Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

TYBERIUSZ – CESARZ Z BIBLIOTEKI – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 137 – MARZEC 2014

Tekst i zdjęcia: Danuta Breczko

Kim jest Tyberiusz? To piękny czarny kot, który pewnego dnia w 2009 roku zamieszkał w naszej bibliotece, by podbić serca wszystkich tutejszych miłośników książek.

 Pamiętnego dnia, 29 czerwca, kilkoro pracowników Biblioteki dla Dzieci i Młodzieży nr LIV przy ul. Ludowej 4 w Warszawie widząc młodego czytelnika, który przyszedł do biblioteki, by pokazać swego kotka Tofika, zadumało się: czemu nie przygarnąć jakiegoś kotka do biblioteki i nie dać mu domu? Po naradzie i konsultacji z dyrekcją mokotowskich bibliotek wspólnie ustaliliśmy, że weźmiemy bezdomnego kociego biedaka, na przykład takiego, który czeka na dom w schronisku.
Zaczęło się przeszukiwanie ogłoszeń z kotkami do adopcji. Postanowiliśmy, że będzie to kocurek. Można by zapytać, dlaczego kocurek, a nie kotka?
Otóż nasza placówka biblioteczna jest w stu procentach sfeminizowana. Czułyśmy więc potrzebę męskiego osobnika. Tak czy owak: bardzo długo kazał na siebie czekać nasz przyszły pupil. Wreszcie udało się nawiązać kontakt z pewną panią z warszawskich Bielan, która miała do oddania kocięta znalezione w pudełku na śmietniku. Wśród nich był nasz bohater. Jeszcze tego samego dnia pojechałyśmy po naszego nowego współpracownika.

Przed przekazaniem kotka zostałyśmy bardzo skrupulatnie przepytane przez osobę, która chciała oddać go w dobre ręce. Musiałyśmy szczegółowo naświetlić warunki lokalowe i materialne, w których będzie przebywał kotek. Nie obeszło się bez zapewnień o odpowiedniej karmie, opiece medycznej itp. Wreszcie akt adopcyjny został podpisany. W Książeczce Zdrowia wpisano mu imię Starter. Postanowiłyśmy je zmienić. Do tego celu przydał się „Poczet cesarzy rzymskich”, znajdujący się (a jakże!) w naszej bibliotece. Po wielu godzinach przeglądania indeksu osobowego, dyskusji i głośnego (aby przekonać się, czy imię brzmi wystarczająco dostojnie) wypowiadania imion, wybór padł na TYBERIUSZA.Z czasem pojawiły się zdrobnienia: Tybuś, Tybusiątko, Tybiątko, Tybek, jak też Wspanialątko, Cudniątko, Biedniątko i inne afektowane imiona-przytulanki.

Celem spełnienia warunków nałożonych mocą aktu adopcyjnego każdy pracownik zgodnie opodatkował się kwotą 20 zł miesięcznie. Czytelnicy również wspierali Tyberiusza materialnie, przynosząc mu karmę i żwirek, choć trzeba przyznać, że ich pomoc malała wraz z dorastaniem małego cesarza. W związku z tym, że bardzo dbałyśmy o zdrowie kotka i o jego jak najlepsze żywienie, chcąc uniknąć nietrafionych prezentów wywiesiłyśmy na naszej tablicy ogłoszeń „Menu Tyberiusza” z wykazem tego, co Tyberiusz może i lubi zjeść. Tybuś, jak przystało na dostojnego kota, otrzymał gustowną obróżkę z adresatką z imieniem i danymi na wypadek zaginięcia. Owszem, czasem wyprawiał się samotnie do ościennych terytoriów. Na szczęście zawsze udawało się go odnaleźć nie dłużej niż po kilku godzinach. Raz nawet oplakatowałyśmy całą okolicę, alarmując o zaginionym kotku. Szczęśliwie znalazł się wystraszony w pobliskich krzakach.

Tyberiusz w sposób szczególny był hołubiony przez jedną z pań bibliotekarek. Dzięki niej z czasem powiększał się jego majątek ruchomy.
Złożyły się nań ostatecznie: dwie kryte i przestronne kuwety, trzy drapaki: jeden duży, drugi mniejszy, a trzeci mocowany do ściany; kilka kocyków, torba do odbywania regularnych wizyt u weterynarza, wiklinowy kosz podróżny, leżak na kaloryfer do wygrzewania się zimą, leżak zamocowany wysoko na ścianie, by w razie potrzeby mógł odpocząć poza zasięgiem ludzkich rąk oraz by z wysokości nadzorować sytuację na swoich włościach; poidełko-wodotrysk z filtrowaną wodą, szeleszczący tunel, około sześciu misek oraz niezliczona ilość myszek, piłek i wędek wszelakich.

W czasie gdy w bibliotece prowadzony był kurs komputerowy dla seniorów, jeden z kursantów – wielki miłośnik kotów – raz w tygodniu składał w darze Jego Wysokości Tybusiowi ponad półkilogramową porcję wołowiny (pierwsza krzyżowa!). Z kolei inna kursantka przychodziła na zajęcia ze swą opiekunką. Kolana opiekunki zostały docenione przez Tyberiusza i chętnie ucinał na nich przedobiednią drzemkę. Opiekunka czuła się zaszczycona i trzeba przyznać, że dobrze wywiązywała się z przyznanego jej wyróżnienia: siedziała przez półtorej godziny niemal bez ruchu, byle tylko nie zaburzyć kociego relaksu.

Jeden z czytelników dostrzegł w Tyberiuszu pewien, drzemiący co prawda gdzieś bardzo głęboko, potencjał. Zadeklarował, że będzie kotka… szkolić. Tybuś, i owszem, był pojętnym uczniem, ale wyłącznie do czasu, póki za swój wysiłek uzyskiwał wymierne materialne korzyści w postaci... ulubionych kocich kabanosków.

Na określony znak siadał, podawał łapkę, prosił, siedząc lub trzymając się w pionie, po czym kładł się na boku. Zdarzało się, że na widok upragnionego kabanoska wykonywał jednym ciągiem cały swój repertuar i czekał na nagrodę. Umiejętności Tyberiusza wzbudzały zachwyt czytelników w różnym wieku. Raz udało się Tyberiuszowi pojechać na urlop w góry i… zdobyć szczyt Trzech Koron. W mniejszym jednak stopniu wspinał się sam – w większym, niesiony był w lektyce na grzbiecie swej wiernej opiekunki.

Tybek bardzo chętnie bawił się z dziećmi i w krótkim czasie stał się ich ulubieńcem. Zdarzało się, że dzieci przychodziły do biblioteki tylko po to, by zobaczyć kotka.
Pojawienie się w naszej bibliotece kota Tyberiusza bardzo korzystnie wpłynęło zarówno na personel placówki bibliotecznej, jak i odwiedzających nas czytelników. Na twarzach jednych i drugich na pewno częściej gościł uśmiech. A jedna z pracujących tu pań, której mina wyrażała zniesmaczenie i zażenowanie, gdy przed pojawieniem się koteczka słyszała jakiekolwiek zdrobnienie, doznała wprost przemiany wewnętrznej. To z jej właśnie ust słyszeliśmy od tej pory coraz to wymyślniejsze pieszczotliwe słowa kierowane pod adresem naszego kochanego Tybusia.
Tyberiusz dorastał i z małego chętnego do zabawy zwierzątka stał się kocurem ceniącym ciszę i spokój. Jego potrzeby okazały się trudne do pogodzenia ze specyfiką biblioteki dziecięcej, dalekiej raczej od oazy ciszy i spokoju. Stało się to powodem jego narastającej frustracji. Uznałyśmy, że lepiej znaleźć mu spokojniejsze miejsce. Od listopada 2012 roku zamieszkał u jednej z naszych pracownic.
Jest bardzo szczęśliwym, kochającym i kochanym kotem.