Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

DRZWI DO PIĘKNEGO ŚWIATA – cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 146-147 – Grudzień 2014/Styczeń 2015

Małgorzata Szablowska od ponad dwóch lat prowadzi blog
„Za Moimi Drzwiami” – zamoimidrzwiami.blogspot.com.
Autorka interesuje się fotografią, psychologią, literaturą, podróżami, kulinariami oraz gatunkiem sztuki zwanym vedic art, ale to właśnie koty zdominowały jej internetowy kącik.
Z
Małgorzatą Szablowską rozmawia Ania Dąbrowska.


Zdjęcia:
Małgorzata Szablowska

 Ania Dąbrowska: Jakie koty zostają bohaterami Twojego bloga?

Małgorzata Szablowska:
Wszystkie, które postawiły choć jedną łapę za moimi drzwiami! To wystarczyło, by zaraz odbyła się sesja fotograficzna, by został stworzony rys psychologiczny i żeby zaczęło się ich gwiazdorzenie na blogu. Wśród nich znajdują się jednak gwiazdy najważniejsze i najjaśniejsze – to nasi koci rezydenci: władczy i o książęcych manierach kocur maine coon Kayron, delikatna i słodka Amisia, urwipołeć Hokus Pokus oraz wiekiem babcia, ale duchem kociak – Stefania Bąbel, zwana pieszczotliwie Kiełbaską. Jest jeszcze jeden niezwykle ważny bohater mojego bloga, również futrzasty, również na czterech łapach. To koci król, psi anioł – golden retriever Rufi.

Przez Twój dom przewijają się również koty, które szukają nowego opiekuna. Co skłoniło Cię do tego, aby im pomagać przez zapewnianie domu tymczasowego, czyli takiego, w którym będą spokojnie czekać na adopcję?
Nasz dom stał się takim przystankiem dwa lata temu. To spełnienie moich młodzieńczych marzeń o pomaganiu zwierzętom. Wcześniej uważałam, że jestem na to zbyt wrażliwa, że nie mogłabym znieść patrzenia na kocie nieszczęścia, że nie udźwignęłabym tego. Jednak los zdecydował za mnie i pierwsza kocia bieda, zgarnięta
z ruchliwej ulicy, znalazła za naszym pośrednictwem (mąż czynnie mi pomaga) cudowny dom. Wtedy dostałam skrzydeł i spróbowałam raz jeszcze. Znów się udało! Bezdomny kocurek z działki mojego taty doczekał się swojego amatora! To był uskrzydlający cud. Taki zwykły szarak, niemłody, trochę dziki, niedomowy, a jednak!

I tak ziarnko do ziarnka, a raczej kot do kota, uzbierały się ich już dziesiątki. Historię każdego można znaleźć na blogu, w zakładce „Pokój Przemian”.
Kocham koty, jestem oczarowana ich delikatnością i inteligencją. Boli mnie, kiedy są krzywdząco oceniane stereotypami i źle traktowane. To przecież cudowne, wrażliwe istoty, potrafiące kochać i okazywać to ludziom.
Prowadzenie domu tymczasowego daje mi wiele radości i satysfakcji, choć też ogrom nie obciąża emocjonalnie. Przeważnie jednak to, co łatwo przychodzi, nie ma wielkiej wartości.
Nie ma szczęścia na skróty – to moje życiowe credo.

Która kocia historia Twoich podopiecznych szczególnie zapadła Ci w pamięć?
Chyba najbardziej poruszyła mnie historia dotycząca kociego noworodka, którego mama, działkowa kicia, urodziła tuż za naszymi drzwiami. Niestety kotka nie miała pokarmu i drugi kociak zmarł. Zaczęła się walka o życie tego pierwszego. Taki koci osesek jest wielkości myszki. Zupełnie niesamodzielny, musi być co chwilę karmiony, musi mieć masowany brzuszek i nie można dopuścić, by zmarzł. Wraz z Kasią, koleżanką, z którą łączy nas miłość do kotów, na zmianę, nie śpiąc w nocy, opiekowałyśmy się tym bezbronnym szkrabem, aż do momentu, gdy udało nam się znaleźć dla niego kocią mamkę. I to nie byle jaką! Adoptowała go kotka brytyjska! Vito, czyli życie (takie imię dostał od jednej z blogowych „cioć”), został cudownie  przyjęty przez nią i przez jej o dwa tygodnie starsze dzieci. Losy Vitusia Kropeczki na „brytyjskim dworze” śledziła cała rzesza Czytelników mojego bloga.
To nie jedyna tak poruszająca historia „Za Moimi Drzwiami”. Lubię powtarzać, że koty to stworzenia magiczne, więc takie też są ich losy i oddziaływanie na ludzi. Tak wiele można zyskać w kontakcie z nimi! Często fascynujemy się z mężem, jak dużo uśmiechów każdego dnia generują koty w naszym domu. O ile uboższe byłoby nasze życie, gdyby nie ta codzienna dawka czułości, zachwytu i miłości.
Podobnie jak Oskar Wilde uważam ludzi nie lubiących koty za poszkodowanych przez los; i jak Franciszek Klimek
– wybaczam im, choć ich nie rozumiem.

Jak reagują Twoje własne koty na „tymczasy”?

Nasi rezydenci reagują bardzo różnie. Do niektórych od razu czują sympatię, zachowują się tak, jakby witali dawno niewidzianych przyjaciół (całuski, tulenia i pogaduszki…), a z innymi nie bardzo im po drodze. Demonstrują to, okazując, co myślą o takiej „przybłędzie”, która anektuje ich dom i przykolegowuje się do misek. Sykanie, łapoczyny i fochy są wtedy na porządku dziennym. Zazwyczaj to mija i w najgorszym wypadku koty się tylko tolerują. Zawsze dbam o to, aby ich wspólne przebywanie poprzedzone było początkową izolacją, mądrą socjalizacją, a potem spokojnym poznawaniem się jednych i drugich. Mam nawet specjalne siatkowe drzwi zrobione za grosze, zza których tym czaski i moi domownicy mogą bezpiecznie na siebie spoglądać i poprzez poznawanie wzajemnych zapachow uczyć się siebie, zanim się zetkną bezpośrednio.

Czy niektóre miały zostać u Ciebie na chwilę, a zostały na zawsze? Co powoduje, że kot, który miał być tylko gościem, staje się domownikiem?
To chyba nieuniknione, że czasem opiekun tak mocno przywiąże się do swojego podopiecznego, że rozstanie staje się niemożliwe. Tak stało się w przypadku naszej czarnej pantery, Hokusa Pokusa, o którego życie walczyliśmy przez kilka miesięcy. Gdy miał pół roku, trafił do nas z uszkodzonymi nerkami. „Trafił” to nieodpowiednie słowo. On sam, podczas akcji odławiania maluchów przy przemysłowym baraku, wsunął się do kontenera, jakby czując, że musi ratować swoje życie! Długo nie było wiadomo, czy przeżyje. Leki, kroplówki, ciągłe badania, odpowiednia dieta i opieka doprowadziły w końcu do ustabilizowania się stanu zdrowia Hokiego, choć jego nerki nigdy nie będą w pełni sprawne. To zdecydowało, że postanowiliśmy go zatrzymać. I choć oboje kochamy go nieprzytomnie, to Hokus stał się oczkiem w głowie mojego męża Roberta. Kot pechowiec, a jednocześnie wielki szczęściarz. Wylizał się już
z niejednej opresji, w tym z okropnego wypadku, podczas którego nadział się na ostre zakończenie płotu. Cud, że przeżył! Nie zdawałam sobie sprawy, jakie zabójcze narzędzie miałam we własnym ogrodzie. Teraz już wiem i drżę, widząc popularność ogrodzeń zakończonych ostrymi elementami.
W tym roku do naszej rodziny dołączyła dziewięcioletnia Stefcia. Znalazła się u nas wraz ze swoimi dwutygodniowymi dziećmi, uratowanymi przed utopieniem. Razem z nimi Stefa odchowała jeszcze sześć „podrzuconych” jej kociaków (w tym trzy znalezione na wysypisku śmieci w lesie) i zrobiła to popisowo. Kotka miała wcześniej ciężkie życie, mieszkała w pijackiej melinie, gdzie od kopniaka straciła połowę zębów – dlatego teraz
z jednej strony czasem wisi jej języczek. Jej los, jej cudowny charakter sprawiły, że postanowiliśmy nie narażać jej więcej na stres zmiany domu i została. Stefania odwdzięcza się nam na milion sposobów. Jej miłość i przywiązanie widać na każdym kroku, jednak to, że odzyskała dziecięcą wręcz radość i bawi się wprost jak mały kociak, jest najwspanialszą nagrodą.
Niedawno zabraliśmy też z mężem ze schroniska kocurka, który był już na skraju śmierci. Po dziewięciu latach ktoś się go pozbył i kot znalazł się nagle we wrogim, obcym środowisku. To był dla niego taki szok, że z pokaźnego kota stał się kościotrupem obleczonym w futro. Rambo, bo tak miał na imię, w schronisku zrobił się ogromnie nerwowy, bez ostrzeżenia kąsał, nie jadł. Zajęliśmy się nim najlepiej, jak umieliśmy, a i bardzo szybko znaleźli się niezwykli ludzie, którzy go od nas adoptowali. W ich domu kot rozkwitł, uspokoił się i doczekał przydomka „Rozdający Buziaki”. Choć ta historia kończy się smutno, bo jego organizm nie wytrzymał wcześniejszych obciążeń, to i tak wiele dała wszystkim w nią zaangażowanym, a przede wszystkim koteczkowi, który nie umarł w schronisku,
a w swoim domu, otoczony kochającymi go ludźmi.

Wiele razy przekonałam się, że adopcja starszego, doświadczonego przez życie kota daje najwięcej satysfakcji
i radości opiekunowi. Gorąco polecam wszystkim!

Chciałabym Cię spytać o podróże. Czy dużo podróżujesz i czy tam, dokąd pojedziesz, szukasz kocich ścieżek? Koty są przecież wszędzie! I właściwie wszędzie są miłe,
ciekawskie i wiecznie nienajedzone.
W tym roku miałam szczęście dzięki mojemu mężowi, pasjonatowi, od być podróż życia do Japonii! To było niesamowite prze życie. Zetknięcie z tamtą kulturą zostawiło we mnie trwały ślad. Jestem oczarowana tym krajem
i już rozumiem, dlaczego ma on tak wielu wielbicieli. Miło było choć przez chwilę gościć w społeczeństwie tak życzliwym i pełnym wzajemnego szacunku. Byłam tam przez cały miesiąc, a Robert aż trzy. Przemierzył setki kilometrów na rowerze i wszędzie spotykał się z wielką przychylnością Japończyków. Podróżujemy razem jeszcze
w inne miejsca, niekoniecznie tak egzotyczne.
Ostatnio spędziliśmy tydzień nad zjawiskowym polskim morzem. Wszystko opisuję na blogu, który stanowi też mój pamiętnik.

Pewnie Cię zadziwię, ale im dalej od domu, tym bardziej unikam kociego towarzystwa. Robię to ze strachu, że jeśli zobaczę kocią biedę, nie będę mogła pomóc. To taka moja wieczna obawa, pewnie przewrażliwienie. Mimo to na wszelki wypadek zawsze mam kontener do transportu kotów w samochodzie.
Wiąże się z tym ciekawa opowieść. Właśnie w dniu, w którym postanowiłam, że w bagażniku mojego auta zawsze będzie taki kontenerek, na mojej drodze stanęły potrzebujące pomocy kociaki! Byliśmy akurat na wsi i przed niezamieszkanym domem dostrzegłam kociątko, które szło drogą wprost na mnie. A ja byłam z Rufim, wielkim psem! Ono zaś jakby tego nie widziało! Pędem zaprowadziłam psa do domu, żeby kotek się nie przestraszył, chwyciłam kontenerek i pognałam z powrotem. Kociątko wciąż tam było, na szczęście. Oczy miało tak zaropiałe, że nic nie widziało. Koci katar w zaawansowanej postaci. Koteczka (jak się poźniej okazało) nie była sama – obok znalazłam jeszcze dwóch jej braci.
Ktoś musiał je tam wyrzucić. Zamiast weekendowego odpoczynku zaliczyliśmy natychmiastowy wyjazd do weterynarza. Kociaki przeżyły, wyzdrowiały, nazwałam je trójkowiczami i od koleżanek blogowych dostały imiona zaczerpnięte od nazwisk redaktorów radiowej Trójki: Andrus, Baron i Manna. Dla dopełnienia ich niesamowitej historii dodam, iż tak się złożyło, że, choć w dwóch różnych domach, wszystkie trzy zamieszkały na stałe
w Krakowie! I mają się bardzo dobrze.

Wymyślanie tymczaskom imion to przeważnie domena moich Czytelniczek i Czytelników, z którymi tworzymy zgraną społeczność potrafiącą wspierać się i konkretnie działać, gdy zajdzie potrzeba pomocy zwierzętom. Już nie raz to pokazaliśmy. Jestem dumna, że udało mi się zgromadzić wokół siebie takich ludzi!

Interesujesz się zagadnieniem o intrygującej nazwie – vedic art. Co to takiego? Czy ma to jakiś związek
z kotami?
Vedic art, czyli sztuka przebudzenia, to spontaniczne malowa nie, podczas którego nie liczy się technika ani umiejętności, ale sam akt kreacji, polegający na wyrażaniu własnych uczuć. To malowanie sercem, swoista terapia, która dla mnie oznacza prawdziwy odpoczynek, dogłębny relaks, ale także spełnienie. Proces tworzenia nowego obrazu daje mi poczucie czystej radości i choć nie mam ich wiele na koncie, to każdy wspominam bardzo miło. Czy to ma związek z kotami? Tak! Je także „maluję sercem”, otaczając opieką i starając się zapewnić im dobre życie. Te wspaniałe zwierzęta i vedic art łączy magia. Jedno i drugie nie pozostawia człowieka takim samym, tylko wzbogaca go i otwiera.

Twój kot, Kayron, jakiś czas temu zaginął. To dla Ciebie z pewnością bardzo trudny i bolesny czas. Czy coś wiadomo w jego sprawie? Co możemy zrobić, jakie kroki podjąć, kiedy zaginie nam kot?
Kayron jest członkiem naszej rodziny i dlatego to dla nas prawdziwa tragedia. Nie ma dnia, abyśmy
o nim nie myśleli. Od niego zaczęła się nasza miłość do kotów. Zrobiliśmy wiele dla jego bezpieczeństwa, na przykład zabezpieczyliśmy ogród i przez dziewięć lat jego życia to się sprawdzało. Kocurek mógł bezpiecznie grzać się na słońcu i korzystać z ograniczonej płotem wolności. Niestety pewnego dnia zastaliśmy furtkę otwartą, a kota nigdzie nie było. Od tego momentu wciąż go szukamy. Pierwsze dwa tygodnie to było mozolne przeczesywanie okolicy,
w dzień i w nocy, a teraz to ciągłe odnawianie ogłoszeń, tych w internecie i tych papierowych, oraz reagowanie na każde zgłoszenie, choćby nie było prawdopodobne.
Jakie można podjąć kroki, gdy zaginie kot? Przede wszystkim szukać, najpierw w pobliżu domu, w piwnicach,
w zakamarkach, z których nie mógłby sam wyjść, a potem choćby tylko poprzez ogłoszenia. Są one darmowe
i zadziwiające jest, jak wiele osób nie robi nawet tego! Podczas poszukiwania Kayrona w nasze ręce wpadł niezwykle podobny do niego kotek. Był strasznie chudy, zaniedbany, wyglądał na bezdomnego. Zajęliśmy się nim
i jakież było moje zdumienie, gdy na ogłoszenie o nim odezwała się dziewczyna z informacją, że taki kot zaginął jej dwa miesiące wcześniej 100 km od Wrocławia!
Gdyby go nie szukała, Majanek nigdy by do domu nie wrócił, i choć nie mamy pewności, czy jest to ten sam kot, czy jakiś jego koci sobowtór, to ten przypadek jest dla mnie ogromnie budujący. Na blogu mam absolutnie nieprawdopodobną opowieść o odnalezionej po pięciu miesiącach dzikiej kotce Ogryni, a także o lCoco – głuchej śnieżnobiałej kotce, która po dwóch tygodniach błąkania się po lesie za sprawą wrażliwych i uważnych ludzi wróciła do swojego domu, a także i wiele innych ciekawostek opowiedzianych przez Czytelników bloga.
Historie zaginionych kotów są niezwykłe, zdarzają się prawdziwe cuda, koty znajdują drogę do domu po miesiącach, a nawet latach od zaginięcia, dlatego wierzę, że i nasz ukochany koci Książę w końcu trafi do swojego domu. Bez niego jest on
i pozostanie niepełny.

Bardzo dziękuję za rozmowę!