Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

NOTEK – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 167 WRZESIEŃ 2016

Tekst:
Kpt. Ryszard Choiński

W 1973 roku moim drugim „kapitańskim” statkiem był mały motorowiec „Noteć” należący do PŻM w Szczecinie, a pływający w krótkich rejsach europejskich.
W norweskim porcie Sarpsborg, podczas ulewnego deszczu marynarz wachtowy zauważył przy trapie przemoczonego, czarnego kociaka, który sprawiał wrażenie, że chce wejść na statek.

Oczywiście kazałem go zabrać i po osuszeniu umieściłem w swojej kapitańskiej sypialni – czyli zakątku klitki o rozmiarach przedziału kolejowego. Łóżko, czyli w języku marynarskim „koja”, oddzielone było od reszty pomieszczenia przesuwną kotarą. Intymność miejsca i panujący w nim półmrok kociak, już suchy i nakarmiony, przyjął z największym zadowoleniem i zapadł w głęboki sen.
Następnego dnia rano statek wyszedł w morze, z kotem jako dodatkowym członkiem załogi, która jego obecność zaaprobowała jednogłośnie jako rzecz naturalną, podobnie jak fakt, że kociak zamieszkał w kabinie kapitańskiej.

Sprawy sanitarne nie były problemem, gdyż kot natychmiast zrozumiał, do czego służy wypełniony piaskiem karton w rogu kabiny. Z typową dla swojego gatunku ciekawością zwiedzał zakamarki statku i od razu docenił zalety kuchni, gdzie dostawał obfitą „polizkę”.

Marynarze z reguły kochają zwierzęta, będące dla nich namiastką normalnego, lądowego życia, dlatego kociak wkrótce miał już na statku 18 oddanych przyjaciół. Pozostała jeszcze kwestia imienia, jakie mu nadać. Największym kawalarzem na statku był marynarz Adam Smutek, który wbrew nazwisku zawsze był skłonny do krotochwilnych zachowań. I jemu właśnie przyszedł do głowy pomysł, już całkiem serio, aby kota nazwać Notek, bo tak w obcych portach wymawiano nazwę naszego statku.
Brawo, Adam! – wykrzyknęliśmy i zorganizowano dla kota „chrzciny” w typowo polskim stylu.

Notek zadziwiająco dobrze znosił kołysanie, nawet na dokuczliwej, sztormowej fali, kiedy według starszego mechanika do maszynowni ryby wpadały przez komin.
Któregoś pogodnego dnia bosman postanowił pomalować górny pokład, już mocno odrapany i przyrdzewiały. Pracę zakończono ok. godz. 15 i kilkadziesiąt metrów kwadratowych lśniło świeżą, trawiastą zielenią. Zauważył to również Notek i postanowił pobiegać po gładkiej, czystej powierzchni.
Równymi łapkami wskoczył na mokre płyty pokładu i ku swojemu zdziwieniu zaczął od razu „hamować”, gdy opuszki przyklejały mu się do zaczynającej podsychać farby.
Na ratunek rzucił się Smutek, który niedoszłego biegacza, ozdobionego zielonymi miniskarpetkami przyniósł do mojej kabiny. Rzuciłem wszystko, poprosiłem stewarda o trochę masła i zacząłem czyścić kota, mając już w tym pewne doświadczenia z przeszłości. Notek nadzwyczaj spokojnie pozwolił oczyścić sobie łapki masłem, a później długo jeszcze wylizywał opuszki z resztek tłuszczu.

W jednym z portów kupiłem Notkowi czerwoną obróżkę, w której wyglądał niezwykle wytwornie.
Stało się zabawną rutyną, że po zawinięciu do portu, kiedy załatwiałem w kabinie formalności z miejscowymi urzędnikami, kot w pozie posągowo-uroczystej siedział na brzegu kanapy albo szafki barowej, stając się po kilku tygodniach znaną i lubianą częścią „Noteci”.

Największą sympatię wzbudzał u pracowników administracji nabrzeża Gustavsberg w Sztokholmie, gdzie bywaliśmy dość często. Tam otrzymywał w podarunku różne miejscowe frykasy, a nawet zabawki, łącznie z okazałym drapakiem.
Kłopoty mogły zacząć się w Anglii, gdzie obowiązują bardzo surowe przepisy sanitarne. Niestety, dostałem polecenie jazdy do portu Runcorn pod Londynem. Na krótko przed przyjściem agenta, celników i policji oddałem kota na przechowanie niezastąpionemu Smutkowi.
Wśród deklaracji, które musiałem podpisać, było też oświadczenie, że na statku nie ma żywych zwierząt. Modliłem się w duchu, aby kot nie uciekł Smutkowi i nie zaczął dobijać się do drzwi kabiny. Ale tak się szczęśliwie nie stało. Natomiast agent, tuż przed opuszczeniem kabiny, zrobił do mnie „oko” i powiedział:
– Kapitanie, zapomniałeś schować ten karton z piaskiem. Ja wiem, co to jest, bo mam w domu nie jednego, a trzy! – podkreślił.
Doceniłem zrozumienie sytuacji jako kociarz i jako Polak.

W duńskim porcie Roenne na wyspie Bornholm ładowaliśmy piasek dla szwedzkiej huty szkła.
Notek szalał po nabrzeżu, zresztą podczas postojów często wybierał się na ląd w kocich sprawach, ale zawsze zgłaszał się na pokład na długo przed godziną odjazdu. Tym razem kot zniknął. Usłyszałem głośne rozmowy załogi, a za chwilę wpadł do kabiny II oficer Włodzimierz Grycner, obecnie znany na Wybrzeżu pisarz-marynista i oczywiście od długich już lat kapitan polskich i obcych statków. Z dzikim błyskiem w oku Włodek ogłosił:
– Panie kapitanie, idziemy na „Mariana”, bo Krzyżacy zakosili nam kota!
„Marian” była to nazwa małego niemieckiego statku, też ładującego piasek, a „Krzyżakami” Włodek nazwał zachodnioniemiecką załogę.
Z lekkim przerażeniem zobaczyłem, że do wyprawy dla odbicia kota szykuje się chyba pół załogi uzbrojonej w jakieś drągi czy łomy, a niektórzy panowie najwyraźniej byli „pod wpływem”. Porwałem z baru jedyną posiadaną butelkę whisky i poszedłem za ekipą, która już zbliżała się do „Mariana”.

Notek rzeczywiście został przechwycony, ale bez złych intencji, tylko w przekonaniu, że statek ratuje bezdomne zwierzę. Było trochę wyjaśnień, przeprosiny za te kije i łomy, polsko-niemiecki konflikt został zażegnany, a z sympatycznym kapitanem polaliśmy wprawdzie nie wodę na miecze, ale whisky na łomy. Kot tryumfalnie powrócił do mojej kabiny.

Notek brał też udział w słynnej inwazji biedronek na statek, jaka miała miejsce w duńskim porcie Aalborg, gdzie cumowaliśmy w pobliżu silosa zbożowego. Był środek upalnego lata i sympatyczne skądinąd owady gęstą chmurą ruszyły na jakąś swoją wędrówkę, obsiadając wszystko po drodze i niemiłosiernie gryząc. Notek początkowo dzielnie stawiał opór i tłukł intruzów łapkami, ale wreszcie poddał się i z ogonem „w słup” poprosił o azyl w mojej kabinie.

Opis tej „inwazji” zamieściły kiedyś „Przekrój” i „Magazyn Polski”. O kocie też była tam oczywiście mowa.
Wkrótce po tym zdarzeniu zostałem przeniesiony na inny statek, ale Notek trafił w dobre, przyjazne ręce mojego kolegi-zmiennika. Dopytywałem się o kota przy każdej okazji, a ostatnia wieść głosiła, że marynarz Adam Smutek opuszczając statek, zabrał kota do swojego domu w Szczecinie. Jako „ojciec chrzestny” z pewnością zapewnił mu szczęśliwy żywot.