Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

KOTY MARYNARZE – OTIS – NIECHLUBNA HISTORIA – cały tekst

KOCIE SPRAWY NR 143 – WRZESIEŃ 2014
FELIDAE
NA MORZACH I OCEANACH

Tekst: Sławomir Lipiecki
Zdjęcia:
National Archives i Us Navy

Od zarania dziejów koty na okrętach zajmują miejsce iście uprzywilejowane.
Jak mówi sam Regulamin Służby Okrętowej USN (RSO): Na okręcie nie można trzymać żadnych zwierząt z wyjątkiem kota do zwalczania gryzoni. Pomijając nieliczne odstępstwa od tej reguły, koty znane są na morzu m.in. z tego, że cieszyły się i nadal cieszą wielką sympatią dowódców i załóg swoich okrętów.
Historia pokazuje jednak, że nie zawsze było tak pięknie. Nawet w tak bardzo nowoczesnej flocie wojennej, jak US Navy, miał bowiem miejsce epizod nie tyle kompromitujący oficerów i marynarzy, co wręcz urągający człowieczeństwu.
Zdarzyło się to w latach 50. XX wieku na pokładzie niewielkiego niszczyciela eskortowego USS „Walton” (DE-361).

Balia dla rezerwistów
Okręt należał do długiej serii nowoczesnych, aczkolwiek bardzo niewielkich jednostek typu John C. Butler,
budowanych w USA masowo pod koniec II wojny światowej. Jak na swoje rozmiary, był to okręt bardzo silnie uzbrojony (szczególnie pod względem środków zwalczania okrętów podwodnych), jednak służąca na nim kadra była daleka od ideału. Tak się bowiem złożyło, że po zakończeniu działań wojennych zapotrzebowanie na tej klasy jednostki drastycznie spadło. W związku z tym większość z nich trafiła na złom lub została zdegradowana do roli pospolitych okrętów patrolowych. USS „Walton” należał do tych nielicznych niszczycieli eskortowych, które pozostawiono w linii w swojej pierwotnej roli, czyli oceanicznych tropicieli okrętów podwodnych. Nie oznaczało to bynajmniej poprawy w poziomie wyszkolenia, tudzież kultury służących na jego pokładzie marynarzy. Jeszcze bowiem w czasie II wojny światowej, a więc w okresie silnego zapotrzebowania na tej klasy jednostki, służyli na nim głównie rezerwiści (nawet wśród oficerów). Po zakończeniu wojny, gdy przydatność jednostki się zmniejszyła (wycofano go wręcz ze służby czynnej i przeniesiono do rezerwy), na pokład niejednokrotnie trafiały największe „szumowiny” w US Navy, często tylko po to, by dosłużyć pełnego kontraktu (lub emerytury).
Doskonałym na to dowodem może być niedoszły załogant niszczyciela – znany z kilku poprzednich artykułów z tej serii – kot Saipan. Do końca wojny służył na dwóch pancernikach – USS „New Mexico” i USS „Pennsylvania”. Gdy okręty tej klasy stały się zbyt potężne i kosztowne w okresie ogólnoświatowego pokoju, kot miał trafić na pokład niszczyciela USS „Walton”, najprawdopodobniej, by „dosłużyć” do swojej marynarskiej emerytury (co zakrawa na kpinę, jako iż kot przeżył w czasie wojny więcej, niż niejeden zaprawiony w bojach matros). Wystarczył jeden pobyt Saipana na pokładzie USS „Walton”, by nigdy więcej nie postawił on na nim swojej łapki – kot zwyczajnie „dał drapaka” ze służby i co więcej, od tej pory nie podchodził już do ludzi. Można na tej podstawie wyciągnąć daleko idące wnioski co do warunków socjalnych i atmosfery panującej na niszczycielu, a przypomnijmy, że Saipana w czasie wojny nie przeraziły nawet odniesione przezeń rany (!).

 Kocia tragedia
Sytuacji na USS „Wal ton” nie poprawił nawet konflikt (a ostatecznie wybuch wojny) w Korei. Pomimo pełnego przywrócenia niszczyciela do służby czynnej (26 stycznia 1951 r.) oraz jego bezspornej przydatności w działaniach ZOP, okręt pozostał w oczach dowództwa US Navy
jednostką trzeciej kategorii. Nowym dowódcą został kmdr ppor. John D. Bink – człowiek zimny, o burzliwej przeszłości i niespełnionych ambicjach. Pomimo to starał się za wszelką cenę udowodnić, że jest kompetentnym oficerem oraz postępuje zgodnie z morskim ceremoniałem i tradycją. Oprócz wprowadzenia „żelaznej” dyscypliny sprowadził na pokład młodego, czarnego kotka – istotę, której tak naprawdę nikt na tej konkretnie jednostce nie chciał. Żeby jeszcze bardziej dopiec załodze (szczególnie znienawidzonym przez siebie radiooperatorom), zlecił im opiekę nad kotem. W praktyce zajął się nim jeden z najmłodszych marynarzy, nadając mu przy okazji dość dźwięczne imię – Otis.
Pobyt kota na niszczycielu był dla niego jednym pasmem udręki. Przymusowy opiekun Otisa nie był w stanie ochronić go przed okrucieństwem części załogi okrętu. Szczególnie aktywni w znęcaniu się nad kotkiem byli radiooperatorzy, którzy wychodzili z założenia, że poprzez męczenie Otisa dopieką bezpośrednio dowódcy okrętu.
Znane są przykłady podpalania sierści oraz umazania całego kota mazutem i pozostawienie go przed włazem do kabiny komandora Binka. Otis spędził potem kilka tygodni w lazarecie okrętowym, gdzie również nie opiekowano się nim tak jak należy. Ostatecznie kot zaginął „w niewyjaśnionych okolicznościach” podczas patrolowania przez niszczyciel wód Morza Południowochińskiego. Oczywiście załoga z radiooperatorami na czele zgodnie „umyła ręce” i nie przyznała się do niczego. Traf chciał jednak, że po wojnie znalazło się kilku postronnych (czyt. nieskonfliktowanych z dowódcą) świadków, którzy złożyli oficjalny raport w tej sprawie. Wynika z niego, że to sam komandor ppor. Bink wyrzucił sprowadzonego przez siebie kota za burtę (najprawdopodobniej miał dość ciągłych utarczek i „wymiany złośliwości” ze swoją załogą, nad którą tak na prawdę nie potrafił zapanować).


***
Historia kota Otisa jest do dnia dzisiejszego dla US Navy drażliwym tematem. Próba wyciągnięcia jakichkolwiek danych zdjęciowych lub zapisów z dziennika zdarzeń USS „Walton” napotyka na mur, świadczący o zawstydzeniu.
Paradoksalnie, to właśnie ten fakt napawa pewnym optymizmem, bowiem świadczy, że sami Amerykanie zdają sobie sprawę ze swoich błędów. Z całą pewnością nie chcą, by tego typu koci horror kiedykolwiek powtórzył się na jakimkolwiek z okrętów wojennych US Navy.

Cdn.

Zdjęcia:
Otis w rękach jednego z młodszych marynarzy (to prawdopodobnie jego opiekun) na USS „Walton”

USS „Walton"