Tekst Barbara Ogonowska
Drogie Kocie Sprawy
Zawsze byłem ciekaw, cóż takiego nadzwyczajnego dzieje się na wystawach moich pobratymców. Wybrałem się więc na Animalia, wystawę zwierząt, która tradycyjnie w odbywa się w Lozannie. W ciągu weekendu wystawcy z czterech krajów, z Francji, Szwajcarii, Włoch i na okrasę ze Szwecji, okazali setki kotów około 40 ras. Nie zabrakło też zwykłych domowych mruczków, choć przybyły w skromnej liczbie ze 20 sztuk, głównie w charakterze towarzystwa dla znudzonych wystawowych piękności. Niemniej jednak parę z nich też uzyskało wstęgę uznania.
Ponieważ każdy kot (felis catus) jest pod każdym względem istotą piękną i doskonałą, podziwiałem wszystkie w równym stopniu. Wystawa zainteresowała niżej podpisanego kota głównie z punktu widzenia mody: jakie to kocie rasy tym razem przeważały, a jakie nagle zniknęły. Jakich to nowych egzotycznych pobratymców mogę zobaczyć. No i przekonałem się.
Najwyraźniej modne są koty duże, o naturalnym wyglądzie. Najliczniej reprezentowani byli puchaci, super ogoniaści i figlarni przedstawiciele kotów skandynawskich. Najwięcej było kotów leśnych norweskich. Drugie miejsce zajęli majestatyczni koledzy zza oceanu, pomawiani - zgoła niesłusznie - o bliższe stosunki z szopem praczem - Maine Coony. Dzielnie trzymają się wypieszczone, acz nieco nieruchawe Persy. Tuż za nimi podąża moja rodzina - naliczyłem ponad dwadzieścia świętych Birmańczyków, którzy prezentowali się znacznie okazalej niż ja. Za to stawiam w zakład własne, bezcenne wąsiki, że żaden z nich nigdy nie złapał myszy. Czy ptaszka. Ani też nie siedział na 20-metrowym drzewie.
Z rzadszych ras udało mi się z bliska obwąchać sfinksa i American curl - że też Amerykanie muszą nicować na lewą stronę to, co wymyślą Anglicy - zresztą nie zauważyłem żadnego szkockiego zwisłouchego.
Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY - Nr 89 marzec 2010