Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

BLOG Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO – Tekst: Ania Dąbrowska

KOCIE SPRAWY NR 167 WRZESIEŃ 2016

Tekst: Ania Dąbrowska
– wnuczka powstańca warszawskiego

 25 sierpnia 1944

Poszedł jako królik. Wywar o takim sobie zapachu, zagęszczony odrobiną mięsa, bo ile z niego można było wyciągnąć. Nie mogłem jeść. Już wolałem być głodny. Inni jedli, ale nie wszyscy. Nie każdy zje kota. Nawet jeśli ma on być królikiem tylko z nazwy.

Nie mogłem, bo byłem kotom wdzięczny od jakiegoś czasu. Jeden taki, niepozorny szaraczek piwniczno-dachowy, uratował mi życie. Sam stracił swoje. A było to tak, że Niemcy strzelali do nas. Leżałem na brzuchu, za hałdą barykady. Nade mną było okno od mieszkania na wysokim parterze. Hałda urywała się na pół metra, może metr. Jeden duży krok by wystarczył, żeby przeskoczyć. Ale wiedziałem, że jak się podniosę, to we mnie walną.
Musiałem się dostać do piwnicznego okna, za tą drugą częścią nasypu. Tam miało być bezpiecznie.
Usłyszałem miauknięcie. Koci dzieciak pojawił się znikąd i wspiął na skarpę nade mną. Nie zdążył się rozejrzeć, a już go nie było. Trochę poszarpanej sierści, trochę krwi. Kulka kłaków bezwładnie opadała na wybrzuszony grunt. Coś mną szarpnęło, jak tylko usłyszałem ten strzał. Coś kazało mi się natychmiast ruszyć. Zrobiłem najbardziej ryzykowny krok w życiu i zanim kocie truchełko z powrotem dotknęło ziemi, byłem już w piwnicy.

Żal mi było tego kota. Niemcy walili z broni do wszystkiego, co się ruszało, nawet do cieni. Kot nie miał widocznie pojęcia, że jego drobne ciałko jest strzelniczą tarczą. Długo miałem przed oczami, albo może sobie to tylko wyobrażałem (wszak tamta sekunda odwagi zupełnie zamroczyła mi umysł), małe zwierzątko na dość długich łapkach, które całkiem niedawno odłączyło się od maminej piersi i poszło w świat, nie wiedząc, jak on wygląda naprawdę. I przekonane, że wszystko wygląda tak, jak ciepłe futro matki i brzmi jak jej kojące mruczenie płynące z nieokreślonej głębi jej ciała, weszło na tę skarpę ulepioną na ulicy w poszukiwaniu szczęścia.
Pstryk, bęc, brzdęk, strzał, miau i po kocie.

Gdyby nie on, to by mnie już pewnie nie było. Dlatego gdy gotowali kota, to nie jadłem. Ale też nie winiłem jedzących. Byliśmy głodni, coraz bardziej smutni i tacy jacyś z innego wymiaru. Nasz świat walił się w drzazgi, ulice nie przypominały już tych odświętnych dumnych arterii, a domy chwiały się w posadach, jak zęby w pokiereszowanej szczęce. Wśród gruzów, na barykadzie, leżał koci żołnierz, czterołapy obrońca ojczyzny, nie mający pojęcia, gdzie Wschód, a gdzie Zachód i którędy do szczęścia. Bohaterska kuleczka futra, która niczego się o życiu nie dowiedziała. Może i dobrze.



Więcej: projekt-dziadek.blogspot.com

oraz www.facebook.com/Projekt.Dziadek.Blog