczny i niezwykle teatralny sposób oddawała treść śpiewanych utworów. Taką szczerością w wyrażaniu emocji Mercury zjednał sobie ludzi na całym świecie.

Nie wiadomo jednak, czy na Zanzibarze Freddie Mercury miał koty. Z pewnością przemykały one blisko jego
domu, być może jakieś dokarmiał. Widziałam zanzibarskie koty – chude, biedne, spragnione jedzenia, ale niekoniecznie atencji.
Pierwsze futrzaki, o których donoszą biografowie zespołu Queen, zawitały w życiu gwiazdora wraz z wyjątkową dla niego osobą – Mary Austin, która przez kilka lat była partnerką wokalisty, a po rozstaniu została jego najbliższą przyjaciółką i beneficjentką znacznej części testamentu artysty. To właśnie jej najbardziej ufał i to ona (oraz m.in. Jim Hutton) czuwała przy nim w ostatnich chwilach życia.

Pierwsze dwa koty, które Mary Austin sprowadziła do wspólnego domu, nazywały się Tom i Jerry. Kiedy związek się zakończył, zabrała je ze sobą, zostawiając Mercuremu na pocieszenie koteczkę Tiffany. Jakiś czas później u Freddiego pojawił się Oscar, po nim Delilah i Goliat – koty schroniskowe. Oba były prezentem bożonarodze
niowym, który swojemu przełożonemu sprawił kucharz, Joe Fannelli. Kolejną była koteczka Miko, uliczna znajda, którą Freddiemu także przyniosła Mary. Pięć kotów to całkiem spore stado, więc Oscar postanowił zamieszkać u sąsiadów, a Freddie nie miał nic przeciwko temu; uznał po prostu, że jego podopiecznemu będzie tam lepiej.
Mercury uważał, że skoro ma duży dom, to może pomóc wielu zwierzętom, dlatego w londyńskiej rezydencji zamieszkał też kotek Romeo.
Jednak koty czasem odchodzą – i tak stało się z Tiffany. Prochy zwierzątka pochowano w przydomowy
ogrodzie. Na miejsce Tiffany wskoczyła koteczka Lilly – spełnienie marzenia Freddiego o białym kocie. Artysta był już wtedy bardzo chory, a jego złe samopoczucie i pogarszający się stan zdrowia były nie do ukrycia.
I to już prawie wszystkie koty wokalisty Queen. Był jeszcze Tarzan, zaadoptowany przez muzyka i jego bliską przyjaciółkę Barbarę Valentin, jednak mieszkał on w monachijskim mieszkaniu pary.

Freddie Mercury kochał koty i był im bardzo oddany, tęsknił, gdy wyjeżdżał. Miał zwyczaj dzwonić wtedy do domu z dalekich krajów, a Mary Austin lub Jim Hutton, ostatni partner artysty, przykładali słuchawkę do kocich uszu. Rozpieszczał swoich podopiecznych do granic dobrego smaku, troszczył się o nich jak najlepszy ojciec, przebaczając nawet zniszczenie drogocennych przedmiotów, które kolekcjonował.
Koty zawsze na noc wracały do bezpiecznej przystani, jaką stanowiły wnętrza Garden Lodge. Mercury obawiał się o ich życie i bezpieczeństwo i nie mógł spać, gdy któryś z kotów był poza domem.
Prezenty dla kotów na Boże Narodzenie były obowiązkowe.
Zwierzęta te były centrum jego życia. Ufał im, czuł się za nie odpowiedzialny, a przede wszystkim wiedział, że są jedynymi istotami, które go nie oceniają, a które po prostu są obok, wdzięczne i pełne akceptacji, a równocześnie niezależne i dumne. Fani muzyka doskonale kojarzą kamizelkę, która powstała na potrzeby ostatniego teledysku Queen realizowanego w pełnym oryginalnym składzie, do utworu „These Are The Days Of Our Life”. Na jedwabnym materiale widniały ręcznie malowane podobizny
wszystkich kotów Freddiego. Z kolei dla kotki Delilah powstała piosenka umieszczona na płycie „Innuendo”, która ukazała się już po śmierci Mercurego.
I choć krytycy uznali ją za tzw. Zapchajdziurę, to wyrażała ona wielkie przywiązanie i miłość artysty do swojej ulubionej podopiecznej. Delilah towarzyszyła Freddiemu w ostatnich chwilach życia.

Po śmierci artysty ukochane stado zostało rozproszone, choć życzeniem piosenkarza było, by wszystkie koty pozostały w Garden Lodge. Mary Austin, której w udziale przypadła posiadłość dawnego chłopaka, nie dotrzymała jednak słowa. Kucharz Joe został zwolniony, Jim Hutton wyprowadził się, a w posiadłości zostały trzy koty. Reszta poszła do nowym domów.

Przemykają w cieniu rzucanym przez palmy, kryją się w półotwartych masywnych ozdobnych drzwiach, leżą zmęczone na chłodnych schodach.
Czasem skradną rybkę, czasem ktoś im coś rzuci.
Chude, raczej małe, we wszystkich kolorach. Koty Zanzibaru. Zanim wsiądę do kolejnego samolotu, obejrzę jeszcze szaloną zabawę dwóch maluchów na przylotniskowym trawniku. Tymi uliczkami chodził kiedyś mały Farrokh Bulsara. Tu, na Zanzibarze, oblewanym przez turkusową wodę Oceanu Indyjskiego, jeden z najciekawszych muzyków świata poznawał kocią naturę, która z czasem przerodziła się w fascynację i miłość. Bez kotów nie byłoby Freddiego Mercury.