Tekst Barbara Ogonowska
magazyn KOCIE SPRAWY - Nr 89 MARZEC 2010
Drogie Kocie Sprawy
Zawsze byłem ciekaw, cóż takiego nadzwyczajnego dzieje się na wystawach moich pobratymców. Wybrałem się więc na Animalia, wystawę zwierząt, która tradycyjnie w odbywa się w Lozannie. W ciągu weekendu wystawcy z czterech krajów, z Francji, Szwajcarii, Włoch i na okrasę ze Szwecji, okazali setki kotów około 40 ras. Nie zabrakło też zwykłych domowych mruczków, choć przybyły w skromnej liczbie ze 20 sztuk, głównie w charakterze towarzystwa dla znudzonych wystawowych piękności. Niemniej jednak parę z nich też uzyskało wstęgę uznania.
Ponieważ każdy kot (felis catus) jest pod każdym względem istotą piękną i doskonałą, podziwiałem wszystkie w równym stopniu. Wystawa zainteresowała niżej podpisanego kota głównie z punktu widzenia mody: jakie to kocie rasy tym razem przeważały, a jakie nagle zniknęły. Jakich to nowych egzotycznych pobratymców mogę zobaczyć. No i przekonałem się.
Najwyraźniej modne są koty duże, o naturalnym wyglądzie. Najliczniej reprezentowani byli puchaci, super ogoniaści i figlarni przedstawiciele kotów skandynawskich. Najwięcej było kotów leśnych norweskich. Drugie miejsce zajęli majestatyczni koledzy zza oceanu, pomawiani - zgoła niesłusznie - o bliższe stosunki z szopem praczem - Maine Coony. Dzielnie trzymają się wypieszczone, acz nieco nieruchawe Persy. Tuż za nimi podąża moja rodzina - naliczyłem ponad dwadzieścia świętych Birmańczyków, którzy prezentowali się znacznie okazalej niż ja. Za to stawiam w zakład własne, bezcenne wąsiki, że żaden z nich nigdy nie złapał myszy. Czy ptaszka. Ani też nie siedział na 20-metrowym drzewie.
Z rzadszych ras udało mi się z bliska obwąchać sfinksa i American curl - że też Amerykanie muszą nicować na lewą stronę to, co wymyślą Anglicy - zresztą nie zauważyłem żadnego szkockiego zwisłouchego. Ponadto wystawę zaszczycili tacy urodziwi, a rzadko spotykani przedstawiciele mojego gatunku jak: manx, devon rex, occicat, bengali i egipski Mau. Miau! Bardzo nadobny. Kotów niebieskich było co niemiara. Z radością zauważyłem, że - oprócz popularnych coraz bardziej brytyjczyków i rosyjskich - dość licznie pojawiły się tajemnicze, zazwyczaj medytujące w murach klasztornych, chartreuse.
Z żalem stwierdzam też, że przygasła gwiazda kotów syjamskich. Słyszałem, że dawniej dominowały na wystawach, mieniąc się prawie wszystkimi kolorami tęczy. A teraz było ich zaledwie cztery sztuki. Pewnie zostały wyparte przez bardziej przytulaste ragdolle. Tymczasem stary typ kota syjamskiego, puszysty i słusznej postury, w dalszym ciągu bezskutecznie ubiega się o dopuszczenie do wystaw. Większość ludzi zapewnie mniema, że takich Syjamów już nie ma. Podobnie z modnymi przed laty tureckimi angorami.
Inne koty tureckie - Vany, wyróżniły się zupełnym brakiem obecności. Tak samo zresztą jak liczne rasy kotów bezogoniastych, poza manxami, które widziałem wyłącznie w spisie eksponatów. Może wyszły do toalety? A już się cieszyłem na spotkanie z poznanym przed laty w Genewie japońskim bobtailem. Nie było też ani jednego munchkina. Afryka też kiepsko wypadła. A przecież koty abisyńskie to spadkobiercy dawnej naszej świętości. O Somali już nie wspomnę, bo to zaledwie młodsza linia. Tymczasem trudniej o milszych kompanów.
Na wystawie klębił się straszny dwunożny tłum i większość moich pobratymców albo tuliła się w kątach eleganckich klatek („nie mury tworzą więzienie I nie pręty klatkę..." ha! ha!) - bez klimatyzacji, bo to nie Ameryka - albo miała dziwnie puste spojrzenie.
Chyba cieszyć się należy, że z powodu braku jednej skarpetki - na tylnej łapie - nie nadaję się do tego cyrku. Już wolę jeździć na Mazury. Nawet na smyczy!
Dla odegnania smutnych myśli, w jakie pogrążyłem się na widok braci kotów oglądanych w klatkach jak małpy, obmacywanych ze wszystkich stron przez sędziów: duńskich, szwedzkich, norweskiego, niemieckiego i nawet z Liechtensteinu, obrażających ich inteligencję przez machanie piórkiem przed nosem, przebiegłem jeszcze przez wystawę ptaków. Oj! Oj! Aż ślinka cieknie - siedziały kolorowe cudaki wdzięcznie śpiewając, polatując i podskakując - niestety w szczelnie zamkniętych klatkach. Podobno niektóre bardzo rzadkie I cenne. Ciekawe, czy smakują inaczej niż zwykły wróbel lub sikorka?
A potem psy. Hmm. To ryzykowny pomysł, ale na szczęście było już po ocenie psów na ringach i większość się wyniosła. W dodatku ze zdziwieniem stwierdziłem, że nawet największe molosy prezentowały wyszukane maniery - i to bez smyczy I kagańca. (Poprawność polityczna czy tresura?) Żaden nie warknął, nie szczeknął. Za to chętnie ustawiały się do fotografii. Zawarłem pobieżną znajomość z parką nagich psów peruwiańskich - w dotyku zupełnie jak sfinksy
(niewidoczny miękki puszek), tylko kolor inny. Wcale niepodobne do nagusów meksykańskich, które mają skórę jak jaszczurka.
A potem to już trzeba było jechać do domu, żeby pies (tamże zamknięty) mógł się wysiusiać. Ech, co to za życie z psem! Nawet nie można sobie w spokoju pokontemplować pobratymców. Nic to! Przecież będzie słynna wystawa w Genewie. Może znowu uda mi się zobaczyć coś ciekawego.
Z życzliwym pomrukiem
Rangoon